Radio zamiast głowy

Wszędzie roi się od profesjonalnych relacji zawodowych fanów, więc ja wypowiem się z perspektywy amatora, co przedwczoraj zachłysnął się muzyką i odnalazł w Radiohead transową moc duende.

O ile wiernym wyznawcą kapeli Thoma Yorke’a wcześniej nie byłam, bo bliżej mi było do niepraktykującego i powątpiewającego poszukiwacza, to teraz zamieniam się w zdeklarowanego fanatyka, do którego nie docierają głosy świata zewnętrznego, bo utonął całkowicie w nieprzemijającym transie muzyki radiogłowych. Cóż, miłość od pierwszego koncertu!

Obiekcji co do uczestnictwa miałam sporo. Krążyły głosy, że zespół jest niemrawy, zbytnio refleksyjny, „spleenowy”, że Yorke miauczy, a nie śpiewa itp. Po raz kolejny okazało się, że nie warto słuchać krytyków – laików, którzy wystawiają opinie na podstawie radiowych szlagierów typu „No surprises”, „Creep” czy „Karma Police”, bo na tych kawałkach ich wiedza o dorobku zespołu się kończy. Opłaca się natomiast zaufać intuicji – nie zawiedzie, o ile wcześniej poparta zostanie obowiązkowym poznaniem większości płyt i próbą odkrycia fenomenu zespołu. Ja tę wyjątkowość poczułam w Poznaniu i do tej pory nie mogę stamtąd powrócić, żałując że wcześniej nie trafił się w moim otoczeniu muzyczny nakręcacz, który omotałby mnie swoją pasją.

Radiohead nie jest zespołem łatwym. Trzeba do jego muzyki dojrzeć, otworzyć zmysły na nowe doznania – niekonwencjonalne, bo często poszarpane, logicznie chaotyczne, burzliwe,  ale jakie pobudzające i energetyczne! Obalam mit gnuśności tej dźwiękowej emanacji! Thom Yorke na scenie miota się w ekstatycznych konwulsjach, wymachuje czupryną, rozcina emocjami powietrze. Zresztą, wcale nie musi się ruszać, żeby dotknąć duchowej głębi. Wystarczy, że pomruczy w „All I Need”, transowo posmęci w „Nude” czy „Lucky” albo polawiruje głosem na różnych wysokościach w którymkolwiek innym kawałku. Dusza sama się wzrusza. Powiedziałabym, że to sceniczna bomba energetyczna, która genialną kombinacją elektroniki i własnego wokalu potrafi wprowadzić w profesjonalny stan ekstazy, a bardziej odpornych albo oddalonych od sceny przynajmniej porządnie zakołysać i nakłonić do podrygów.

Utwory Radiohead są tak dźwiękowo rozbudowane i zdynamizowane, że nie sposób zachwycić się tym artyzmem, a raz poruszona wewnętrzna struna nie przestaje brzęczeć i domagać się kolejnych wypraw w  muzyczną niebotyczność.  O ile wcześniej odpływałam w uzależniających, balladowych nastrojach „Reckoner”, „House Of Cards” czy „Videotape”, to po koncercie nieustannie szumi mi w głowie „15 Step”, „Jigsaw Falling Into Place” czy „Idioteque” .  Poznańska setlista stała się moją playlistą, z którą nie rozstaję się na krok, odbywając okrężne marszruty po mieście, żeby wydłużyć przyjemność. Tak się robi, gdy nie posiada się DVD z zeszłorocznego koncertu w Japonii, zbliżonego wizualnie i muzycznie do polskiego. Nie wiem, co lepsze: nocny marsz z słuchawkami w ulewnym deszczu i błyskającym niebie, czy hipnotyczne wnikanie w przestrzeń ekranu. Obie strategie dają pewnie ten sam skutek: przeciwdziałają stanowi „high & dry”. Rześki deszcz jest o tyle pomocny, że pobudza wyobraźnię i przypomina świetlną ulewę i sączące się onirycznie dźwięki z poznańskiego wieczoru.

Wypada pewnie wspomnieć, że koncert był „proekologiczny”, kubki na piwo wyprodukowane z kukurydzy oraz że do minusów należy zaliczyć organizację po występie, która dała plamę, nie likwidując bramek, co tworzyły zapory i zmuszały do pingwinkowego tiptopowania i zakłócania spokoju wiecznie spoczywających na pobliskim cmentarzu, jeśli ktoś zdecydował się na skrócenie drogi. To malutkie mankamenty, które nie odbiły się wielkim echem. Osobiście bardziej zaskoczyły mnie reakcje na finał z „Creep” polskich specjalistów od Radiohead w Trójce. Zdaje się, że dał o sobie znać kompleks muzycznej ambicji, skoro sugerowano, że zespół mógł zagrać coś mniej oklepanego i nie zakładać, że sprawi nam wielką frajdę tym popularnym kawałkiem. Specjalistom nie bardzo spodobało się również, że Yorke próbował dać wyraz szacunku narodowi, siląc się na polskie „dziękuję bardzo”, bo przecież my dobrze rozumiemy język angielski. Mi to nie przeszkadzało. W dodatku bardzo chciałam usłyszeć „Creep” i zobaczyć tłumy przyznające unisono, że nie ma ideałów 😉 Niech żyje Radiohead!

Magda Kotowska

Reklamy

5 myśli nt. „Radio zamiast głowy”

  1. ciekawe ciekawe, Radiohead to dla mnie wprawdzie zespół, który najchętniej bym słuchał w domowym zaciszu, niezbyt pasował mi do wielkiego koncertu, ale jak widzę dali radę

    1. też mnie to zdziwiło, bo miałam podobne, zdystansowane podejście, ale po koncercie okazało się, że to wulkan emocji!
      tak naprawdę dopiero odkrywam Radiohead… i to jest najbardziej fascynujące! 🙂 na następny ich występ pójdę już jako rozdygotany podekscytowaniem koneser 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s