Nie myśl, słuchaj. Jesteś w Zooropie.

To płyta, która wywołuje chyba najwięcej sprzeczności zarówno wśród fanów, którzy w ocenie mogą kierować się subiektywizmem i emocjami jak i w zgromadzeniu obiektywnych krytyków rozkładających technicznie każdy utwór na części pierwsze. Ja należę do pierwszej grupy estymujących i otwarcie sprzeciwiam się surowej i bezdusznej analizie strukturalnej w muzyce. Mimo to postaram się zachować skrajną bezstronność.

Uwielbienie dla U2 zakorzenione mam w genach. Nie pamiętam czasów nieistnienia tych irlandzkich czarodziejów. Jestem przesiąknięta magią ich muzyki i myślę, że nigdy nie przestanę pachnieć perfumami „Joshua Tree” ani też nie pozbędę się zimnego dreszczu mistycyzmu z „October”. Podobny stosunek mam do „Zooropy”, która postrzegana jest albo jako dowód kresu wielkości U2 albo ostatnia ich dobra płyta.

Obie koncepcje można pogodzić albo całkowicie odrzucić. Bo choć faktycznie następcą tej płyty był zaskakujący POPowy eksperyment i późniejsze nieco mdłe zabawy z muzyką, to nie można powiedzieć, że U2 zatraciło swój klimat i romantyczną wrażliwość, która od początku jest ich wyznacznikiem. Powiedziałabym, że „Zooropa” to nowa jakość. Na pewno inna. Bez podziału na biało-czarne dobro i zło. Rzeczywiście zaskakuje awangardową elektroniką z ewidentną domieszką disco, ale jest też niezwykłym bogactwem różnorodności. Miesza style, ale nie zaburza całości.

Począwszy od tytułowego utworu, U2 wprowadza słuchacza w stan utajonej hipnozy, podróży po własnej myślodsiewni, uwalnia od przyziemnej rzeczywistości. Recytacja Edge’a doprowadza do błogiej drętwoty i uspokaja niepewnych co do chęci wpłynięcia do zatoki jowialności. Cały proces regeneracji dopracowany jest czasowo i już przy „Stay” delikatnie opuszczamy port Nibylandii, by dotknąć stopami ziemi i przenieść się w nieco abstrakcyjne klimaty „Daddy’s Gonna Pay For Your Crashed Car”. Tu kończy się moja ulubiona część płyty, a zaczyna ciekawa przygoda z dźwiękiem. Tym, z którym U2 postanowiło oswoić fanów, żeby nie doznali szoku przy okazji następnego albumu. Myślę, że Irlandczycy sami nie byli pewni reakcji odbiorców na te eksperymenty, dlatego wrzucili je w środek płyty i tuż po nich podali piękny „The First Time” uznany za jeden z najbardziej subtelnych i czułych kawałków kapeli. Zestaw dopełnia sam Johny Cash w energetycznym, country’owym „Wanderer” i tym samym zostawia nas w stanie przyjemnego pobudzenia, wynikającego z faktu doświadczenia naprawdę interesującej, muzycznej dawki przyjemności.

„Zooropa” nie ma jednolitej formy, ale nie sposób jej lekceważyć. W przeciwieństwie do reszty albumów mniej liczą się tu słowa a większą rolę odgrywa muzyka, choć trudniej przyswajalna. Jakikolwiek próg percepcji przyjmiemy, zdystansowany czy ekstatyczny, faktem pozostanie, że płyta ta należy do najważniejszych albumów U2 i ja sobie jej absencji nie wyobrażam.

U2 „Zooropa”

Magda Kotowska

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s