Wszyscy jesteśmy antychrystami

Każdy film Larsa von Teriera z reguły wywołuje burzę wśród widowni, dzieląc ją na jego płomiennych zwolenników i zagorzałych wrogów. W przypadku „Antychrysta” sytuacja jest podobna, rozbita między zachwycającą się Małgorzatą Szumowską, a wyśmiewającą go canneńską festiwalową publicznością.

Trzeba przyznać duńskiemu reżyserowi, potrafi budzić niepokój u widzów. Pamiętam, jak w dzieciństwie ledwo żywy ze strachu oglądałem jak zahipnotyzowany serial „Królestwo”, z którego wtedy (choć dziś właściwie także) niewiele rozumiałem. Nie można mu również odmówić wstrząsowego działania na publikę sięgającego nawet katharsis (na „Przełamując falę” zaryczałem się jak nigdy, a burzy emocji na „Dogville”, czy „Tańcząc w ciemnościach” nie umiałbym porównać do czegokolwiek innego). Tym razem jednak Trier przesadził ze swoją charakterystyczną stylistyką doprowadzając ją nad krawędź kiczu horrorów klasy B. O ile jednak takimi gatunkami potrafi się doskonale bawić Quantin Tarrantino, o tyle Lars jest śmiertelnie poważny.

Film zaczyna się świetnym prologiem, gdzie na czarnobiałym obrazie cielesne rozkosze bohaterów mieszają się z duchową ucztą w postaci arii operowej, stanowiącej tło, a w końcu z tragedią śmierci dziecka. Ta ostatnia ma decydujący wpływ na resztę akcji, pokazując ekstremalny przykład przechodzenia przez wszystkie stadia żałoby. Przeżywanie jej przez matkę dość interesująco zostaje zderzone z chłodnym, naukowym podejściem ojca-terapeuty, który bardziej traktuje swoją żonę jak ciekawy obiekt medyczny, niż sam przejmuje stratą dziecka. Już po kilkunastu minutach „Antychryst” robi więc wrażenie kolejnego mocnego i ważnego dramatu w dorobku reżysera. Grunt w tym, że jest on jednak postacią nieobliczalną.

Zanim jednak nastąpi kawalkada wad, jeszcze chwilę pochwalę. Przede wszystkim za zdjęcia. Charakterystyczne, ale nie tak irytujące filmowanie zgodne z manifestem Dogma sprawia wrażenie podglądania, budzi strach i poczucie, że oto uczestniczymy w jakiejś apokaliptycznej bajce, z której nie potrafimy się wydostać. Są więc kadry kręcone jakby trzęsącą się amatorską kamerą, ale i piękne, plastyczne i dopracowane. Na uznanie zasługują także aktorzy, ciekawi swoją drogą, Willem Defoe i Charlotte Gainsbourg, którzy zadania mieli niełatwe i grając do samych granic swoich emocji byli bardzo autentyczni (na ile oczywiście pozwalał na to scenariusz).

Scenariusz to bowiem najtragiczniejszy element filmu. Stylizowany na kino grozy, pełen jest tanich, oklepanych chwytów – psychodelicznie i sztucznie rozmazany obraz (to akurat nie jest dobra strona świetnych zdjęć), pojawiające się na ułamek sekundy podprogowe obrazy krzyczącej aktorki na tle rozmytego lasu, monotonne, narastające dźwięki, a dopełnienie czary stanowi żałosny, gadający basem jak z filmu „Omen” lis. Dużo tu obscenicznego seksu, który nic nie wnosi do filmu aż w tak wulgarnej formie. Dużo nachalnej metafizyki, która psuje dobitny naturalizm, z całą jego brutalnością. Nie jest to co prawda ten poziom absurdu, co w przypadku Jodorowskiego, który śmieszy mnie nawet nie sparodiowany przez Monty Pythona, ale i tak niebezpiecznie ślizga się na granicy kiczu. Wszystko to działa, ale pozostawia niedosyt. Tak, jakbyśmy kupili podróbkę, zlepek klisz ze starych horrorów, ale w żadnym wypadku dzieło odważnego i myślącego reżysera. Reżysera, który bywa nawet postrzegany jako jednej najważniejszych współcześnie. W efekcie dostajemy coś w rodzaju „Blair Witch Project” z wciskaniem widzowi, że oto ogląda dzieło daleko bardziej ambitne. Z czasem więc „Antychryst” z ciekawego, wciągającego i zmuszającego do myślenia dramatu psychologicznego staje się podrzędnym horrorem, który irytuje jeszcze w czasie oglądania.

Zabawne (a może bardziej smutne) jest też to, że wielcy reżyserzy nie dość, że tworzą banalne filmy, jakby to miał być ich łabędzi śpiew przed całkowitym wygaśnięciem, to jeszcze dedykują je dawnym mistrzom – Wim Wenders swoje „Spotkanie w Palermo” Michelangelo Antonioniemu i Ingmarowi Bergmanowi, a Trier Andrzejowi Tarkowskiemu.

Podsumowując, jest to film o niebezpieczeństwie odkrywania w sobie zła i możliwości nieopanowania go, nieopanowania siebie samego. Mógłby być uniwersalnym dziełem o tym, że zło jest składnikiem każdego z nas i uaktywnia się w ekstremalnych sytuacjach, kiedy się tego najmniej spodziewamy. O tym, kim jesteśmy później, próbując się pogodzić z naszą naturą, nie mogąc wybaczyć sobie naszych grzechów i słabości. O kobiecej naturze, kipiącej w niej burzy emocji, których czasem nie można kontrolować. O bólu, śmierci, granicach człowieczeństwa. Wreszcie o poczuciu winy, które wciąż nam towarzyszy. O tym wszystkim, o którym reżyserzy boją się robić filmy, ale nie Lars von Trier. Mógłby tym wszystkim być „Antychryst”, ale zabiła go Forma. Nie jest jednak tak, że go odradzam. Jest bowiem na tyle odrębnym, jednak oryginalnym i niosącym wiele ciekawych myśli filmem, że zdanie wyrobić trzeba sobie samemu.

„Antychryst”, reż. Lars von Trier

Kuba Knoll

Reklamy

2 myśli nt. „Wszyscy jesteśmy antychrystami”

  1. Nieporozumienie. I wcale nie doceniam ukazania „ciemnej kobiecej strony”, choc mogło byc ciekawie. Moja kinowa pomyłka roku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s