Wojna polsko-ruska, czyli punkowa zadyma w kinie

Film juniora Żuławskiego wygenerował do mediów tyle samo szumu, ile konsternacji wywołało jego oglądanie. Nie trudno wylądować na językach, mając do dyspozycji topowe aktorskie nazwiska i kontrowersyjną prozę Masłowskiej. Pytanie, czy za doborową obsadą i werbalno-wizualną balangą na planie kryje się coś więcej? Czy istnieje jakieś „coś”, które zostawia u odbiorcy pożądany ślad refleksji?

Obraz z miejsca naznaczony został etykietką: pozycja obowiązkowa, a zabiegiem komercyjnym przyłatano mu jeszcze odwagę, eksperyment, niekonwencjonalność, oryginalność i przełomowość. Ja bym dodała do tego ciężkostrawność, naturalizm i chaos. Polemizowałabym również z uznaniem Żuławskiego za rycerza, który ujawnił swój heroizm, próbując oswoić ziejącą smoczym ogniem prozę Masłowskiej. Laur należy mu się za dobre intencje i wizjonerstwo, ale efekt końcowy podium nie sięga. Nie wszystkie książki poddają się ekranowi i do tych asertywnych należy właśnie „Wojna polsko-ruska”.

O ile jej czytanie obfitowało w zachwyt nad kunsztem języka, trafnością wykreowanych sylwetek i sytuacji oraz poczuciem humoru, o tyle film zaprezentował zlepek scen, z których prawie każda prześciga się w epatowaniu niesmacznością, przesadną dosłownością i nadmiarem obrzydlistwa. To swoisty gwałt na wrażliwości estetycznej jednostki, zupełnie nieefektywny nawet jako zabieg artystyczny. Przeciągające się obcowanie z kretyństwem, zmuszające do doszukiwania się sensu i symboliki w tysiącu elementów krajobrazu, przytłaczające dodatkowo wrzaskliwymi dialogami jest w kinie zwyczajnie męczące i szkodliwe dla samego odbioru, bo atomizuje uwagę i ogranicza zrozumienie zamysłu reżysera. Można jawnie ubolewać nad przestylizowaniem formy, zwłaszcza, że to treść jest jednak tym, co widz z filmu wyłapuje i czego się chwyta jak brzytwy, która pozwoliłaby ustalić tonącą pointę tego dzieła.

Trzeba przyznać, że wielkim atutem filmu są aktorzy. Szyc bryluje w roli dresa, Sonia Bohosiewicz aktorsko wychodzi z siebie, świetnie radzi sobie Gąsiorowska. Pojawia się też kilka porządnych scen bilansujących formę i treść, odsłaniających zęby w odruchu radości albo otwierających szeroko oczy.

Całokształt budzi szacunek swoim rozmachem, ale jednocześnie wprowadza w zakłopotanie, bo prócz przeniesionej z  książki satyry na znarkotyzowany intelekt i prostactwo, film nie pozostawia punktu odniesienia dla jakichkolwiek przemyśleń. Widz jest w kropce, bo niby dobry obraz obejrzał, ale nie do końca wie, co i czy cokolwiek z całej tej historii wynika. Z drugiej strony książka Masłowskiej też klarownego przesłania nie ma, ale mieć nie musi, bo elektryzuje treścią, którą czytelnik sam przekłada sobie na obrazy. I po co tu kino w postaci punkowej zadymy? Może po to, żeby ci, co nie czytali, po książkę jednak sięgnęli.

„Wojna polsko-ruska”  reż. Xawery Żuławski

Magda Kotowska

Reklamy

23 myśli nt. „Wojna polsko-ruska, czyli punkowa zadyma w kinie”

    1. No właśnie… ja ślę ukłony do Masłowskiej jako socjolożki, obserwatorki świata żonglującej słowem, zdaniem, składnią, myślą – czytać ją to prawdziwe wyzwanie intelektualne, aczkolwiek każdorazowo brakuje mi w jej książkach jakiejś zwykłej, niewynaturzonej, życiowej mądrości, co by za pointę służyła. Ugryźć jej twórczość nie jest łatwo, ale wyciągnąć z książek jakieś konstruktywne i jasne wnioski jeszcze trudniej.

  1. Z książkową „Wojną” problem polega na tym, że bardzo ciężko pochłonąć słowną żonglerkę, absurdalność i haluny fabuły za jednym razem. Z drugiej strony takie dozowanie sobie „Wojny” pozostawia czytelnika w jeszcze większej niewiedzy, zdezorientowaniu i… braku pointy właśnie. Niespójność, zlepek obrazów i wizji, wnikliwych obserwacji, które nie mówią nam wiele więcej od tego, co znaczą wprost. Ale być może o to chodzi. Brak ram, konwencji, lub tylko prześmiewcze ich skrawki w języku blokersów(?) przenikają do głowy czytelnika, pozostawiając tam tylko bałagan i wiele wiele leksykalno-składniowych zachwytów. Ale to książka obowiązkowa z tego właśnie względu.
    Z kinowej „Wojny” wyszedłem roześmiany. Całość jednak sprawiała wrażenie zlepku gagów, które łatwo można przyciąć do długości kilku sekund lub minut i z ubawem oglądać na Youtube, bez potrzeby dowiadywania się, o czym opowiada całość.
    Szyc pokazał się w pełnej krasie a jego gra aktorska była w zasadzie jedynym elementem filmowej „Wojny”, który powracał w moich myślach przez kilka następnych dni. Ale o filmie ławo zapomnieć…

    Jest taki film, o którym zawsze myślę, kiedy ktoś pyta o dobry film. Pianistka/ La Pianist/ The Piano Teacher.
    Polecam:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Pianistka_%28film%29

    1. Myślisz, że o filmie łatwo zapomnieć? Mi się wydaje, że właśnie przez tę niejednoznaczność i kłopotliwość z oceną wrażeń po jego obejrzeniu, uparty widz kombinuje jak cały ten kinematograficzny wyskok interpretować. Pojawia się sporo pytań, np. dotyczących reżysera, jego dorobku i sylwetki zawodowej w ogóle. Dręczy mnie też nieustannie fenomen Masłowskiej, niewątpliwie ciekawego zjawiska literackiego, ale jednak niesklasyfikowanego w sposób czarno-biały. Czy ktokolwiek jest w stanie określić, co z jej oryginalnego pisarstwa wynika? Skąd Nike? Za niebanalny przekaz treści i myśli? Mam wrażenie, że ludzie cenią jej książki, ale każdorazowo gubią się w chaosie fabuły i nie są w stanie wiele z takiej lektury wynieść dla siebie…

      „Pianistkę” oglądałam daaawno temu i z tego, co pamiętam, to chciałam wymazać ten film z pamięci. Wydał mi się ordynarny, zły, brudny, pełen upokorzenia, zdetronizowanej godności, dość niesmaczny i przesadzony. Chyba jednak zobaczę go jeszcze raz, bo nie tylko Ty o nim wspomniałeś ostatnio… A co w nim dobrego wg Ciebie?

      1. ‚Kompleks Masłowskiej’ rzeczywiście i mnie intryguje. Nie wiadomo, z której strony tu ją ugryźć. Jednocześnie darzy się ją sympatią i szacunkiem, jako pisarki i anarchistki (powiedzmy).

        Rozumiem też twardy orzech do zgryzienia po projekcji filmu… ‚cholera, i co ja mam o tym filmie myśleć’ ‚, bo niby dobry obraz obejrzałem, ale nie do końca wiem, co i czy cokolwiek z całej tej historii wynika’. Wydaje mi się jednak, że nie zawsze warto interpretować coś, co interpretacji skutecznie się opiera. Znaczy to wtedy, że poza werbalnym wybrykiem czy slapstickowym gagiem nie można znaleźć zbyt wiele. Ale to bardzo ‚ludzkie’, powiedziałbym, doszukiwać się sensu w bezsensie 🙂

        O Pianistce nie można zapomnieć. To film, który dotyka najgłębszych warstw nas samych, o których myślimy, że wcale nas nie dotyczą, bo już dawno zepchnęliśmy je na samo dno świadomości. Wręcz wydobywa z tego dna zapomniane, wydawałoby się, rodzaje pożądania. To film, który zmusza cię do przeorganizowania i przewartościowania tego co myślisz o sobie samym i ludziach , którzy cię otaczają.
        Oglądając go brzydzimy się tym wszystkim co siedzi wyparte w nas i domaga się uznania za element Ja.

        Nie chcę nasuwać swojej interpretacji… warto jednak pozwolić temu filmowi na zburzenie wszystkich ideałów, którymi karmimy siebie i innych.

        Poza tym obraz kończy się dramatycznie i pozostawia w poczuciu braku nieznośnego braku… no i pobudza do stawiania pytań, co powinno być najważniejsze, jeśli uznajemy coś za dzieło filmowe.

        1. „W bezsensie sens jest jedynym awansem. Balansem w naturze” (Paktofonika ;)).

          Czyli co? Zostawiamy wojnę, bo nieinterpretowalna i się opierająca? Sprytna!

          Pianistkę zobaczę wobec tego. Po tym, co napisałeś, nie mogłabym nie spróbować poczuć „nieznośnego braku”. Niech się ubrudzę moralnie…

          P.S. Cieszę się, że zawiesiłeś lożę na rzecz uzewnętrzniania się w naszej (szyderczej ;))

          1. W sumie sam nie wiem… już więcej z „Wojny” nie wycisnę. Może tyle właśnie wystarczy.

            Pianistka to nie balsam dla duszy. Pianistka wbija w ciebie tępe narzędzie i wierci, i męczy, pokazując ci jak wyglądasz od środka.

            Tak na marginesie, słowa „brud moralny”, „niemoralne”, „złe” mają dużą moc osądzania… a od osądzania bohaterki jestem jak najdalszy.

            Poza tym… to kobieta pragnąca miłości, której nie potrafi poczuć. Tu potrzeba ogromnej dawki empatii, żeby zrozumieć, co dzieje się w niej, w środku…

            A uzewnętrznianie przez was zostało nakręcone 🙂

            1. Obejrzałam „Pianistkę”. Już całkowicie świadomie i z uwagą. Temat na dłuższą dyskusję. Choć muszę przyznać, że film dotyka tak delikatnej sfery intymności, że szczegółowa rozmowa o wrażeniach po tym obrazie wymaga sporej odwagi. I oprawy. I czasu.
              A co do empatii, o której wspomniałeś, to ja musiałam ją raczej tłumić niż stymulować, choćby po to, żeby nie upadać każdorazowo wraz z bohaterką.
              Świetnie ukazane „katastrofy chceń” wynikające z niezdolności do kochania, która z kolei jest efektem dziewiczego oczekiwania, nierozładowanego napięcia, niewykorzystanych pokładów uczuć i niespełnienia w ogóle… Co zostaje z wrażliwego człowieka, gdy nie wie, czym jest miłość i ciepło? Zesztywniała inteligencja, zmaterializowany talent i wynaturzone pożądanie, ograniczające się do atawizmu. Wygląda na to, że można przestać umieć kochać w pewnym momencie… tylko czym jest wówczas życie?

              No i matka – najważniejsza składowa tragedii i kolejny ciężkostrawny wątek. Uch. Temat-rzeka.

  2. Najłatwiej byłoby film Xawerego Żuławskiego potraktować jako jedną wielką surrealną hiperbolę, efekt pewnej anarchistycznej, młodzieńczej spontaniczności twórczej, która za pomocą histerycznej stylizacji i niby-chaotycznego montażu ukazuje świat wykreowany sztucznie w głowie pewnej nastolatki (Masłowska), a później odtworzony wirtuozersko na ekranie przez niewiele starszych od niej równieśników, co to postanowili się zabawić w kino „na haju”.
    A jednak byłoby to zbyt daleko idącym uproszczeniem, gdyż mimo wszystko „Wojna polsko ruska” opowiada o świecie prawdziwym: narkotycznie „zasranym i zażyganym”, zakręconym, zaplątanym, beznadziejnym i absurdalnym – obłędnym, acz rzeczywiście przeżywanym.
    Nie można więc zaprzeczyć, że również i taki świat istnieje naprawdę. I że stanowi doświadczenie wielu realnych i konkretnych ludzi.

    Nigdy nie pociągała mnie twórczość Doroty Masłowskiej. Zawsze wydawało mi się to takie bardzo dwuznaczne: udawać, że się krytykuje świat, w którym jest się zatopionym po uszy – używając jednocześnie (niemal żywiołowo) języka, który w tym świecie funkcjonuje. Mówić, że jego styl jest „do dupy”, jednocześnie posługując się dokładnie takim samym „gównianym” stylem. (Nie chcę tu być źle zrozumianym: oczywiście, że nie wyklucza to talentu autorki, ani nie przeczy jej erudycji.)

    A jednak film młodego Żuławskiego mnie podbił.
    Dlaczego?
    Czyżby dlatego, że moje nerwy i smak bardziej tolerują eksces filmowego obrazu niż „badziewie” (rynsztokowe vita vulgaris) opisywane (i kreowane) za pomocą słowa pisanego, (które może być nawet błyskotliwe)?
    Nie jestem pewien. Może to są tylko jakieś moje uprzedzenia?

    Jestem tego świadomy, że niektórym widzom film może się wydawać wstrętny, czy też wręcz odrażający – w najlepszym razie dziwny i niezrozumiały, (proszę potraktować to zdanie jako pewnego rodzaju ostrzeżenie). Mogę też zrozumieć to, że być może znajdą się i tacy, co uznają go za obraz kultowy – doskonały i rewelacyjny; pierwszy „melodramat dresiarski” w historii polskiego kina.
    Mam pewne opory, by przyłączyć się do któregokolwiek z tych skrajnych obozów. Wolę jednak spojrzeć na ten film z pozycji out-sidera.

    Dlaczego więc, mimo że film ten opisuje obcy mi w zasadzie świat, którego nie chciałbym doświadczyć osobiście na własnej skórze, jednocześnie dostarczył mi wrażeń pozytywnych i satysfakcjonujących, a nawet cennych?
    Myślę, że powody są natury czysto estetycznej, odnoszące się stricte do filmowej sztuki: znakomita reżyseria, oryginalność, fenomenalne aktorstwo (głównie) Szyca – wszystko to sprawiało wrażenie jakiejś wyzwoleńczej anarchii, o tyle niegroźnej, że ograniczającej się do ram filmowego obrazu.
    Na podobnej chyba zasadzie odbieram malarstwo ukazujące horrendum, które jednak nie przeszkadza mi tę sztukę podziwiać – a czasem wręcz wielbić (np. Goya, Bosch, Breugel, Durer, Gericault, Dix, Bacon, Lebenstein…). Mając do czenienia z wysokim poziomem artyzmu, nie ma się ochoty na moralizatorstwo.

    1. Artyzm to pojęcie bardzo względne, bo subiektywne. Ja myślę, że nie ma sensu na siłę doszukiwać się piękna (w jakiejkolwiek postaci) czy wyższej wartości w czymś, co niekoniecznie oba te przymioty reprezentuje. Tak jak w malarstwie. Można dostrzec geniusz w kiczu, tylko dlatego że akurat kicz potzregany jest (sezonowo) jako nowatorstwo. Nie twierdzę, że obraz Żuławskiego namalowany został farbkami tandety, bo oczywiście tak nie było i winszuję, że udało się stworzony chaos jakoś ogarnąć, ale zabrakło filmowi jasnego przekazu. Pointa zagubiła się po drodze zepchnięta na pobocze skutkiem przesadnej emancypacji formy.
      ‚Wojna…’ z pewnością jest filmem ciekawym, warto wyrobić sobie o nim zdanie, ale zachwytu nad nim nie pojmuję, choćby dlatego że nie spełnia podstawowej funkcji tj. dialogu z odbiorcą.
      Inna sprawa, że filmy, muzykę itd. odbieramy emocjonalnie, kierując się np. wyczuciem estetycznym i granicami dobrego smaku w sztuce; widz czuje, kiedy wulgarne sceny są koniecznością, a kiedy gwałcą ludzką wrażliwość i są upierdliwe. Proza Masłowskiej jest dość odrażająca, jeśli chodzi o krajobraz społeczny, więc naprawdę myślę, że każdy winien sobie wizualizacji jej opisów dokonać w przestrzeni włąsnej wyobraźni, a przenoszenie specyficznej wulgarności i wszędobylskiego chaosu na ekran nie ma większego sensu.

      Wspomniana przez Ciebie anarchia to bezpieczna wymówka dla nieopierzonych artystów punkowych i kinematograficznych ekscesów również, bo zezwala na swobodę tworzenia, bunt, niezrozumienie, epatowanie naturalizmem, mieszanie form, treści i brak odpowiedzialności za efekt. „Po” zawsze można powiedzieć, że oto miała miejsce niezła zadyma. 😉

      1. Magda, mam nadzieję że nie masz nic przeciwko temu, że Twoją odpowiedź zamieściłem również pod moim wpisem o filmie Żuławskego (jeśli sobie tego życzysz, to mogę tam również podać adres Twojej strony).
        Twój komentarz jest świetny.
        Poruszyłaś w nim wiele ciekawych wątków, które zaprzątają i moję uwagę.
        Spróbuję nań odpowiedzieć, gdy tylko znajdę więcej czasu.
        Pozdrawiam serdecznie,
        S.

        1. S., nie mam nic przeciwko, oczywiście. Szczerze pisząc, Twoja osobista przestrzeń kulturowa jest tak wysmakowana i dorodna, że mój komentarzyk dostąpi nie lada wyróżnienia 🙂 Zdaje się, że jesteś obieżyświatem, któremu nic, co ludzkie… Ach, pięknie!

          Również pozdrawiam, a nawet chylę czoła,

          M.

          1. Magda, mimo wszystko uważam, że dość łatwo się umówić co do tego, co jest artyzmem, a co nie (jakie kryteria zastosować, jak go rozróżnić), choć rzeczywiście każdy z nas inaczej ów artyzm odbiera.
            Ja w filmie Żulawskiego nie doszukałem się “piękna”, co jednak nie uniemożliwiło mi pozytywnej reakcji na ten film.

            Moim zdaniem film (czy też jakiekolwiek dzieło sztuki) nie musi posiadać “jasnego przekazu”. Często jest wręcz odwrotnie: im jest ono bardziej wieloznaczne, tajemnicze, dopuszczające wielość interpretacji – tym bardziej sprawia wrażenie czegoś głębszego, bogatszego, bardziej kompleksowego.

            Ja również nie zachwyciłem się filmem Żuławskiego, stwierdzam jedynie, że zrobił on na mnie dość mocne wrażenie (jakąś taką swoją filmową wirtuozerią), utrafił w moją wrażliwość, po prostu wzbudził moje zainteresowanie… Czy to nie jest właśnie “dialog z odbiorcą”?
            Zresztą, uważam takżę, iż dzieło sztuki wcale nie musi podejmować “dialogu” z odbiorcą (równie dobrze może to być monolog ), ważne jest, aby w jakiś sposób odbiorcę poruszyło.

            Tak, jak piszesz – czasem wulgarne czy też okrutne sceny są koniecznością, mają swoje uzasadnienie – ale na podobnej zasadzie swoje uzasadnienie może mieć naturalizm, mieszanie form, “wizualizacja” panującego w danym środowisku chaosu…

            Trudno byłoby winić Żuławskiego za to, że ktoś (np. jacyś “nieopierzeni artyści punkowi”) nieudolnie może naśladować jego styl.

            Sam nie jestem anarchistą, ale uważam, że pewne “anarchistyczne” zachowania mogą mieć sens i swoja wartość. Podobnie jak “zadyma”, czy bunt. A już na pewno czymś zdecydowanie pozytywnym jest “swoboda tworzenia”.

            Mam swoje zastrzeżenia wobec tego filmu i muszę Ci wyznać, że zbliżają się one – choć nieco okrężną drogą – do tego, co Ty mu zarzucasz.
            A jest to np. … jakaś taka… jałowość tego filmu. Czysta, filmowa zabawa, za którą rzeczywiście nie wiadomo co się kryje. W tym kontekście, moja przychylność do tego filmu rzeczywiście może wyglądać trochę… irracjonalnie. Ale tak już chyba wszyscy mamy: czasem odbieramy coś bardziej trzewiami, niż rozumem… i dopiero później szukamy dla tej naszej reakcji jakiegoś racjonalnego uzasadnienia.

            1. 1. Artyzm. Zgodzę się, że można umówić się co do konkretnej jego definicji w oparciu o reguły, standardy, trendy w sztuce i modę, ale czy to będzie na tyle obiektywne, żeby przyporządkować danemu dziełu odpowiedni poziom jakości? Trendy się zmieniają, ewoluują, nie ma pojęć stałych, bo często ten rozwój odbywa się na zasadzie kontrastu, przeciwwagi dla protoplastów konkretnego nurtu.
              I dalej… to, że coś uznane zostało za obiektywny standard nie oznacza, że każdy winien się do niego dostosować w subiektywnej percepcji sztuki. Dla mnie najważniejszym wyznacznikiem jakości jest jednak ludzka jednostka – zindywidualizowana pod względem własnych doświadczeń, poziomu czucia, wrażliwości, siatki doznań, zmysłów, intelektu. Choć zgodzę się, że na zasadzie porównań można wyróżnić wysoką jakość i kicz, choćby w muzyce. Wiadomym jest, że Pink Floyd nie zachwyci fana disco polo dla przykładu.
              Co do kina, to sprawa ma się nieco inaczej, bo widz ulega całemu spektrum bodźców, które muszą ze sobą jakoś współgrać, żeby wywołać efekt pożądany – refleksję.

              2. Refleksja a dialog z odbiorcą. Pewnie, że nie chodzi o to, by wszystko w filmie było jasne i przejrzyste. Im więcej wątpliwości, pytań, dyskusji, interpretacji, tym lepiej, bo to oznacza, że obraz widza poruszył. Jednak bez względu na to, czy film jest trudnym dramatem czy podchodzi pod sensacyjny s-f zawsze chodzi o refleksję, która pozostawi w widzu jakieś przesłanie, konkretne emocje, choćby strach.
              Z „Wojną…” jest ten problem, że chaos przyćmił wartościowe wątki, a przecież wiadomo, że takowe istnieją. Wyszła z tego taka „sztuka dla sztuki”, która, oczywiście, ma swoją rację bytu, ale w tym przypadku raczej drażni niż wzbudza podziw. Przypomniał mi się momentalnie Tsai Ming-Liang ze swoją „Twarzą” nakręconą na zlecenie Luwru – piękny obraz, ale jaki… kokieteryjny! Kawior dla elity, powiedziałabym. Tego typu dzieł w kinie nie potrzebuję 🙂
              Anarchistyczny wybryk Żuławskiego, choć na poziomie, to przeze mnie jednak zdyskredytowany właśnie za ten zakłócony dialog z widzem albo inaczej: za brak punktu odniesienia dla refleksji.

              3. Anarchia. „Buntuję się, więc jestem” – postawa kontestatorska rodzi chyba największe twory, a przynajmniej najbardziej spektakularne, na pewno głośne, może skandalizujące… Jakkolwiek, „zadyma” jest odczuwalna i to się często liczy bardziej niż cel albo efekt 🙂 Nie twierdzę, że „Wojnę…” można pod ten pogląd podciągnąć (chociaż z tego, co wiem, to Żuławskiemu środowisko punkowe nie jest obce), ale tym miszmaszem treści, formy, języka i obrazów robi niezłą zamieć w mózgu, na której widz skupia całą uwagę, kiedy próbuje ogarnąć to, co widzi i słyszy. Z całego filmu jest w stanie wyłapać znikome przesłania i na tym koniec, bo po seansie czuje się przejedzony tym, co mu podano.

              Jeśli więc uznać takie filmy za artystyczną zabawę, lekko zanarchizowaną, to rzeczywiście nastawić się trzeba na odbiór trzewiami 😉

          2. Zapraszam więc serdecznie do siebie…

            PS. No to mi wyjechałaś z tą „osobistą przestrzenią kulturową” 🙂
            Na dodatek „dorodną” 😉

            Pochylone czoło kobiety… ach 😉
            Nie trzeba, nie trzeba 🙂

  3. Mocna argumentacja, z którą trudno mi się nie zgodzić.
    Podejrzewam, że wobec filmu Żuławskiego zastosowałbym zupełnie podobną, gdyby mi się on po prostu nie spodobał, gdybym go „nie poczuł”… A taki problem mam np. z kinem Tarantino – inni się nim zachwycają, ja nie mogę, bo zwyczajnie nie trawię tego, co wydaje mi się tylko jakimś… przewrotnym szpanerstwem, które pod pozorem krytykowania przemocy, sam się tą przemocą napawa – ot, tak sobie… właściwie tylko dla zabawy.

    Te wszystkie różnice, które między nami wystąpiły w związku z „Wojną polsko-ruską” wynikają po prostu z tego, że Ty podeszłaś do tego filmu bardziej racjonalnie, krytycznie i intelektualnie. Wygląda na to, że ja się w tym przypadku „zamknąłem” na rozum i rozsądek i poddałem trzewiom.
    Wiesz… faceci tak czasem mają 🙂

    1. Tarantino chyba jest tym przewrotnym szpanerem, do tego niezłym prześmiewcą – i to chyba jego wyznacznik, który widzom odpowiada. Moje klimaty to też nie są.

      A co do różnic w podejściu… Wyszło na to, że jestem racjonalna, pragmatyczna i ograniczona emocjonalnie. Heh, zabawne. To moje drugie mocne ja (kobiety tak czasem mają ;)) Z pierwszym jest totalnie odwrotnie. Pierwszym rządzi jej mość Emocja, u mężczyzn nazywana trzewiami 😉

  4. Magda, pozwalam sobie wstawić tutaj odpowiedź jaką na Twój komentarz na moim blogu napisała Chihiro (bo być może nawet byś o tym nie wiedziała 🙂 ) :

    * * *
    „Magda, piszesz: Z “Wojną…” jest ten problem, że chaos przyćmił wartościowe wątki, a przecież wiadomo, że takowe istnieją. Wyszła z tego taka “sztuka dla sztuki”, która, oczywiście, ma swoją rację bytu, ale w tym przypadku raczej drażni niż wzbudza podziw. ”
    Odpowiem: Komu przycmil, temu przycmil. I kogo drazni, tego drazni. Ja sobie wybralam konkretny watek, ktory moze w filmie byl poboczny, a mnie przeslonil wszystko, czyli koncept bycia czyims wymyslem, snem, uluda, borgesowskim czlowiekiem, ktory sie komus sni. Mozliwe, ze Zulawski podal to jako suplement do glownych splotow akcji, dla mnie scena spotkania z Maslowska na policji byla kluczowa i zawazyla na moim odbiorze calosci.
    Nie draznila mnie tu “sztuka dla sztuki”, bo wedlug mnie tej “sztuki” bylo niewiele. Oczywiscie samo zaklasyfikowanie filmu pod sztuke jest jak najbardziej prawidlowe, ale ten film akurat nie jest wcale manieryczny. Z takich manierycznych, ktore naprawde dzialaja na nerwy, to przychodzi mi do glowy film “Matka i syn” Sokurova – jaki ten obraz jest wystylizowany! Wrecz przestylizowany, tak bardzo ugladzony, ze trudno skupic sie na czyms innym niz na mysli, ze rezyser pragnal przescignac samego siebie.
    “Twarzy” Tasi Ming-Lianga nie widzialam, ale widzialam jego “I don’t want to sleep alone” i jego opowiadanie historii rowniez nie przypadlo mi do gustu (choc tu podejrzewam roznice kulturowe, ktore utrudniaja mi znacznie odbior).
    Przyznam tez, ze zbytniego anarchizmu Zulawskiego tez sie w tym filmie nie doszukalam, odebralam ten film jako dosc grzeczny, gdzie tu anarchia? Przeciwko komu lub czemu mialby sie on tu buntowac? Za anarchistyczne obrazy moge uznac Matthew Barney’a caly cykl Cremaster, ale Zulawski??? Nieporozumienie.”

    * * *

    1. Droga Chihiro, wątek z ‚Wojny..”, na którym się skupiłaś i który przesądził o Twoim odbiorze filmu był kluczowy także dla mnie. Uważam, że moment, w którym Silny wyszedł z komisariatu skołowany, zawieszony między snem i jawą, mirażem a rzeczywistością stanowi najpewniej swoiste spoiwo, nadaje sens obrazowi Żuławskiego, pozwala zrozumieć jego przekaz. Gdyby nie ta scena, tak dosadnie ukazana, to film praktycznie pozbawiony byłby większej wartości.
      Mam wrażenie jednak, że podobnie skołowany był widz, gubiąc się w wątkach, szukając w nadwyrężonym umyśle jakiejś głębszej refleksji, która miałaby pojawiać się skutkiem natłoku dialogów i obrazów. Odbiorca doczekał się intelektualnej ulgi dopiero w tej kluczowej scenie, która jasno symbolizowała pomieszanie dwóch światów, fałsz uczuć, zagubienie w życiowej pzrestrzeni, dewaluację wartości, teoretycznie stałych i niezmiennych pojęć (np. miłości). Tak więc mogę uznać, że było w filmie kilka wartościowych scen i dzięki nim „jakieś sensowne” wrażenie pozostało. Nie zmienia to jednak faktu, ze nie wystarczą one, by uznać „Wojnę…” za wielkie dzieło.

      Co to Tsaia… udało mi się zobaczyć kilka jego filmów i zostałam fanką azjatyckiej wizji minimalizmu. Wspomniałam o „Twarzy”, bo to b. specyficzne dzieło, inne od wszystkich obrazów tego reżysera: typowa „sztuka dla sztuki”, film piękny wizualnie, ale absolutnie abstrakcyjny, praktycznie nie do ogarnięcia. Tsai kocha symbole, w dodatku stale powtarzające się w każdym jego obrazie, ale „Twarz” zbiła z tropu chyba każdego, kto śledził jego kolejne filmowe przesłania. Tu też dialog z odbiorcą był zaburzony, ale to inny rodzaj niezrozumienia. „Twarz” zobaczyłabym jeszcze raz, bo nie drażni w przeciwieństwie do „Wojny…”. Można spokojnie próbować rozkoszować się tą nierzeczywistą odstawalnością. Żuławski takiego komfortu nie daje.

      Anarchizm natomiast ujawnia się w chaosie przyjętej konwencji, w tzw. punkowej zadymie na ekranie. Dzieje wiele, ale nie wynika z tego nic prócz się dziania właśnie. No future. No point.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s