Egzystencjalizm i mordobicie

To mógł być ważny, odważny i nowatorski film, ciekawy głos w dyskusji o „Swoich” i „obcych”, ale pokonał go brak pomysłu scenarzysty. Albo – co pewniejsze i gorsze – za wiele pomysłów producenta.

Punkt wyjściowy jest fantastyczny – pokazać stosunek człowieka do obcych, ale nie innej nacji, rasy czy wyznania – do prawdziwych obcych, kosmitów. Dzięki temu unika się tłumaczeń, które mogłyby powstać nam w głowie – „Przecież wszyscy jesteśmy ludźmi”. Tak łatwo być nie może, ambicje twórców zdają się sięgać wyżej – przeprowadzić na nas wszystkich test, jak traktujemy nieznaną nam obcość. Z drugiej strony taki – paradoksalnie – nierealistyczny pomysł jest mocniejszy niż przykład traktowania przez nas zwierząt – kosmici to wszak tradycyjnie stworzenia daleko doskonalsze technologicznie i mentalnie niż my. Pomysł, by wykorzystać konwencję filmu s-f też idealny – w końcu w tym gatunki Stanisław Lem pisał swoje wymyślne i przerażające wizje przyszłości, które częstokroć okazywały się prawdą. Bynajmniej nie powodując radości wizjonerskiej autora.

Kolejny pozytyw – miejsce. Nie dość, że akcja nie toczy się w USA, które kosmici zwykli najczęściej odwiedzać, to jeszcze jest to Johannesburg. Miasto, które już samo w sobie przeraża, a mi – jako czytelnikowi Coetzeego – kojarzy się przede wszystkim apokaliptycznie. Miasto, które do niedawna stanowiło serce apartheidu, boleśnie realnego starcia swoich – białych z obcymi – czarnymi (chociaż naprawdę, to czarni są w RPA przecież bardziej u siebie). Może też dlatego główny bohater jest Holendrem (przynajmniej sądząc po nazwisku) – pewnego rodzaju symbolem kolonizatorskiej Europy, wyzysku jednych przez drugich. Symboli jest tu zresztą wiele, niesposób ich opisać, a najlepiej przecież samemu odnaleźć. Nawet jeśli więc przedstawianie konfliktów etnicznych, religijnych, poglądowych itp., itd. w formie filmu s-f nie jest za grosz oryginalne (co sądząc po recenzji w Przekroju może być prawdą), to ten film na pewno robi to w sposób bardzo sugestywny i mocny. Realistyczny.

Tu jest duża zaleta zdjęć. Łączą one bowiem materiały z kamer przemysłowych, fragmenty dzienników i materiałów z telewizji informacyjnych, reportaży z miejsc zdarzeń przywodzących na myśl „Blair Witch Project” z  obrazem z „porządnej” kamery, z ładnymi kadrami i oświetleniem, dużą ilością zbliżeń, które w kinie robią wrażenie. Te różne obrazy nie walczą miedzy sobą, ale się wzajemnie uzupełniają, co dodaje – wraz z zupełnie nieznaną obsadą – realizmu (nie mówiąc już o świetnej kampanii reklamowej, a więc i np. plakatach). Ale…

Niestety zawsze musi być to ale. Tylko, że w tym przypadku „ale”, to cała druga połowa filmu. Zdarza się w nim bowiem rzecz niezwykła – z szalenie inteligentnego i przewrotnego zmienia się owa produkcja w głupia amerykańską papkę pełną wyświechtanych schematów, tak efektowych, jak bezsensownych wybuchów, bezrefleksyjności, taniego grania na emocjach i bohaterów – ostatnich sprawiedliwych. Zaczyna być tak głupio, że aż śmiesznie. Ale też trochę żal, bo czuć z tym przypływie komercji (czyżby producent Peter Jackson wlazł na plan i w scenariusz z buciorami?) utraconą szansę na wyjątkowo dobry i poruszający film…

„Dystrykt 9”, reż. Neill Blomkamp

Kuba Knoll

PS Zainteresowanych odsyłam też do filmu krótkometrażowego „Alive in Joburg” tegoż reżysera, swego rodzaju przedsmak Dyskryktu. Ciekawe uzupełnienie tej lepszej i mądrzejszej strony filmu.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s