O Lisie, co siebie szukał

Wes Anderson ma w sobie jedną przewidywalną cechę – zawsze jest nieprzewidywalny. To jego znak rozpoznawczy. Bo kto inny zrobiłby egzystencjalną bajkę dla dzieci i dorosłych, po której czujemy, że możemy wszystko, a już na pewno, że jesteśmy wyjątkowi?

Kto widział chociażby „Pociąg do Darjeeling” czy „Podwodne życie ze Stevem Zissou”, ten wie, że reżyser należy do wyjątkowych. Specyficzne poczucie humoru, lekkość i pomysłowość, a przede wszystkim własny, świadomy, rozpoznawalny styl, to jego znaki rozpoznawcze. Zrobić dziś tak staroświecko adaptację książki – swoją drogą innego ekscentryka, autora m.in. „Charliego i fabryki czekolady” – Rolada Dahla, dodając do niej od siebie nie wybuchy, uwspółcześnienia, czy inne modne gadżety, a garść egzystencjalizmu, to dopiero sztuka i odwaga (świetna jest tu m.in. scena, jak Lis, zawsze zawadiacki, z wielką szczerością podejmuje autoanalizę, tłumacząc, że musi udowadniać swoją fantastyczność, bo na tym opiera się jego poczucie własnej wartości). Przy czym film ogląda się jak świetnie zrobioną bajkę – bawiąc uczy, ucząc bawi. Niesie z sobą wyświechtaną, choć wiecznie zieloną ideę, by szukać w każdym z nas czegoś wyjątkowego, bo tak naprawdę każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju. Jednym są pisane większe sukcesy, innym mniejsze, najważniejsza jest jednak najwspanialsza wyprawa życia – wgłąb siebie samego w celu poznania i zrozumienia siebie, uaktywnieniu w sobie tej pierwotnej, dobrej dzikości. I choć w moim wykonaniu przesłanie takie wpada w nachalną i irytującą patetyczność, u Wesa nic takiego nie występuje.

Poza treścią jest jeszcze forma. A ta – co pozwala już podejrzewać, że oto mamy do czynienia z filmowym majstersztykiem – jest przepiękna! Animacja stylizowana na dawne rysunki młodzieżowych książek w rodzaju Kubusia Puchatka (oczywiście w wersji pana Sheparda, nie jakiegoś tam Disneya), bohaterów „O czym szumią wierzby”, czy rysunków znanej z filmowej biografii pani Beatrix Potter. Do tego jeszcze swoboda, lekkość, charakterystyczny absurdalny humor i przesłanie zawsze równoważone przed ironię i codzienność. A na dokładkę żywiołowe country z mandoliną i drumlą w tle, westernowa otoczka nad całością oraz prawdziwe gwiazdy użyczające bohaterom głosów – George Clooney dodający Lisowi charyzmy i czaru, Meryl Streep, Bill Murray czy Willem Dafoe, jako pełen gracji i szyku szczur-cwaniaczek. Spodobałoby się zarówno miłośnikom Jima Jarmuscha, Jacka White’a, jak i Camusa czy Bergmana (że tak wystrzelę z wielkiego kalibru).

Wes Anderson uczy nas, że warto być innym. Ważne, by odnaleźć w sobie swoją niezwykłość, stać się Fantastycznym Sobą. On jest takim niezaprzeczalnie, my także możemy, przy okazji doskonale się bawiąc.

„Fantastyczny Pan Lis”, reż. Wes Anderson

Jakub Knoll

Reklamy

5 thoughts on “O Lisie, co siebie szukał”

  1. Ja Ci tu, Kubo, przekopiuję, com napisała o filmie po jego obejrzeniu i po rozmowie z Tobą:

    „Ach, ten Clooney – może być lisem, a ja i tak reaguję dreszczem zadowolenia. Przyzwoity film. Inteligentny. Zabawny. O wartkiej fabule rozgrywającej się w tempie maratonu gryzonia w kołowrotku. Do tego rozbrajająca farmerska muzyczka. Wszystko więc na wysokim poziomie, a mimo to bez większego zachwytu, który towarzyszył np. oglądaniu $9, 99 – prześwietnej animacji na podst. prozy Kereta. Czegoś mi tu zabrakło. Czego? Jeszcze nie wiem.”

    po rozmowie z Tobą i w odpowiedzi na pytanie o związek Lisa z $9,99:

    „Przyznam, że po animacji Andersona spodziewałam się wrażeń podobnych do tych, kt. doświadczyłam po $9, 99 – tej tożsamości impresji nie doczekałam – obie animacje są świetne technicznie, obie błyskotliwe scenariuszowo, ale zupełnie różne, jeśli idzie o tzw. przesłanie/pointę – w $9, 99 rozbroiły mnie satyryczne odniesienia do współczesnych obsesji – materializmu, admiracji bezwłosia ( i bezkości ), szaleństwa wokół kursów asertywności, poradników, dzięki którym można przywrócić życiu sens – dla mnie $9, 99 to kwintesencja naszych czasów – prócz wspomnianej wysokiej jakości dialogów ( w tym poczucia humoru), dotarła do mnie ich wartosć i aktualność. W przypadku Lisa tej paraleli między fabułą a życiową karmą mi zabrakło. A chyba nie powinno, bo jak stwierdził mój znajomy – dzieła Andersona trzeba oglądać dla samej przyjemności oglądania, bez doszukiwania się metafor i symboli, bo u Wesa nic nigdy nie jest do końca klarowne i oczywiste ( i sensowne?). Jeśli tak podejść to tej fansatycznej materii, to, rzeczywiście, warto zobaczyć. I ja polecam – choćby dla Clooneya, Streep i ogólnej radości z łaskotania oka i intelektu :)”

    1. O to to, w Twojej odpowiedzi znajduje się i odpowiedź na odpowiedź. Filmy Andersona się ogląda i raduje tym faktem, więcej nie należy sobie obiecywać, bo można się srodze zawieść. A List, to taki film, co to rodziny bezstresowo iść mogą na to wspólnie do kina – dzieci może się bawić będą, a rodzice – zależne od poczucia humoru – bawić bardzo dobrze, choć inaczej od swych pociech, bądź zupełnie, przeklinając chwilę, gdy zdecydowali się na seans pójść. Tyle chciałem.
      PS I am Yang and you are Yin, not Ying:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s