Na północ!

Gdy zimno i pusto, a do tego przytrafiają się nam same nieprzyjemne rzeczy, łatwo popaść w depresję. Wtedy ratunkiem okazać się mogą ludzie i… absurdalny humor.

To prawdziwy western transcendentalny w klimacie „Truposza”, z tym, że dzieje się na północy Norwegii. Ale czy to komuś przeszkadza? Mi na pewno nie! Niech nie zmyli Was kolejny niefortunnie przetłumaczony tytuł (ileż to filmów już tłumacze zabili – w oryginale „Nord”) – to nie jest kolejna produkcja o zabójczo przystojnym snowboardziście, który w Alpach szlifuje kondycję i podrywa okoliczne dziewczęta. Tu historia jest daleko bardziej skomplikowana, ale i – na szczęście – sposób jej opowiadania również daleki jest od standardowego. Główny bohater – Jomar, cierpi na depresję. Najchętniej nie wychodziłby ze swojego domu i wciąż leżał na łóżku. Gnił i marnował resztę swojego życia. Nie trzeba mieć zresztą depresji, by doświadczyć tak przejmującego smutku, by wszelkie chęci umarły w człowieku, czemu samotność (zwłaszcza, jeśli samemu o nią dbamy) tylko służy. Ale ratunek na to jest – banalny, jak wszystkie najlepsze pomysły, ale i prawdziwy – ludzie, którzy nas otaczają. To oni dają nam poczucie własnej wartości (bo do czego odnosić się będąc jedynym na świecie?), pomagają i pozwalają jakoś egzystować. Pozwalają odkryć to, w czym jesteśmy dobrzy i uśmiechać się odrobinę częściej (nawet jeśli tylko w duszy). Na dodatek Jomar ma liczne fobie, które sukcesywnie utrudniają mu funkcjonowanie w społeczeństwie, co tym bardziej go od niego izoluje. Chodzi więc o to, by znaleźć innych takich „wyrzutków”.

Ale mylicie się, jeśli myślicie, że ów ciężka tematyka filmu sprawi, że będzie to kolejny przejmujący dramat. Przejmujący – owszem, ale raczej tragikomedia ze wskazaniem na komedię
czarno-absurdalną. Jomar wyrusza bowiem na północ z konkretnym celem, ale sama podróż konkretną już nie jest. Po drodze spotyka różne osoby, uczy się od nich, dowiaduje, że nie jest ze swoją samotnością sam, a przecież nie od dziś wiadomo, że jak być samemu, to najlepiej w grupie. Typy to bardzo dziwne i przywodzące nieuchronnie na myśl, wspomnianego już, jarmuschowego „Truposza” – ale „Nord” to bynajmniej nie dzieło wtórne. Po drodze dzieją się również różne rzeczy, które skutecznie wytrącają widza z równowagi, powodując też, że politycznie niepoprawnie śmieje się z „biednego Jomara”. Ironia wobec głównego bohatera, to zresztą mocna strona „Białego szaleństwa”.

Bardzo spodobało mi się też zakończenie – dokładnie w momencie, który nie przerobił filmu na ckliwą amerykańską produkcyjkę, zostawiając sporo niedopowiedzeń, ale i żal, że wychodzimy z kina oraz z tego osobliwego, choć wciągającego świata.

„Białe szaleństwo”, reż. Rune Denstad Langlo

Kuba Knoll

Advertisements

Jedna myśl nt. „Na północ!”

  1. Scena pt. „nauczył mnie tego znajomy Polak” powaliła na sali całą 6-osobową publikę 😉 Świetne muzyka i zdjęcia. No i to urzekające dziwactwo postaci oraz ich pomysłów na śmierć – vide stary „apacz”.
    A zakończenie – szybkie, niespodziewane, „zaspokajające niedosyt”. Fajny obraz.
    Jedyne, co mi się nie podoba, to otoczka filmu – hasła promujące ujmują mu wartości i mogą zniechęcać. „Antydepresyjna komedia zza kręgu polarnego” – to jakaś pomyłka! Dużo w tym obrazie urokliwych scen, nakłaniających do refleksji. Powiedziałabym, że panuje fajna równowaga między zgrzytem duszy a uśmiechem…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s