Serafiny kwietne obłąkanie

Takie filmy jak „Seraphine” najlepiej ogląda się w minimalistycznym kinie studyjnym. W sali przydymionej z lekka wydechem papierosa, na niekomfortowym siedzisku; prawie samemu, bo w kinematograficznym kościele alternatywnej wiary też zwykle niewiele, z przeterminowaną akustyką odbijającą dźwięki Floydów od ściany do ściany. To otoczka, ale jak ważna w przypadku tego rodzaju nie mainstreamowych obrazów. Mała sala w bocznym skrzydle dworca PKP pozwala zatrzymać na moment czas, oderwać się od rzeczywistości zewnętrznej i wniknąć w świat białego ekranu w nastroju nieprzystawalności, co towarzyszył zawsze oglądaniu Przystanku Alaska. Na dwie godziny stać się można  wyzwolonym ssakiem swobodnie spacerującym po wyimaginowanej, swojskiej krainie. W przypadku „Seraphine” taką przestrzenią jest urzekająca wojenna Prowansja.

Martin Provost przedstawia historię utalentowanej sprzątaczki, zniewolonej podziałem społecznym i przynależnością do klasy niskiej, jednocześnie ukazując zepsucie, skostniałość, niezdrową sterylność i ograniczoność horyzontów tzw. inteligencji, podważając absurdalność dziedziczenia talentu i jego zarezerwowanie dla artystów z niebieskiej krwi i arystokratycznej kości. Wśród tej mentalności, zagłuszonej konwenansami, egocentryzmem i nadczłowieczeństwem, krąży strumień energii prawdziwego geniuszu, którego tajemniczym uosobieniem jest bosa gosposia, wielbiąca kontakt z Naturą. W pokracznym ciele kryje się piękno ducha, natchnione zapachem kwiatów, chłodem zroszonej wilgocią trawy, oddane pracy i służbie Siłom Niebieskim. I choć ta naiwna wiara w cuda i znaki z innego świata bliska jest obłędowi i prostactwu, to faktem pozostaje, że to ona nadaje moc twórczą kobiecie nie stworzonej do dobrobytu.

Można odnieść wrażenie, że człowiek wychowany w skromności i nieświadomości swojego talentu niszczeje wraz z odkryciem przed nim świata materialnej rozpusty. Pieniądze szczęścia nie dają, a geniusz jest bezcenny. Ponownie okazuje się jak cienka jest granica między wrażliwością a pomieszaniem zmysłów, przynajmniej w interpretacji specjalistów-obserwatorów, co nie mają dostępu do wnętrza ludzkiej kruchości. Seraphine miała to szczęście, że została odkryta przez życzliwego jej, postępowego kolekcjonera sztuki, dzięki czemu choć przez moment żyła jak królowa swojego fachu, święcąc osobiste triumfy, dotykając nieśmiało uczucia satysfakcji i uznania, którego miała dostąpić dopiero pośmiertnie. Smutne, że przeczekać musiała swoją ponadprzeciętność w izolacji od rzeczywistości, przykre też jak wysoka jest cena mentalno-psychicznej awangardy, ale z drugiej strony, czy warto żałować mdłych odcieni tak szarego bytu w kontekście egzotycznej oryginalności żyjących barw własnych obrazów?

Film Provosta przygnębia finałem, bo życie genialnej artystki nie powinno zakończyć się obłędem, ale tym bardziej wypada chyba dostrzec w nim istniejące realnie przejawy szczęścia, którego skromna Seraphine nie zasmakowałaby, gdyby nie osoba niemieckiego kolekcjonera, szanującego szeroko pojętą inność. Pointa, nieco banalna, ale krzepiąca, jest taka, że na każdego czeka w życiu dobry anioł, co przywróci godność i napełni spełnieniem. Choć na chwilę. A czy to nie chwile są najpiękniejsze?

„Séraphine” reż. Martin Provost

Magda Kotowska

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s