Mleczna apokalipsa

Miłość, nadzieja, wiara i zaufanie są ślepe – tak informują plakaty reklamujące „Miasto ślepców”, co mogło by sugerować kolejną patetyczną amerykańską produkcję. Jednak na szczęście film ten, adaptacja książki Noblisty, jest – o dziwo – jest bardzo dobry.

José Saramago, portugalski pisarz, autor m.in. „Baltazara i Blimundy”, „Ewangelii wg Jezusa Chrystusa” i właśnie „Miasta ślepców”, otrzymał w 1998 roku Literacką Nagrodę Nobla „za dzieło, które przypowieściami, podtrzymywanymi przez wyobraźnię, współczucie i ironię, stale umożliwia pojmowanie iluzorycznej rzeczywistości.” W 2008 roku Fernando Meiralles, brazylijski reżyser filmów „Miasto Boga”, czy „Wierny ogrodnik” zabrał się za adaptację powieści Saramago, tworząc przerażającą wizję apokalipsy, która dzieje się tu i teraz. Bardzo realistyczną wizję.

Oto bowiem miasto dotyka dziwna epidemia, pozbawiając ludzi wzroku, najważniejszego chyba współcześnie zmysłu. Sprawa byłaby mniej tragiczna, gdyby ślepcom mogli pomóc widzący, przeprowadzić przez ulicę, zrobić zakupy, poczytać książki, pozwolić na egzystencję. Ponieważ jednak ślepi są nosicielami i zarażają swoją chorobą, wszyscy się od nich odsuwają, rodzi się pogarda i nienawiść, skazując ich na samotne błądzenie w mlecznym bezkresie (ślepota jest bowiem u autora biała, czysta, a nie czarna). W tej sytuacji, nie wiadomo, czy lepiej jest ślepym, którzy zaczynają stanowić większość miasta, czy widzącym, żyjącym w ciągłym strachu, że otwierając rano oczy już nic nie zobaczą. A może w najlepszej sytuacji są zmarli, którzy nie muszą przechodzić więcej tej gehenny, docierać na kres człowieczeństwa.

Jeden z bohaterów mówi:

„Nie wydaje mi się, że oślepliśmy. Myślę, że cały czas jesteśmy ślepi. Ślepi, ale widzący. Ludzie, którzy patrzą, ale niczego nie widzą.”

i to zdanie – może nie odkrywcze, choć prawdziwe – zdaje się być mottem zarówno książki, jak i filmu. Ślepota jest pewnego rodzaju znieczulicą, która sprawia, że żyjemy egoistycznie, jedynie dla siebie, a nic dla innych. Jakbyśmy bali się czerpać z pokładów dobra, jakie się w nas znajdują, bo może zostać to wykorzystane przeciw nam. Powstaje społeczeństwo niewidzących, zamkniętych w swoich światach ludzi. Książka stanowi więc przypowieść o kryzysie ludzkości, przypominającą nieco historię o Arce Noego, z niejako boską karą – ślepotą.

Film Meirellesa jest bardzo wierną adaptacją powieści i to pewnie najbardziej decyduje o jego mocy i wymowności. Bez prób udowodnienia – niestety dość częstych – że reżyser wie lepiej niż pisarz, jak opowiedzieć historię, kreśli ją jasno i klarownie. Co ważne, nie boi się – charakterystycznego dla pisarza – naturalizmu, przejawiającego się we wszechogarniającym okrucieństwie, brudzie, zezwierzęceniu i powrocie do pierwotnych instynktów przetrwania. Nawet epizody w półcieniach, na obrzeżasz kadru i ledwo widoczne są ważne, dopełniając pesymistycznego nastroju upadku Człowieka. Także dobór świetnych aktorów, jak wciąż elektryzująca Julianne Moore, Gael Garcia Bernal, Mark Ruffalo, Dany Glover i wielu innych sprawia, że w akcji filmu tkwi się po uszy, co rusz wstydząc się za naszych bliźnich, czy śledząc dramatyczną walkę o własną godność, a gdy jej już nie ma, po prostu o życie. Niepokoju i psychodelicznego nastroju dodają za to doskonałe zdjęcia, rozchwiane, tracące i szukające po omacku ostrości, rozmyte i prześwietlone.

Książka i film posiadają jeszcze jedną ważną cechę – brak w nich patosu, co doskonale oddaje ludzką codzienność. Nasze życie to w końcu nie tylko podniosłe chwile, ale w większości zwykłe trudy, drobne grzeszki, normalność i potoczność. Dodatkowo jest to podkreślone przez obiektywnego narratora, który akcję komentuje ze spokojem i prostodusznością (a przez to często i ironią), która w kontraście z przerażającym postępowaniem bohaterów tworzy pobudzający do myślenia dysonans. Myślę, że to właśnie stanowi największą zaletę pisarstwa Saramago – prostota, która połączona z naturalizmem tworzy wstrząsające przypowiastki filozoficzne podobne do wolterowskiego „Kandyda”.

Wiele osób zarzuca liczne niekonsekwencje akcji, widząc w tym największą wadę filmu (a i książki). Dlaczego np. w całym mieście ślepców tylko jedna osoba zachowuje wzrok, choć cały czas z niewidomymi obcuje? Ale przecież jest to przypowieść, wszelkie tego typu argumenty są więc bezzasadne, ważne jest bowiem sedno opowieści i nauka, jaka z niej płynie. Nie pada tu żadne imię (tylko zawody i inne opisy bohaterów), nazwa geograficzna, ani nic, co mogłoby jakoś umiejscowić historię w czasie i przestrzeni. Może wydarzyć się wszędzie i zawsze.

„Miasto ślepców” to nie jest książka łatwa i przyjemna, sprawia wiele bólu, powoduje wstyd za ludzi, podważa dobrą ich naturę. Nie pozostawia jednak bez nadziei. Skoro to bowiem jedynie fikcja, nawet jeśli realistyczna (pod względem zachowań ludzkich), nie wydarzyła się naprawdę (choć książka wydana została w Portugalii zaledwie rok po straszliwym i prawdziwym przecież ludobójstwie w Rwandzie). Jest tylko modelem zachowań, jakich chcielibyśmy uniknąć. Zmusza wiec do myślenia, a to pierwszy krok do przewartościowania własnego życia. Książka José Saramago i film Fernando Meirallesa to doskonały przyczynek, do takich właśnie egzystencjalnych myśli.

José Saramago „Miasto Ślepców”

„Miasto Ślepców”, reż. Fernando Meirelles

Kuba Knoll

José
Reklamy

7 myśli nt. „Mleczna apokalipsa”

  1. Jeśli chodzi o film, to aż tak gorąco bym go nie polecała. O ile, zwłaszcza ostatnio, wielbię w kinie minimalizm i ascetyczność emocji, to w przypadku tego obrazu czułam absolutny niedosyt, płytkość. Sceny odtworzone były tak beznamiętnie, że aż nierealnie. Jak dla mnie za wielki był to ludzki dramat, żeby tak surowo obejść się z warstwą uczuciową. Tragedia była unaoczniona, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia totalnej abstrakcji. Jakieś to było nieludzkie takie… na czele z heroizmem głównej bohaterki. Książka lepsza jak mniemam… 🙂

    1. Ksiażka – muszę Cię zmartwić – też wychodzi z założenia, że minimalizm i prostota wyżej stoją niż emocjonalność. O wielkich tragediach nie mówi się wszak językiem pełnym emocji, bo one by po prostu nie wytrzymały, kończy się w pewnym momencie ich ludzka przyswajalność. Tak myślę. Może dlatego „Medaliony” pani Nałkowskiej, opowiadania Borowskiego, czy reportaże Jean Hatzfeld z Rwandy po ludobójstwie są zimne i pisane z reporterskim spokojem. Może nie można inaczej, emocje poza tym wprowadziłyby subiektywizm, a ludzkie okrucieństwo nie potrzebuje jeszcze podkreślania.

      1. Zgadzam się z tą teorią. Trzeba ograniczyć emocje, żeby w ogóle można było sensownie odtworzyć zdarzenia, zachowując miarowy obiektywizm tego, co miało miejsce. „Reporterski spokój” jest warunkiem dobrego reportażu. ALE, okazuje się, że można przekazać istotę wydarzeń, nie eliminując ludzkich odruchów, emocjonalnej słabości. Widziałeś „Hotel Rwanda”? Wstrząsający, momentami nieznośny, ale dzięki temu wartościowy. Nie dlatego, że mówi o masakrze, która realnie miała miejsce, ale dlatego, że czuć w nim emocje tych, którzy byli głównymi bohaterami tragedii. Widz utożsamia się z ludźmi – ofiarami instynktów, tradycji klanowej nienawiści na tyle, że boi się postawić w ich sytuacji. Wie, że wojna Tutsi – Hutu to nie science fiction, ale życie. A w przypadku ekranizacji Saramago tej głębi przeżyć brakuje, mimo że film nie stroni od epatowania okrucieństwem.

  2. To są zupełnie różne podejścia do sprawy. O ile właśnie „Hotel Rwanda” opisywał zdarzenie rzeczywiste, a więc skupiał się na udokumentowanych faktach (czy też fikcji o prawdzie historycznej pamiętającej), o tyle „Miasto ślepców” ma być przypowieścią, a nie odwzorowaniem jakichś wydarzeń. Nie będę się powtarzał w tej materii, bo już to pisałem, ale jak dla mnie oba podejścia są ważne i spełniają różne cele – przypowieść pokazuje abstrakcyjną sytuację i możliwe ludzkie zachowania, a reportaż (lub stylizowana fabuła) jak się mają teorie w praktyce. A swoją drogą „Hotel…” wydał mi się mimo wszystko dość Hollywoodzki i, choć robił wrażenie – bo sam fakt historyczny przeraża – był nieco nazbyt efekciarski.

    1. Jeśli idzie o wstrząs, to hollywódzki rozmach mi nie przeszkadza, bo sprzyja przekazowi. 🙂
      Oczywiście, że jedno jest prawdą, a drugie fikcją, ale przypowieść Saramago traktuje o tym samym, co “Hotel Rwanda”: o atawistycznych instynktach, woli przetrwania, o tym, że nawet w sytuacji zagrożenia “człowiek człowiekowi wilkiem”, o braku humanitaryzmu, o tym, że… paradoksalnie nie Natura, ale ludzie są dla siebie największym zagrożeniem. Filmowe “Miasto ślepców”pozbawione było koniecznych ludzkich emocji i przez to wydało się bardziej nierealne niż powinno. Wiem, co chciał przekazać Saramago, ale w filmie tego nie poczułam i nadal uważam, że reżyser rozprawił się z emocją bardzo obcesowo. Nie znaczy to, że kwestionuję Twoją wizję. Zwłaszcza, że na odbiór dzieła składa się mnóstwo czynników… 🙂

      1. Ja bynajmniej nie twierdzą, że kwestionujesz. Na mnie film podziałał wstrząsowo, zrobił wielkie wrażenie, choć oczywiście książka niedościgła. Jeśli więc Ciebie nie przekonał film, to ja tym bardziej, natomiast mogę pożyczyć książkę Saramago, byś sama mogła ocenić samą powieść:]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s