Jeden dzień samotności

Zwierzyniecka Letnia Akademia Filmowa pozwoliła mi na zapoznanie się z wieloma wartościowymi filmami. Niektóre z nich wyraźniej niż inne przyciągnęły mą uwagę do ekranu i wyryły mi się w pamięci. Jednym z takich filmów był „Samotny mężczyzna” Toma Forda.

Tom Ford do tej pory kojarzony był ze światem mody, z marką Gucci i Yves Saint Laurent, a nie z kinem. Odrywając się od modowego przemysłu, pokazał, że potrafi uszyć niezły film, biorąc się za powieść Christophera Isherwooda pod tym samym tytułem.

Film jest przedstawieniem jednego dnia z życia profesora filologii angielskiej George’a Falconera, który przeżywa żałobę po śmierci swojego partnera życiowego – Jima, z którym żył od kilkunastu lat. Dzień wypełniony rutynowymi, z niechęcią wykonywanymi czynnościami – wstawaniem z łóżka, ubieraniem się czy przebywaniem na uczelni i próbując przekazać swoją wiedzę studentom. Dzień, w którym każda czynność przypomina mu o czasach, kiedy był szczęśliwy z Jimem, co jeszcze bardziej pogrąża go w depresji i niechęci do życia. Czuje się samotny, jedyną osobą, z którą może porozmawiać, jest Charlotte, przyjaciółka, która jednocześnie sama ma problem z alkoholem. Jednak w tym depresyjnym dniu znajdują się sytuacje, które (dosłownie) nadają barw życiu George’a.

Wielką zaletą filmu jest to, że reżyser nic nie próbuje widzowi narzucić. Chociaż sam w życiu prywatnym jest zadeklarowanym gejem, nie usiłuje przez film przekonać nas, że homoseksualizm jest lepszy czy gorszy. Nie decyduje się na żadne pompatyczne i melodramatyczne przemówienia o sytuacji gejów na świecie. Nie szokuje też odważnymi scenami seksu. Po prostu oglądamy próby dojścia do siebie po utracie najbliższej osoby, godzenie się (lub nie) z zaistniałą sytuacją, zmuszanie się do wstania z łóżka, kiedy każdy dzień okazuje się udręką. To przecież może wydarzyć się każdej parze – i homo- i heteroseksualnej. Ford ucieka od moralizatorstwa – sceny, które niebezpiecznie ślizgają się na granicy banału, kończone są w idealnym momencie. Cały film ukazuje, że życie niesie nie tylko ciężkie chwile – przyjaciele, niezobowiązujące rozmowy z nieznajomymi przynoszą też przebłyski radości, ale, że także potrafi być pełne ironii.

Z pełnym przekonaniem, i w ogóle nie przesadzając, mogę powiedzieć, że Colin Firth zagrał w „Samotnym mężczyźnie” swą rolę życia. Odciął się nią od wizerunku wygładzonego amanta z angielskiej prowincji. Można śmiało powiedzieć, że im jest starszy, tym lepszy. Dostaje poważniejsze role i całkowicie potrafi im sprostać – nagroda w Wenecji oraz nominacja do Oscara i Złotego Globu za rolę pierwszoplanową, jest tego potwierdzeniem. Jak zwykle nieźle wypada też Julianne Moore, grająca przyjaciółkę George’a, ale tu jednak jest przyćmiona przez Firtha.

Jakkolwiek fabuła może wydawać się prosta, to strona wizualna jest nad wyraz rozwinięta. Oko przykuwają (i cieszą) stylowe wnętrza, idealnie dopasowane ubrania i wysmakowane detale – okulary, biżuteria. Od razu widać, że reżyser wysoko ceni estetykę na ekranie. Niemal każdy kadr filmu można by było wydrukować i oprawić w ramkę. Świetne zbliżenia na aktorów, ciasne kadry, odpowiednio dobrane nieostrości, potęgują kameralność i intymność chwili. Ciekawym zabiegiem jest także wykorzystanie barw w celu oddania samopoczucia George’a – w trakcie jednej sceny można zaobserwować, jak początkowe żywe barwy tracą na nasyceniu, przechodząc w szarzyzny i na odwrót.

Nie można pominąć też polskiego akcentu, a właściwie całych taktów przebrzmiewających w „Samotnym mężczyźnie”, gdyż za muzykę był odpowiedzialny polski kompozytor Abel Korzeniowski. Podkreśla nastrój, ale bez narzucania się. Czasami delikatna, ale jednocześnie zostająca w głowie po seansie. Kompozycje smyczkowo-fortepianowe są idealnym zwieńczeniem całego filmu.

Nie każdemu przypadnie ta produkcja do gustu. Jeżeli ktoś od filmu oczekuje dynamicznej akcji i/lub ciągłego rzucania żartami, to nie jest to film dla niego. Ale jeśli ktoś lubi wchłaniać sączącą się muzykę, delektować obrazami, dostając przy okazji prostą, ale poruszającą historię, to bez wahania polecam.

„Samotny mężczyzna”, reż. Tom Ford

Magda Pleskacewicz

Reklamy

Jedna myśl nt. „Jeden dzień samotności”

  1. Dla mnie był to jeden z najlepszych filmów ostatniego czasu.
    Nie odrzucam kina hollywoodzkiego (a tym bardziej… amerykańskiego 😉 ) en bloc, a jednak „A Single Man” można uznać za obraz, który daje wytchnienie od typowo hollywoodzkiego (szalonego) tempa, scenariuszowych stereotypów, politycznej, ale i moralnej „poprawności”…
    Jest to film niezwykle dopieszczony estetycznie (wszak to robota Forda, więc nie dziwota 😉 ), stonowany, melancholijny, czasem wręcz liryczny; pełen niuansów, no i… last but not the least – świetnie zagrany (nigdy nie zapomnę sceny, w której grany przez Firtha mężczyzna dowiaduje się o śmierci swojego kochanka).
    Także uważam, iż warto ten film polecać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s