Archiwa kategorii: Film

Nie kłóć się z idiotami…

Nie, nie, czemu od razu zakładać, że jak wrzucam to dziś, w dzień wszelakich manifestacji, z których co jedna, to lepsza, to jest to zaraz jakaś prowokacja. Ten film aktualny jest zawsze:) I, jak być powinno w animacji krótkometrażowej, krótki, skondensowany, pozostawiający z otwartymi ustami na mniej więcej podobny czas, co trwanie filmu.

Zmieszany Banksy

Czy artystą może być każdy z nas? I czy każdy z nas powinien się sztuką zajmować? W swoim przewrotnym filmie mistrz street artu, Banksy, stawia jeszcze wiele podobnych pytań.

Ten film potrafi wytrącić z równowagi. W pierwszej scenie anonimowy człowiek, którego całą twarz skrywa kaptur, siada przed kamerą i zaczyna opowiadać zmienionym komputerowo głosem historię. Z podpisu dowiadujemy się, że to właśnie Banksy, jak zwykle ukrywający swoją tożsamość. Historia, która wypełnia całą produkcję, to dokument o francuskiego pochodzenia właścicielu sklepu z ubraniami w Los Angeles, którego pasją jest filmowanie. Za jej sprawą dostaje się w sam środek światka street artu, w czas jego największego rozwoju, poznając najważniejszych jego przedstawicieli. Okazuje się jednak, że jego działalność będzie zakrojona na większą skalę i zaskoczy nawet filmowanych twórców.

Dokument ogląda się fantastycznie. Jest nasycony humorem, tryska ironią, przy tym pozwala poznać świetnych artystów, zobaczyć ich przy pracy oraz zapoznać się z ich dziełami. Ale aspekt poznawczy, to tylko jeden z oferowanych przez „Wyjście przez sklep z pamiątkami”. Bo tak naprawdę nie wiadomo, czy to na pewno dokument, czy znów Banksy nie nagina rzeczywistości, by nas zmylić, by sprowokować do myślenia na temat sztuki nowoczesnej i jej mariażu z biznesem. Nawet znaczenie tytułu pozostaje jedynie domysłem widza.

Nie jest to produkcja, którą da się w pełni zrozumieć po pierwszym obejrzeniu, na pewno jednak zostaje na dłużej, działa trochę jak walnięcie tępym narzędziem – podobnie jak inne prace Banksy’ego. Ale najważniejsze, że to nie psuje wcale zabawy. Wszak street art, to nie tylko przekaz, to także frajda ganiania nocą po mieście ze sprayem i szablonem w ręku.

„Wyjście przez sklep z pamiątkami”, reż. Banksy

Jakub Knoll

W świecie anonimów

Lubię takie filmy. Proste, klarowne, ale pełne niedopowiedzeń. Delikatne, ale dotykające jakichś ukrytych intymnych obszarów duszy. Banalne w treści, ale zrealizowane z taką naturalnością, że piękne i mądre.

Ten pachniał mi świeżym prześcieradłem (może to sugestia z plakatu) i miał pastelowe, jasne kolory. Uspokajał i wyciszał. Niby nic – dziewczyna, o której nic nie wiemy, wyrusza z Holandii, zostawiając za sobą dawne życie, i z namiotem włóczy się po irlandzkich wzgórzach. W pewnym momencie swojej wyprawy spotyka równie tajemniczego mężczyznę i powoli rodzi się między nimi nieokreślona więź. Dwoje indywidualistów, każdy z historią skrywaną głęboko w sobie. Ich historia jest naiwna i prosta, ale wciąga, choć wcale nie musimy bohaterów lubić ani ich rozumieć. Duża w tym zasługa świetnego, naturalnego aktorstwa Lotte Verbeek i Stephena Rea.

Film broni i pokazuje istnienie ludzi na marginesie głównego nurtu życia, dowodzi, że wciąż, nawet w zaganianym XXI wieku możemy żyć kameralnie, pośród ciszy. Że wciąż istnieją ludzie, którzy nie pasują do świata, ale mogą spotkać podobnych sobie. I za to dziękuję reżyserce i scenarzystce Urszuli Antoniak, która nam to pokazała, nawet jeśli w trochę zbyt egzaltowany sposób.

„Nic osobistego”, reż. Urszula Antoniak

Jakub Knoll

Pszczoły w ścianie

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o najnowszy film Mariusza Grzegorzka „Jestem twój”. O wiele łatwiej było mi ocenić jego, ponoć kultową, a na pewno okrytą sławą, krótkometrażówkę „Krakatau”, która nie podobała mi się ani trochę.

Przyznam szczerze, musiałem wspomóc się opisem filmu z Internetu, by sobie przypomnieć jego treść, choć widziałem go niedawno, bo podczas sierpniowej Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Ale taka to właśnie produkcja – zagmatwana, dziwna, zupełnie odstająca od rzeczywistości, gdzie treść nie jest najważniejsza, chociaż właśnie opis robi raczej wrażenie telenoweli, więc i zdradzanie go nie ma sensu. Tu najważniejsza jest forma, w którą ubrane są banalne na pierwszy rzut oka treści. Biedni wciąż walczą z bogatymi i nawet, jeśli bogaci z tej walki nie zdają sobie sprawy, to biedni czują się pokrzywdzeni, próbując wybić się ponad swój status społeczny. Bogactwo szczęścia nie daje, zwłaszcza wobec nudy małżeńskiej, chwile słabości kończą się źle, a kłamstwo ma krótkie nogi. Gdyby za adaptację dramatu Judith Thompson zabrał się ktoś inny, możliwe, że powstałby film, na którym z powodzeniem można byłoby odsypiać ciężki dzień, na tym jest to niemożliwe i to jego podstawowy atut. Tu przemianę małej stabilizacji w niezrozumiały chaos po prostu czuć.

Grzegorzek to bowiem reżyser teatralny i to widać. Z powodzeniem zresztą wykorzystał wcześniej dwie inne sztuki Thompson na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi – „Lew na ulicy” i „Habitat”. Teatralność widać mianowicie w warstwie formalnej filmu. Przede wszystkim jest to aktorstwo (większość odtwórców też jest związana Teatrem im. Jaracza). Do granic przerysowane, niczym w teatrze antycznym nie pozostawia nikogo obojętnym, postaci więc przerażają, niepokoją, brzydzą lub śmieszą, nie ma stanów pośrednich. „Trzy razy tak dla aktorów”, powiedział nawet Janusz Gajos po warszawskiej premierze. Z tym się zgodzę, aktorzy w stu procentach zasłużyli na brawa, zwłaszcza Dorota Kolak, która gra najspokojniej ze wszystkich, a przez to naturalniej, jednak to spokój pozorny, pełen wewnętrznej lawy gotowej do erupcji (zasłużona nagroda Złotych Lwów w Gdańsku). Z jednej strony takie przerysowanie to duży plus, ale z drugiej całość wydaje się po prostu sztuczna i trudno się z bohaterami utożsamiać.

Druga sprawa, to dość ciekawe pomysły na zdjęcia. W kilku momentach aktorzy podchodzą tak blisko kamery, że znajdują się już poza strefą ostrości i mówią jakby bezpośrednio do widzów, co pogłębia poczucie dezorientacji widza. To poczucie pogłębia jeszcze montaż, często epileptyczny, szybki, teledyskowy, przypominający trochę ten z „Requiem dla snu”. To męczy, ale męczyć powinno. Film pozostawia jednak niedosyt, zapowiada katharsis, ale ostatecznie losy dziwnych bohaterów specjalnie nas nie obchodzą.

Dlaczego o „Jestem twój” piszę na Dzienniku Nakręcaczy? Ponieważ mimo całej jego sztuczności warto go obejrzeć, chociażby dlatego, że długo, a może w ogóle, nie zobaczymy już niczego podobnego. Dlatego, że ten film się odczuwa o wiele silniej, niż jakąkolwiek produkcję 3D i to bez dodatkowych okularów. Jest pełen ukrytych emocji, jak pszczoły w ścianie w jeden ze scen, które wybuchają z ogromną siłą, siejąc spustoszenie.

„Jestem twój”, reż. Mariusz Grzegorzek

Jakub Knoll

Jeden dzień samotności

Zwierzyniecka Letnia Akademia Filmowa pozwoliła mi na zapoznanie się z wieloma wartościowymi filmami. Niektóre z nich wyraźniej niż inne przyciągnęły mą uwagę do ekranu i wyryły mi się w pamięci. Jednym z takich filmów był „Samotny mężczyzna” Toma Forda.

Tom Ford do tej pory kojarzony był ze światem mody, z marką Gucci i Yves Saint Laurent, a nie z kinem. Odrywając się od modowego przemysłu, pokazał, że potrafi uszyć niezły film, biorąc się za powieść Christophera Isherwooda pod tym samym tytułem.

Film jest przedstawieniem jednego dnia z życia profesora filologii angielskiej George’a Falconera, który przeżywa żałobę po śmierci swojego partnera życiowego – Jima, z którym żył od kilkunastu lat. Dzień wypełniony rutynowymi, z niechęcią wykonywanymi czynnościami – wstawaniem z łóżka, ubieraniem się czy przebywaniem na uczelni i próbując przekazać swoją wiedzę studentom. Dzień, w którym każda czynność przypomina mu o czasach, kiedy był szczęśliwy z Jimem, co jeszcze bardziej pogrąża go w depresji i niechęci do życia. Czuje się samotny, jedyną osobą, z którą może porozmawiać, jest Charlotte, przyjaciółka, która jednocześnie sama ma problem z alkoholem. Jednak w tym depresyjnym dniu znajdują się sytuacje, które (dosłownie) nadają barw życiu George’a.

Wielką zaletą filmu jest to, że reżyser nic nie próbuje widzowi narzucić. Chociaż sam w życiu prywatnym jest zadeklarowanym gejem, nie usiłuje przez film przekonać nas, że homoseksualizm jest lepszy czy gorszy. Nie decyduje się na żadne pompatyczne i melodramatyczne przemówienia o sytuacji gejów na świecie. Nie szokuje też odważnymi scenami seksu. Po prostu oglądamy próby dojścia do siebie po utracie najbliższej osoby, godzenie się (lub nie) z zaistniałą sytuacją, zmuszanie się do wstania z łóżka, kiedy każdy dzień okazuje się udręką. To przecież może wydarzyć się każdej parze – i homo- i heteroseksualnej. Ford ucieka od moralizatorstwa – sceny, które niebezpiecznie ślizgają się na granicy banału, kończone są w idealnym momencie. Cały film ukazuje, że życie niesie nie tylko ciężkie chwile – przyjaciele, niezobowiązujące rozmowy z nieznajomymi przynoszą też przebłyski radości, ale, że także potrafi być pełne ironii.

Z pełnym przekonaniem, i w ogóle nie przesadzając, mogę powiedzieć, że Colin Firth zagrał w „Samotnym mężczyźnie” swą rolę życia. Odciął się nią od wizerunku wygładzonego amanta z angielskiej prowincji. Można śmiało powiedzieć, że im jest starszy, tym lepszy. Dostaje poważniejsze role i całkowicie potrafi im sprostać – nagroda w Wenecji oraz nominacja do Oscara i Złotego Globu za rolę pierwszoplanową, jest tego potwierdzeniem. Jak zwykle nieźle wypada też Julianne Moore, grająca przyjaciółkę George’a, ale tu jednak jest przyćmiona przez Firtha.

Jakkolwiek fabuła może wydawać się prosta, to strona wizualna jest nad wyraz rozwinięta. Oko przykuwają (i cieszą) stylowe wnętrza, idealnie dopasowane ubrania i wysmakowane detale – okulary, biżuteria. Od razu widać, że reżyser wysoko ceni estetykę na ekranie. Niemal każdy kadr filmu można by było wydrukować i oprawić w ramkę. Świetne zbliżenia na aktorów, ciasne kadry, odpowiednio dobrane nieostrości, potęgują kameralność i intymność chwili. Ciekawym zabiegiem jest także wykorzystanie barw w celu oddania samopoczucia George’a – w trakcie jednej sceny można zaobserwować, jak początkowe żywe barwy tracą na nasyceniu, przechodząc w szarzyzny i na odwrót.

Nie można pominąć też polskiego akcentu, a właściwie całych taktów przebrzmiewających w „Samotnym mężczyźnie”, gdyż za muzykę był odpowiedzialny polski kompozytor Abel Korzeniowski. Podkreśla nastrój, ale bez narzucania się. Czasami delikatna, ale jednocześnie zostająca w głowie po seansie. Kompozycje smyczkowo-fortepianowe są idealnym zwieńczeniem całego filmu.

Nie każdemu przypadnie ta produkcja do gustu. Jeżeli ktoś od filmu oczekuje dynamicznej akcji i/lub ciągłego rzucania żartami, to nie jest to film dla niego. Ale jeśli ktoś lubi wchłaniać sączącą się muzykę, delektować obrazami, dostając przy okazji prostą, ale poruszającą historię, to bez wahania polecam.

„Samotny mężczyzna”, reż. Tom Ford

Magda Pleskacewicz

Zwyczajność triumfuje – konkurs Nowe Horyzonty 2010

Postawiłam w tym roku na Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty. Po rozkoszach typu „Tlen” czy „Burrowing” liczyłam na dosłowną powtórkę z rozrywki. Niestety, wyszło na to, że nic dwa razy się nie zdarza. Co więcej, jestem oficjalnie obrażona na intuicję, która wyprowadziła mnie w pole rozczarowań i niedosytu. A może po prostu nadoczekiwałam?

reż. Veiko Õunpuu / Estonia, Finlandia, Szwecja 2009

Pierwszym niespełnieniem okazało się „Kuszenie świętego Tonu”, choć tu przynajmniej warstwa wizualno-dźwiękowa zaspokajała kinematograficzny apetyt. Chwilę później doświadczyłam dotkliwej niestrawności, gdy przyszło mi zmierzyć się twarzą w ekran z „Trash Humpers” – najbardziej zdziwaczałym wytworem reżyserskiej wyobraźni i potrzeby kreacji. Nadal wątpię, by Korine miał cokolwiek do przekazania, ale uważam, że film powinien był zostać zaprezentowany w innym cyklu, najlepiej dotyczącym sztuki. Z góry wiązałoby się to z większa tolerancją w odbiorze i zminimalizowałoby dyskredytację tego filmu. Bo chyba nie chodziło o to, by po seansie każdy kosz na śmieci kojarzył się z bandą odrażających kopulantów?

Dawki ulgi doznałam przy okazji „Amer” – świetnie rokującego obrazu, który z czasem znudził swoją formą. Niewątpliwie należał jednak do perełek, choćby pod względem przyjętej, starodawnej konwencji, genialnych zdjęć i ujęć oraz wszechobecnej gry zmysłów skupionych wokół strachu i erotyzmu. Po „Amer” przestałam już nadoczekiwać i pogodziłam się z niskawym poziomem konkursu, dzięki czemu nie podłamała mnie „Paszcza wilka” i nie załamał „Podróżuję, bo muszę, wracam, bo cię kocham”. O ile pierwszy z nich, pomimo dominującej poetyckości, rozwijał jakiś kłębek fabuły doprawiony humorem, o tyle portugalskie kino drogi nie wiązało się z żadną wartościową emocją, począwszy od strony wizualnej, a skończywszy na przesłaniu, którego, zawsze szukam, a tu nie znalazłam.

„Mama” reż. Nikolay i Yelena Renard, Rosja 2010

Sytuację uratowała w międzyczasie „Mama” – konwencja minimalizmu miała tu przynajmniej swoje uzasadnienie. Spokojna i nudna rutyna doskonale odzwierciedliła relacje między otyłym synem a nadopiekuńczą matką, której miłość ważyła za dużo. Wszystko bez słów, zbędnych decybeli i ognistych form ekspresji, a jednak niezwykle wymownie. Po seansie byłam przekonana, że już nic lepszego mnie nie spotka, ale na szczęście się pomyliłam.

„Zwyczajna historia” reż. Anocha Suwichakornpong Tajlandia 2009

„Zwyczajna historia” okazała się swoistym zbawieniem, autentycznym ratunkiem dla kinematograficznego ducha, który już zamierzał opuścić moje ciało, by dekadencko żulić się w knajpie. Film tajskiej reżyserki Anochy podbił moje serce. Jego prostota i zwyczajność przeplatały się z symbolicznymi obrazami żywiołowego kosmosu, poezją myśli i progresywnymi dźwiękami, doprawionymi eterycznym shoegaze. Reżyserka na spotkaniu wspomniała, że jej obraz zawierał sporo odniesień do polityki i podziału społecznego w Tajlandii, jednak trudno było to wychwycić. Dla mnie „Zwyczajna historia” to po prostu wzruszająca opowieść o przyjaźni, a także metafora ponownych narodzin ducha i ciała. Przede wszystkim jednak stanowi zgrabny mariaż pięknej prostoty, poezji, ludzkich wartości, genialnej muzyki i kosmicznej symboliki, która zostawia pożądane znaki zapytania.

Reszty filmów konkursowych nie widziałam, więcej rozczarowań nie pamiętam. Wierzę, że przyszłoroczny zestaw będzie lepszy (ten mógłby wejść do cyklu „Shit year”). Jak to mówią: nadzieja umiera ostatnia – dziś doliną, jutro górą!

Na koniec ułamek dźwiękowego odlotu. I am Ying zespołu Furniture, który słychać w „Zwyczajnej historii”.

Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska

npdst. notki własnej z Filmaster.pl

ENH 2010 ex post

Filmowe wakacje trwają. Podczas gdy parzysta garstka delegacji Nekręcaczy rozkoszuje się urokliwą swojskością w Zwierzyńcu, druga część dochodzi do siebie po ENH 2010. Ponieważ czas jest na wagę złota, to musiałam ograniczyć się do fastfoodowego podsumowania z wykorzystaniem wrażeń ex post spisywanych regularnie na Filmasterze. Odnotowuję triumf Herzoga i Xaviera Dolana. Poniżej recenzje filmów, które mnie nakręciły. Kolejność wpisów nieprzypadkowa, rosnąca, stopniująca zadowolenie. Skala ocen: 6-10.

Dziwny przypadek Angeliki (O Estranho Caso de Angélica), 2010 reż: Manoel de Oliveira

Przykład na to, że we własnym filmie reżyser może sobie strzelić samobójczą bramkę. Świetny początek. Genialne wprost zdjęcia. Ujmująca muzyka doskonale komponująca się z estetyką obrazu. Lekkie zniesmaczenie banałem, gdy główny bohater popada w obłęd zakochania od pierwszego wejrzenia w zmarłej piękności. Potem wspomniany samobój, tj. scena szalonego biegu do dosłownej utraty tchu na wieść o śmierci ptaszka z klatki. Po pięknym, poetyckim filmie został pusty śmiech i rozczarownie.

Upadek anioła (Melegin düsüsü), 2005 reż: Semih Kaplanoglu

Nie widziałam pierwszych 15 minut, ale liczę, że specjalnie nie zakłóciło to odbioru. Wymowny film. Powracający motyw zniewolenia kobiety. Przez religię (nawet jeśli out of use). Przez tradycję. Przez ojca. Jednocześnie wielka potrzeba wyzwolenia – scena na balkonie ładnie spuentowała film. W tym temacie moim guru jest „Głową w mur” i nic go nie przebije. Tym bardziej podejście minimalistyczne, dalekie od emocji, które tworzy Tsai. Jakkolwiek, obraz wartościowy.

Uzak, 2002 reż: Nuri Bilge Ceylan

Jak to u Ceylana: powoli, melancholijnie, dekadencko. Mieszczuch intelektualista zestawiony z wiejską prostotą. Co ciekawe, oba obiekty porównania wychodzą „na zero”, są tak samo zniewieściałe i siebie warte. Mahmut i Yusuf są sami i samotni. Wygląda na to, że mieć nie znaczy być, a w obliczu życiowej pustki intelekt nie pomaga. Świetne zdjęcia – jeszcze autorstwa reżysera i całkiem pożyteczne spotkanie po seansie. Z mocnym przesłaniem: przeintelektualizowanie jest złem!

Kobieta jest kobietą (Une femme est une femme), 1961 reż: Jean-Luc Godard

Jestem zauroczona Godardem. Błyskotliwością, socjologiczną prawdą, poczuciem humoru, trafnością obserwacji, niekonwencjonalnością przedstawiania relacji międzyludzkich. „Kobieta jest kobietą” to socjologiczny klasyk. Przednio się ubawiłam!

Hadewijch, 2009 reż: Bruno Dumont

Różne oblicza miłości w świecie głębokiej wiary. Film rozlicza się z ludzkimi wyobrażeniami o Bogu. Pyta, jak ziemskie, kobiece ciało ma się oddać miłości do Jezusa utożsamianego z mężczyzną z krwi i kości? Jak poradzić sobie z uczuciem i potrzebą cielesnej bliskości? Czym w ogóle jest cnota miłości? Orężem w wojnie o sprawiedliwość i bronią fundamenstalistów czy wiellkim cierpieniem? To także film o samotności, potrzebie ciepła i gorzkim materializmie. Warto.

Jej droga (Na putu), 2010 reż: Jasmila Zbanic

O tym, w co przepoczwarza się zgrane partnerstwo, gdy połowa duetu rewolucjonizuje swój system wartości w dążeniu do świętości. O tym, że nie znamy dobrze siebie, a co dopiero człowieka, z którym żyjemy. O potędze przemiany i jej konsekwencjach. O sile duchowości i ludzkiej potrzebie obcowania z niematerią wyższą. O konflikcie między wygodnym hedonizmem a regułami religii. O stereotypach. O trudnej sztuce wyboru. O miłości. Bardzo dobry film z dobrą muzyką, zdjęciami i z dziwnym zakończeniem.

O bogach i ludziach (Des hommes et des dieux), 2010 reż: Xavier Beauvois

Mam mieszane uczucia. Możliwe, że za wiele od tego filmu oczekiwałam (jako sensu na otwarcie). Brakowało mi „mocniejszych akcentów”, może większej dramaturgii?
Wymownie ukazany czysty portret chrześcijaństwa, w tym moc wiary i zwątpienia, bezwarunkowej miłości do bliźniego – brakuje takich świadectw dzisiaj, w erze dekonspiracji Kościoła „od kuchni”. Przepiękna, wzruszająca scena „ostatniej wieczerzy” – dla mnie kluczowa.

Kosmos, 2010 reż: Reha Erdem

Balsam dla duszy po bezużytecznym Trash Humpers. B. ładny film. Dużo symboliki w zestawieniu zwierzęcia z człowiekiem, dobra ze złem, sił nadprzyrodzonych z ziemską rzeczywistością, uzdrawiania ciała z nieuleczoną duszą, potęgi człowieka i jego niemocy w obliczu siły wyższej. Kosmos – niebieski ptak pełen miłości i naiwności – namiastka dobra, która próbowała zbawić kawałek świata. No i świetna scena atawistycznych zalotów (godowe okrzyki i symboliczne pazury namalowane lakierem do paznokci).

Życie z wojną w tle (Life During Wartime), 2009 reż: Todd Solondz

Bardzo zgrabne połączenie humoru i ważkości spraw. Świetna, płynna gra emocjami widza: szczery śmiech przeplatany głębszą refleksją, czyli wilk syty i owca cała. Trafione i wyraziste kreacje aktorskie. Zdrowa dawka dystansu i kinematograficznej lekkostrawności. I znowu w „szczęśliwym” Capitolu.

Synu, synu, cóżeś ty uczynił? (My Son, My Son, What Have Ye Done), 2010 reż: Werner Herzog

Studium szaleństwa mordercy jako próba odpowiedzi na pytanie o przyczynę zbrodni. Przerażający protagonista, ale wcale nie mniej niż jego matka i jej chorobliwa miłość. Świetna gra aktorska, znaczące, symboliczne ujęcia i genialna muzyka (m.in. Caetano Veloso i Chavela Vargas). Do tego ujmująca pierwsza scena i dawka typowego dla Herzoga „poczucia humoru”. Mocne 8.

Wyśnione miłości (Les amours imaginaires), 2010 reż: Xavier Dolan

B. dobry. Daję 8 za wysmakowane zdjęcia i przyjemność estetyczną, za doskonałe obnażenie międzypłciowych gierek, skutków hormonalnych eksplozji i głupstw czynionych pod wpływem rezonansu magnetycznego, zwanego chemią. Przegenialna muzyka. Miłość, bang bang!

Zły porucznik (Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans), 2009 reż: Werner Herzog

Koka. Zakochana iguana puszczająca oko. Trup tańczący break-dance. Dziarski Cage. Weed. Fuckin’ happy ending. Capitol grzmiący od śmiechu. Owacje prawie na stojąco. To musiał być Herzog? Pytam, bo po raz kolejny (po Synu…) zostałam rozkosznie zaskoczona! Nie spodziewałam się po Herzogu aż takiej wszechstronności reżyserskiej! Oficjalnie oddaję mu swoją duszę. Oh yeah.

Era Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska