Wszystkie wpisy, których autorem jest Magda Kotowska

„The King of Limbs” jak „Czarny Łabędź” Aronofsky’ego

Nierówna, rozkołysana, hipnotyczna. Daleko jej do melodyjności In Rainbows, jeszcze dalej do wybitności Kid A. Perełki w jeziorze jej dźwięków nieśmiało połyskują, ale żadna z nich nie czyni w duszy natychmiastowego spustoszenia, bliskiego choćby Street Spirit (Fade Out). Czy to oznacza, że nowa płyta Radiohead nie ma głębi?

Krążek The King of Limbs jest kontrowersyjny. Przy dziewiczym odsłuchu brzmi jak EPka nagrana w trakcie niezobowiązującej zabawy dźwiękiem podczas przypadkowej sesji w studio. Pierwsze kawałki krążka przypominają chaotyczną elektroniczną gierkę osnutą mgłą wokalu Yorke’a. Takie właśnie jest Bloom,  wprowadzające w radiogłowe uniwersum. Jeszcze bardziej egzotycznie brzmi Morning Mr Magpie. Trudno się tu odnaleźć, choć krew w ciele mimowolnie płynąć zaczyna w niespokojnym rytmie piosenki o sroce. Konsternacja mija wraz z pierwszymi dźwiękami Lotus Flower, które w zestawieniu z epilepsją Thoma, rachuje kości i skutkuje zakwasami.

I tu zaczyna się druga, bardziej przyswajalna, część płyty. Codex to piękno samo w sobie, na mapie doznań graniczące z doskonałością. W podobnej estetyce utrzymane jest Give up the Ghost. Finałowy Separator to przyczynek do lewitacji. Na tyle łagodny, że ma się ochotę zatoczyć krąg i ponownie poddać się transowemu chaosowi Bloom.

Nowa płyta Thoma Yorke’a i spółki jest jak Czarny Łabędź Aronofsky’ego – doskonała pod wieloma względami, ale pozostawiająca niedosyt. Jest malowniczo, momentami wręcz perfekcyjnie, ale brakuje emocjonalnego pierdolnięcia.

 

Epileptyczny taniec Thoma:

Radiohead King of Limbs

Source: Independent.pl

Magda Kotowska

Reklamy

The Young Gods z patentem na długowieczność

Prawie 25 lat obecności na alternatywnej scenie muzycznej. Szmat czasu. Wydawałoby się, że taki wynik równoznaczny jest z nudą, więdnięciem i powielaniem wypracowanych sc hematów. Nie w przypadku The Young Gods. Chłopaki ze Szwajcarii znaleźli patent na długowieczność. Everybody Knows to kolejny dowód na to, że im wino starsze, tym lepiej smakuje.

Szwajcarska grupa znana jest z dźwiękowych eksperymentów i to one właśnie stanowią źródło wiecznej świeżości. Każdy album utrzymany jest w innym klimacie, choć zawsze oscyluje wokół industrialu. Nowa płyta powiewa stylistycznym eklektyzmem, miesza elektro, country, rock, blues i industrial, przyprawiając każdy utwór etniczną masalą.

Rzadko zdarza się, żeby uzależnić się od krążka po pierwszym przesłuchaniu. Everybody Knows przełamuje schematy trawienia nowości. Blooming momentalnie rozkłada na łopatki,  snując się eterycznie wokół zmysłów. Konstrukcja muzyczna naelektryzowana jest tu sensualną erotyką, podobnie zresztą jak wokalizy Franza Treichlera. No Land’s Man zionie ogniem Super Ready, a Mr Sunshine potęguje stan haju po to, by odlecieć totalnie w Miles Away. Chwila na spacerek po wertepach eksperymentu pojawia się w trakcie szemranego Two To Tango. Finał przechadzki ma swoje miejsce w Introducing, które łowi ucho słuchacza dźwiękową przynętą polaną sosem country. (Przypomina się tu nietypowy koncert Live At Moods –  The Young Gods z Eriką Stucky – wyemancypowaną damą harmonijki.) Druga połowa płyty nie porywa już tak bardzo jak pierwszy kwintet, ale kończy się za to dobrą etniczną pointą w postaci Once Again.

Młodzi Bogowie wiedzieli, że nie zgrzeszą hipokryzją, wymyślając nazwę dla swojego zespołu. Ich muzyka się po prostu nie starzeje. The Young Gods nieustannie ewoluują, dojrzewają jak wino, po którym nie ma kaca.

The Young Gods – Everybody Knows

Independent.pl

Magda Kotowska

Norweski weekend Avant Art Festival – relacja

Za nami pierwszy weekend Avant Art Festival. Przez trzy dni (24-26.09) artyści z Norwegii prezentowali polskiej publiczności awangardowe oblicze teatru i muzyki. Maja Ratkje i Offonoff wystawili uszy słuchaczy na próbę, Necessary wprowadzili w trans, Henriksen w hipnozę, a Jono El Grande w dadaistyczny zachwyt. Wielki sukces odniosły też spektakle.

Jono El Grande, fot. Edgar De Poray

Po weekendzie norweskim nie ulega wątpliwości, że Avant Art Festival należy do najbardziej wartościowych festiwali w Polsce, a Wrocław stoi na podium awangardowych imprez. Koncerty i spektakle zaprezentowane dotychczas w Imparcie są tego najlepszym dowodem – pokazują to, czego nie można doświadczyć na innych festiwalach. Avant Art zaczął się mocnym teatralnym akcentem i równie wyraźnym się zakończył. Zarówno Verdensteatret jak i MaisonDahlBonnema&Needcompany, a także wystawiany w sobotę „The Fork” [Minus 20] collective zgromadzili pełne sale widzów i zebrali entuzjastyczne recenzje.

Verdensteatret, fot. Edgar De Poray
MaisonDahlBonnema&Needcompany, fot. Edgar De Poray

Nie zawiodła też scena muzyczna. Maja Ratkje podczas występu zamieniła się w czarownicę z Salem, Offonoff i PUMA sprawili, że drżały fotele, a Necessary wprowadzili w trans. Niewątpliwie, jednym z najlepszych koncertów był występ Jono El Grande – dadaistycznego trikstera uznawanego za wcielenie Franka Zappy. Natomiast pointą doskonałą weekendu z Norwegami okazał się koncert duetu Arve Henriksen & Jan Bang, który odkrył przed publicznością malownicze pejzaże jazzu, zabierając w inny wymiar percepcji, serwując nieziemskie wprost dźwięki.

Maja Ratkje, fot. Edgar De Poray

Bardzo trafionym pomysłem były spektakle na otwarcie, które wprowadzały w klimat awangardy i nastrajały do części koncertowej. Avant Art udowodnił po raz trzeci, że nie jest typowym festiwalem muzycznym, ale festiwalem o muzyce, w którym nie ma miejsca na popkulturę. Jest za to idealna przestrzeń do dyskusji i poszukiwań.

– Avant Art Festival uważam za najciekawszy i najlepszy festiwal w naszym kraju. Nie ma żadnej cienizny, ani monotematyczności. Cudownie jest móc korzystać z wiedzy i orientacji kuratorów o tak szerokich zainteresowaniach i otwartych głowach! – podsumował Bartłomiej Kuźniak z grupy 2g.

Weekend norweski zakończył odsłonę teatralną. Następna, już stricte muzyczna, w najbliższy weekend (1-4 października). Zagrają m.in. Radian, Alva Noto, Mira Calix & Andrea Parker oraz Regenorchester.

Program oraz informacje o biletach dostępne na stronie: www.avantfestival.pl

Verdensteatret, fot. Edgar De Poray
Offonoff, fot. Edgar De Poray
Arve Henriksen, fot. Edgar De Poray

Avant Art Festival Norwegia 2010, Wrocław

MK

Zwyczajność triumfuje – konkurs Nowe Horyzonty 2010

Postawiłam w tym roku na Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty. Po rozkoszach typu „Tlen” czy „Burrowing” liczyłam na dosłowną powtórkę z rozrywki. Niestety, wyszło na to, że nic dwa razy się nie zdarza. Co więcej, jestem oficjalnie obrażona na intuicję, która wyprowadziła mnie w pole rozczarowań i niedosytu. A może po prostu nadoczekiwałam?

reż. Veiko Õunpuu / Estonia, Finlandia, Szwecja 2009

Pierwszym niespełnieniem okazało się „Kuszenie świętego Tonu”, choć tu przynajmniej warstwa wizualno-dźwiękowa zaspokajała kinematograficzny apetyt. Chwilę później doświadczyłam dotkliwej niestrawności, gdy przyszło mi zmierzyć się twarzą w ekran z „Trash Humpers” – najbardziej zdziwaczałym wytworem reżyserskiej wyobraźni i potrzeby kreacji. Nadal wątpię, by Korine miał cokolwiek do przekazania, ale uważam, że film powinien był zostać zaprezentowany w innym cyklu, najlepiej dotyczącym sztuki. Z góry wiązałoby się to z większa tolerancją w odbiorze i zminimalizowałoby dyskredytację tego filmu. Bo chyba nie chodziło o to, by po seansie każdy kosz na śmieci kojarzył się z bandą odrażających kopulantów?

Dawki ulgi doznałam przy okazji „Amer” – świetnie rokującego obrazu, który z czasem znudził swoją formą. Niewątpliwie należał jednak do perełek, choćby pod względem przyjętej, starodawnej konwencji, genialnych zdjęć i ujęć oraz wszechobecnej gry zmysłów skupionych wokół strachu i erotyzmu. Po „Amer” przestałam już nadoczekiwać i pogodziłam się z niskawym poziomem konkursu, dzięki czemu nie podłamała mnie „Paszcza wilka” i nie załamał „Podróżuję, bo muszę, wracam, bo cię kocham”. O ile pierwszy z nich, pomimo dominującej poetyckości, rozwijał jakiś kłębek fabuły doprawiony humorem, o tyle portugalskie kino drogi nie wiązało się z żadną wartościową emocją, począwszy od strony wizualnej, a skończywszy na przesłaniu, którego, zawsze szukam, a tu nie znalazłam.

„Mama” reż. Nikolay i Yelena Renard, Rosja 2010

Sytuację uratowała w międzyczasie „Mama” – konwencja minimalizmu miała tu przynajmniej swoje uzasadnienie. Spokojna i nudna rutyna doskonale odzwierciedliła relacje między otyłym synem a nadopiekuńczą matką, której miłość ważyła za dużo. Wszystko bez słów, zbędnych decybeli i ognistych form ekspresji, a jednak niezwykle wymownie. Po seansie byłam przekonana, że już nic lepszego mnie nie spotka, ale na szczęście się pomyliłam.

„Zwyczajna historia” reż. Anocha Suwichakornpong Tajlandia 2009

„Zwyczajna historia” okazała się swoistym zbawieniem, autentycznym ratunkiem dla kinematograficznego ducha, który już zamierzał opuścić moje ciało, by dekadencko żulić się w knajpie. Film tajskiej reżyserki Anochy podbił moje serce. Jego prostota i zwyczajność przeplatały się z symbolicznymi obrazami żywiołowego kosmosu, poezją myśli i progresywnymi dźwiękami, doprawionymi eterycznym shoegaze. Reżyserka na spotkaniu wspomniała, że jej obraz zawierał sporo odniesień do polityki i podziału społecznego w Tajlandii, jednak trudno było to wychwycić. Dla mnie „Zwyczajna historia” to po prostu wzruszająca opowieść o przyjaźni, a także metafora ponownych narodzin ducha i ciała. Przede wszystkim jednak stanowi zgrabny mariaż pięknej prostoty, poezji, ludzkich wartości, genialnej muzyki i kosmicznej symboliki, która zostawia pożądane znaki zapytania.

Reszty filmów konkursowych nie widziałam, więcej rozczarowań nie pamiętam. Wierzę, że przyszłoroczny zestaw będzie lepszy (ten mógłby wejść do cyklu „Shit year”). Jak to mówią: nadzieja umiera ostatnia – dziś doliną, jutro górą!

Na koniec ułamek dźwiękowego odlotu. I am Ying zespołu Furniture, który słychać w „Zwyczajnej historii”.

Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska

npdst. notki własnej z Filmaster.pl

ENH 2010 ex post

Filmowe wakacje trwają. Podczas gdy parzysta garstka delegacji Nekręcaczy rozkoszuje się urokliwą swojskością w Zwierzyńcu, druga część dochodzi do siebie po ENH 2010. Ponieważ czas jest na wagę złota, to musiałam ograniczyć się do fastfoodowego podsumowania z wykorzystaniem wrażeń ex post spisywanych regularnie na Filmasterze. Odnotowuję triumf Herzoga i Xaviera Dolana. Poniżej recenzje filmów, które mnie nakręciły. Kolejność wpisów nieprzypadkowa, rosnąca, stopniująca zadowolenie. Skala ocen: 6-10.

Dziwny przypadek Angeliki (O Estranho Caso de Angélica), 2010 reż: Manoel de Oliveira

Przykład na to, że we własnym filmie reżyser może sobie strzelić samobójczą bramkę. Świetny początek. Genialne wprost zdjęcia. Ujmująca muzyka doskonale komponująca się z estetyką obrazu. Lekkie zniesmaczenie banałem, gdy główny bohater popada w obłęd zakochania od pierwszego wejrzenia w zmarłej piękności. Potem wspomniany samobój, tj. scena szalonego biegu do dosłownej utraty tchu na wieść o śmierci ptaszka z klatki. Po pięknym, poetyckim filmie został pusty śmiech i rozczarownie.

Upadek anioła (Melegin düsüsü), 2005 reż: Semih Kaplanoglu

Nie widziałam pierwszych 15 minut, ale liczę, że specjalnie nie zakłóciło to odbioru. Wymowny film. Powracający motyw zniewolenia kobiety. Przez religię (nawet jeśli out of use). Przez tradycję. Przez ojca. Jednocześnie wielka potrzeba wyzwolenia – scena na balkonie ładnie spuentowała film. W tym temacie moim guru jest „Głową w mur” i nic go nie przebije. Tym bardziej podejście minimalistyczne, dalekie od emocji, które tworzy Tsai. Jakkolwiek, obraz wartościowy.

Uzak, 2002 reż: Nuri Bilge Ceylan

Jak to u Ceylana: powoli, melancholijnie, dekadencko. Mieszczuch intelektualista zestawiony z wiejską prostotą. Co ciekawe, oba obiekty porównania wychodzą „na zero”, są tak samo zniewieściałe i siebie warte. Mahmut i Yusuf są sami i samotni. Wygląda na to, że mieć nie znaczy być, a w obliczu życiowej pustki intelekt nie pomaga. Świetne zdjęcia – jeszcze autorstwa reżysera i całkiem pożyteczne spotkanie po seansie. Z mocnym przesłaniem: przeintelektualizowanie jest złem!

Kobieta jest kobietą (Une femme est une femme), 1961 reż: Jean-Luc Godard

Jestem zauroczona Godardem. Błyskotliwością, socjologiczną prawdą, poczuciem humoru, trafnością obserwacji, niekonwencjonalnością przedstawiania relacji międzyludzkich. „Kobieta jest kobietą” to socjologiczny klasyk. Przednio się ubawiłam!

Hadewijch, 2009 reż: Bruno Dumont

Różne oblicza miłości w świecie głębokiej wiary. Film rozlicza się z ludzkimi wyobrażeniami o Bogu. Pyta, jak ziemskie, kobiece ciało ma się oddać miłości do Jezusa utożsamianego z mężczyzną z krwi i kości? Jak poradzić sobie z uczuciem i potrzebą cielesnej bliskości? Czym w ogóle jest cnota miłości? Orężem w wojnie o sprawiedliwość i bronią fundamenstalistów czy wiellkim cierpieniem? To także film o samotności, potrzebie ciepła i gorzkim materializmie. Warto.

Jej droga (Na putu), 2010 reż: Jasmila Zbanic

O tym, w co przepoczwarza się zgrane partnerstwo, gdy połowa duetu rewolucjonizuje swój system wartości w dążeniu do świętości. O tym, że nie znamy dobrze siebie, a co dopiero człowieka, z którym żyjemy. O potędze przemiany i jej konsekwencjach. O sile duchowości i ludzkiej potrzebie obcowania z niematerią wyższą. O konflikcie między wygodnym hedonizmem a regułami religii. O stereotypach. O trudnej sztuce wyboru. O miłości. Bardzo dobry film z dobrą muzyką, zdjęciami i z dziwnym zakończeniem.

O bogach i ludziach (Des hommes et des dieux), 2010 reż: Xavier Beauvois

Mam mieszane uczucia. Możliwe, że za wiele od tego filmu oczekiwałam (jako sensu na otwarcie). Brakowało mi „mocniejszych akcentów”, może większej dramaturgii?
Wymownie ukazany czysty portret chrześcijaństwa, w tym moc wiary i zwątpienia, bezwarunkowej miłości do bliźniego – brakuje takich świadectw dzisiaj, w erze dekonspiracji Kościoła „od kuchni”. Przepiękna, wzruszająca scena „ostatniej wieczerzy” – dla mnie kluczowa.

Kosmos, 2010 reż: Reha Erdem

Balsam dla duszy po bezużytecznym Trash Humpers. B. ładny film. Dużo symboliki w zestawieniu zwierzęcia z człowiekiem, dobra ze złem, sił nadprzyrodzonych z ziemską rzeczywistością, uzdrawiania ciała z nieuleczoną duszą, potęgi człowieka i jego niemocy w obliczu siły wyższej. Kosmos – niebieski ptak pełen miłości i naiwności – namiastka dobra, która próbowała zbawić kawałek świata. No i świetna scena atawistycznych zalotów (godowe okrzyki i symboliczne pazury namalowane lakierem do paznokci).

Życie z wojną w tle (Life During Wartime), 2009 reż: Todd Solondz

Bardzo zgrabne połączenie humoru i ważkości spraw. Świetna, płynna gra emocjami widza: szczery śmiech przeplatany głębszą refleksją, czyli wilk syty i owca cała. Trafione i wyraziste kreacje aktorskie. Zdrowa dawka dystansu i kinematograficznej lekkostrawności. I znowu w „szczęśliwym” Capitolu.

Synu, synu, cóżeś ty uczynił? (My Son, My Son, What Have Ye Done), 2010 reż: Werner Herzog

Studium szaleństwa mordercy jako próba odpowiedzi na pytanie o przyczynę zbrodni. Przerażający protagonista, ale wcale nie mniej niż jego matka i jej chorobliwa miłość. Świetna gra aktorska, znaczące, symboliczne ujęcia i genialna muzyka (m.in. Caetano Veloso i Chavela Vargas). Do tego ujmująca pierwsza scena i dawka typowego dla Herzoga „poczucia humoru”. Mocne 8.

Wyśnione miłości (Les amours imaginaires), 2010 reż: Xavier Dolan

B. dobry. Daję 8 za wysmakowane zdjęcia i przyjemność estetyczną, za doskonałe obnażenie międzypłciowych gierek, skutków hormonalnych eksplozji i głupstw czynionych pod wpływem rezonansu magnetycznego, zwanego chemią. Przegenialna muzyka. Miłość, bang bang!

Zły porucznik (Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans), 2009 reż: Werner Herzog

Koka. Zakochana iguana puszczająca oko. Trup tańczący break-dance. Dziarski Cage. Weed. Fuckin’ happy ending. Capitol grzmiący od śmiechu. Owacje prawie na stojąco. To musiał być Herzog? Pytam, bo po raz kolejny (po Synu…) zostałam rozkosznie zaskoczona! Nie spodziewałam się po Herzogu aż takiej wszechstronności reżyserskiej! Oficjalnie oddaję mu swoją duszę. Oh yeah.

Era Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska

Nowohoryzontowa kolacja a’la Pattoni

Takie inauguracje ENH lubimy chyba wszyscy. Czwartkowy wieczór na Wyspie Słodowej należał do Mike’a Pattona – multizadaniowego wirtuoza we włoskim wcieleniu. Zakładam, że pod wpływem jego wyczynów okoliczne drzewa (pomimo lata) pogubiły liście, a Odra prawie zmieniła kierunek biegu.

Już sam Patton to fenomen: nie dość, że głos ma nieprzeciętny, to właściwie wszystko, czego się dotknie zamienia się w złoto. Z otwartą gębą śledzić można to jak wczuwa się w muzykę i lawiruje po wokalnych skalach, emitując solidne dawki energii. Dodając do tego oprawę w postaci świetnej muzyki, żywiołowej orkiestry i świateł, letniość wieczoru i początek filmowego święta, trudno się dziwić, że na koncertach słyszymy arię uniesień i naturalną eksplozję braw.

Patton zaserwował wrocławskiej publice podróż do przeszłości z ziemi polskiej do włoskiej – pełną muzycznej estetyki, patetyzmu, duchowych wzlotów i dźwiękowych pejzaży. Towarzystwo orkiestry z góry ubrało atmosferę w elegancką koszulę, a włoski mafioso Mike i jego nieskazitelny wokal rozpieścili zmysły do tego stopnia, że jeden bis nie wystarczył i ludność do domów rozeszła się niezaspokojona.

Mike Patton, muzyczny awangardzista znany choćby z Faith No More, Peeping Tom czy Fantomasa, przyjechał do Wrocławia ze swoim najnowszych projektem o nazwie Mondo Cane. Zainspirowany włoską muzyką z lat 50. i 60.  oraz filmem „Pieskie życie” (stąd nazwa projektu) nagrał płytę, na której znaleźć można pełen mariaż dźwięków, nastrojów, instrumentów i gatunków muzycznych. Od z natury spokojnych ballad, przez ekstatyczne przyjemności jak Deep Down czy porywające Ore D’Amore aż po cięższe, metalowe Urlo Negro.

Koncert na Wyspie był pierwszym w ramach tegorocznej Sceny Muzycznej Ery Nowe Horyzonty. Kolejne występy oglądać można w klubie festiwalowym w Arsenale. Przed nami m.in. Baba Zula („Życie jest muzyką” Akina powinno się z tą kapelą kojarzyć) i Mad Profesor oraz Konono No 1 z Konga i Gonjasufi. Będzie się działo!

Mike Patton – Ore D’Amore (Mondo Cane):

Mike Patton i Mondo Cane, 22.07 Wrocław, Wyspa Słodowa

Era Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska

Głosowałam na Heńka – relacja z Open’era 2010

Notatka z Open’era będzie krótka. Po pierwsze dlatego, że moja ekspresja werbalna odnośnie wrażeń post sięgnęła już zenitu, po drugie laptop mi się topi wynikiem letniej gorączki (całkiem znośnej, mimo wszystko – ociężałość ciała i intelektualna opieszałość wyraźnie wskazują na pozorną beztroskę wakacji).


Poniżej 10 pozycji. Kolejność niczego nie odzwierciedla (chyba że podświadomie). Protagoniści wywodu to artyści, którzy zakorzenili się w mojej myślodsiewni z jakichś powodów. Do rzeczy więc:

Pearl Jam – bezpieczna euforia.

Eddie Vedder jest ojcem. To fakt, który determinuje niebywałe poczucie odpowiedzialności nie tyle za dobrą jakość muzyczną na koncercie, co za pokojowy jego przebieg. Występ grandżowców z Seattle tradycyjnie wywołał tornado na rozchwytywanym przedzie (cudem udało się komuś mnie z niego wyrzucić, po drodze straciłam na chwilę trampka, ale wydostałam się w całości i po interwencji Eda wróciłam nawet w okolice sceny). Odpowiedzialność frontmana sprawiła więc, że tłum posłusznie cofnął się o sześć kroków, by już do końca koncertu trwać w miarowym opanowaniu kończyn, zwracając uwagę na kobiety i dzieci. Dla niektórych paternistyczne zachowanie Veddera było sporym ograniczeniem i zawodem, dla większości jednak stanowiło potwierdzenie, że koncert rockowy może być przeżyciem bezpiecznym i pokojowym, bez łokci, odcisków glanów i siniaków – klasa.

Warto wspomnieć jednak, że występ Pearl Jam na Open’erze nie był typowym misterium, które chłopaki serwują na pojedynczych występach. Miast nastroju patetyzmu i przechadzającej się między głowami magii (np. w trakcie Black, które na Open’erze wypadło dość bezpłciowo), była wielka energia i radocha –  to trafiona inauguracja festiwalu, choć mam nadzieję, że tzw. dojrzałość nie sprawiła, że band z Seattle zapuścił się duchowo i postawił na prostotę oraz ograniczenie emocji.

Na marginesie: wino było. Zdewastowane gitary też. Wymach mikrofonem również.

tricky Tricky

Tak się pechowo złożyło, że koncert Tricky’ego pokrył się z występem PJ, a powszechna ciemność i namiot oddalony od sceny głównej o 15 minut drogi po trawiastych przestrzeniach z miejscowymi wykopkami na potknięcia i zwichnięcia sprawił, że dotarłam na trzy ostatnie kawałki – jakkolwiek, wystarczyły, żeby żałować absencji i obiecać sobie obecność na jego występie przy pierwszej lepszej okazji.

Massive Attack – ciemna rozkosz, rzecz jasna

Najlepszy koncert festiwalu. Mój pierwszy kontakt z Massive Attack w wersji live. Bez zawodu, a z garścią duchowego uniesienia i poczuciem satysfakcji z dobrego widowiska. Było mistycznie, mrocznie, czysto trip-hopowo. Gęstwina emocji i euforyczny odlot towarzyszył każdej jednostce, więc jeśli pomnożyć to przez kilkadziesiąt tysięcy, to poczujemy klimat wprowadzonych w trans Heinekenowiczów – imperium Babie Doły zaatakowane zostało przez psychodeliczne wyczyny brytyjskiej ekipy i z przyjemnością uległo. Mały minus za mulące babskie wykonania i mało Mezzanine. (zob. Collected, Heligoland, Splitting The Atom)

P.S. Występ Massive Attack poprzedzony był hołdem dla Szopena i koncertem muzyki poważnej, podczas którego Polacy zaśpiewali Szopenowi „Sto lat”…

Kasabian – kapela trzech numerów?

Lekki zawód skutkiem wrażenia monotonii dźwiękowej – możliwe jednak, że impresja ta wynikała z faktu, że oddanym fanem tej kapeli nie jestem. Dla mości wielbiących Kasabian ich występ był podobno spełnieniem absolutnym. Mnie do siebie nie przekonali bardziej niż wcześniej, czyli po przesłuchaniu płyt i skupieniu się na dwóch czy trzech naprawdę chwytliwych kawałkach (Fire, Shoor The Runner, Club Foot). Swoją drogą zagrali je dosłownie na odejście, kiedy zniecierpliwieni czekaniem skierowaliśmy się do wodopoju.

The Dead Weather – Czarny Jack White

Tu, podobnie jak w przypadku Kasabian, oczekiwałam od artystów akcji agitującej, ale tym razem się nie zawiodłam. The Dead Weather dał świetny koncert, połączony z czarno-białą wizualizacją. Mnóstwo energii, mroku, psychodelii i teatru. Tak było przynajmniej do połowy występu, kiedy to trzeba było się wycofać i pędzić w kierunku Tent Stage celem złożenia pokłonu Archive – kolejnej ciemnej chmurze dźwięków.

Archive – z archiwum opowieści psychodelicznej

To jest kapela, do której moja miłość rodziła się powoli. Ale w końcu rozkwitła, a że jest dojrzała, to nie mija jak spontaniczne i intensywne zauroczenie. Archive odstawili niesamowite szoł, choć trzeba zaznaczyć, że wykonało się to w dużym stopniu dzięki udziałowi zgromadzonej wiary – jej głośne reakcje i nadzwyczajna aktywność zaskoczyły mnie, która pamiętała modlącą się publiczność z wrocławskiego WFF-u, a co dopiero samych artystów, którzy, jestem pewna, zdumieni byli energią przybyszów – oklaski nie zamilkły nawet na minutę. Owy wodospad braw sprawił więc, że występ Archive charakteryzowała wielka energia, która tym razem powędrowała odwrotnym kanałem: publika –> scena, by następnie poskutkować sprzężeniem zwrotnym, generując kontakt artystów z festiwalowiczami (czego brakowało na „kameralnych” koncertach). Poza tym ukłony, pokłony, podziękowania – niebywała jest moc festiwalowej publiczności.

Mitch & Mitch – festiwalu pointa doskonała

Oh yeah. To jest to! Po youtube’owych prezentacjach wyczynów Mitchów można było spodziewać się poczucia humoru, dawki rubaszności i energii, ale nie tak wyśmienitych dźwięków i aż tak dobrego kabaretowania!

Nie bez powodu Macio Moretti nagrodzony został Fenomenem Przekroju – nie dość że figlarz, to jeszcze zdolny instrumentalista, wokalista i wodzirej. Do tego Their Incredible Combo ze sprzętem dętym.  Był więc kabaret, była też biesiada, a  nawet country potańcówka. Dla niewtajemniczonych drobnym minusem mógł być fakt, że Mitche jako jedyni nie dziękowali… po polsku.

Matisyahu – reggae po żydowsku

Po Matisyahu nie spodziewałam się niczego wyjątkowego. Ot Żyd śpiewający reggae. Ot genialny artysta koncertowy! Żaden jego kawałek studyjny nie może równać się z wersją live – wzbogaconą instrumentalnie, z otoczką klimatu festiwalowego, świateł i nastrojowego wieczoru. Co mnie najbardziej zaskoczyło? Bogactwo dźwięków, eklektyzm gatunków i wokal Matisyahu. Byłam trzeźwo zmarznięta, więc o zgubnym i mylącym transie „poupalnym” nie było mowy. Wyraźnie odbierałam chwytliwe połączenia reggae, hip-hopu, dubu, elektroniki, a nawet rocka, zaprawiane izraelskimi korzeniami. Miszmasz absolutny, a w zestawieniu z elastycznym wokalem Matisyahu tworzył niesamowitą, momentami mistyczną całość. Z koncertu wyszłam zauroczona. I na tym się skończyło, bo piosenki w iPodzie wciąż brzmią sucho i nie magnetyzują jak Open’erowy występ. Pozostaje czekanie na kolejną okazję do bujania się na żywo.

Skunk Anansie, czyli Skin

Muszę wspomnieć o tym występie, bo należał do najlepszych w tej edycji festiwalu. Po 10-letniej nieobecności w Polsce Skin całkowicie zelektryzowała publiczność, oddała się scenie i tłumom, a tłumy uległy jej. Kilkakrotnie płynęła na rękach Openerowiczów, biegała pod sceną, zapewniała o „zajebistości” polskiej publiki i z pełną ekspresją (na czele z bardzo szerokim uśmiechem) wyrażała radość z powrotu do naszego kraju. O ile nie darzę Skunk Anansie szczególnym uwielbieniem, to przyznać muszę, że koncert był rewelacyjny pod każdym względem: dopracowany muzycznie, obfitujący w dialogi, z atrakcjami typu skoki w tłum, najeżony tzw. hitami, emocjami i energią. A w trakcie Secretly czy Hedonism włosy stawały dęba.

Yeasayer, czyli element poznawczy

Tak to bywa z imprezami typu Open’er, że wszystkiego zobaczyć się nie da. Myślałam, że moja żałość z absencji skończy się na Tricky’m. Myliłam się. Tuż po powrocie z Trójmiasta zauroczyłam się kapelą Yeasayer. Rolling Stones uznał ich za geniuszy popu – zgadzam się w pełni pod warunkiem, że od wydania ich pierwszej płyty wprowadziliśmy nieoficjalnie nową definicję współczesnego popu – najeżonego wpływami elektroniki (takie czasy, takie trendy) rocka, disco i etniczności z  konkretnych rejonów Afryki. All Your Cymballs to płyta doskonała, jeden z najlepszych debiutów, powiedziałabym. Jest letnia, lekka, ale i dość psychodeliczna, na poziomie. Jeśli to pop, to powstał z martwych, jeśli to po prostu nieklasyfikowalna nowa jakość, to na bardzo wysokim poziomie – rzadko zdarza się artystom stworzyć strawną nowość, mieszając w jednym kotle elektronikę, disco, rock i folk, zwany muzyką etniczną. Drugiej płyty, niedawno wydanej, nie polecam już tak entuzjastycznie, ale za debiut trzeba się zabrać obowiązkowo!

Dużym, pozytywnym zaskoczeniem była Regina Spector – cicha woda z Rosji. Grace Jones jak zwykle w formie. Za porażkę uważam techno występ Fatboy Slim. Resztę – słyszaną lepiej lub gorzej, krócej lub dłużej oceniam bardzo przyzwoicie.

Gwoli podsumowania: 3city rządzi. Open’er rules. Kolejki sux. A opaskę na ręku mam do tej pory.  🙂

HEINEKEN OPEN’ER FESTIVAL, GDYNIA 2010

Magda Kotowska