Archiwa kategorii: Literatura

Wiedźmiński apokryf

sezon-burzAndrzej Sapkowski należy do autorów, którzy już nic nie muszą. Zbudował sobie ten słynny „pomnik trwalszy niż ze spiżu” i tego nikt mu już nie odbierze. Sława jego sięga daleko poza granice Polski, przychody zarówno z książek, które niezmiennie dobrze się sprzedają i do tanich księgarń nie trafiają, jak i z praw do postaci wiedźmina, w święcącej triumfy serii gier (o filmie nie wspominając) zapewniają mu już najpewniej dostatnie życie. Ale należy też do osób, którym się chce i który pisać nie tylko umie, ale i lubi. I oto niepostrzeżenie, choć wierzyli w to chyba tylko najwierniejsi fani sagi, napisał kolejną książkę o Geralcie z Rivii i jego kompanach.

Dodać należy, już na wstępie, książkę nie gorszą od poprzednich. A pogłoski różne krążyły o powodach tego, w tym też złośliwe, że jakoby przygody Geralta wymyślone na potrzeby gier były ciekawsze niż te książkowe samego autora. Ale myślę, że po prostu stęsknił się Sapkowski za swoim bohaterem, przyjemność sprawiło mu napisanie kolejnej jego historii, a przy okazji niejako udowodnił – tu możemy wyobrazić sobie znany gest Kozakiewicza – że wciąż potrafi. Jest zresztą z tym autorem pewne podobieństwo do Wojciecha Cejrowskiego, którego spotkać osobiście bym specjalnie nie chciał, nie jest chyba najprzyjemniejszy dla otoczenia, ale w swojej profesji jest naprawdę mistrzem.

W nowej powieści zatytułowanej „Sezon burz” jest wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać. Są brawurowe walki, jak zwykle napisane lekko, barwnie i dynamicznie. Zarówno z prawdziwymi potworami, jak i tymi o ludzkich twarzach. Jest charakterystyczny cięty humor Sapkowskiego, także przez zręczne wykorzystanie otwierających rozdziały cytatów (i późniejsze do nich nawiązania – tu w szczególności polecam rozdział ósmy). Są wino, kobiety i… śpiewu może mniej, za to kobiety mamiące i nie zawsze w pełnym odzieniu. Magia, tajemnica i zakrawające o fetysz opisy wiedźmińskich mieczy, co jest w pełni uzasadnione – to one są tu głównymi bohaterami. Jest też, ponad wszystko, wciągająca, wartka i mistrzowsko opisana intryga z niedopowiedzeniami czy zjawiskami nie w pełni przyrodzonymi. Całość bardziej przypomina klimatem opowiadania niż późniejszą sagę, choć akcja tu jest dużo bardziej rozbudowana, co jest właściwie na plus – saga wydaje mi się rzeczą kompletną i nie wymagającą uzupełniania, żadnych prequeli ani sequeli. Zresztą, akcja „Sezonu burz” czasowo umiejscowiona jest gdzieś pomiędzy opowiadaniami, opowiada odrębną historię bez zbędnego zagnieżdżania jej w poprzednich. Chociaż jedno takie sprytne zagnieżdżenie tam jest…

Na dowód, że humor Sapkowskiego wciąż śmieszy, choć może najwyższych lotów nie jest (więc i nie obiecuje, czego dać nie może) krótki fragment: „Zdarzyło mu się nie raz i nie dwa zobaczyć działania bezpiecznych teleportów, uczestniczył też w segregowaniu resztek ludzi, którzy z teleportu korzystali. Stąd wiedział, że deklarację o bezpieczeństwie portali teleportacyjnych można było umieścić w tej samej przegródce, co twierdzenia: mój piesek nie gryzie, mój synek to dobry chłopiec, ten bigos jest świeży, pieniądze oddam najdalej pojutrze, noc spędziłem u przyjaciółki, na sercu leży mi wyłącznie dobro ojczyzny oraz odpowiesz tylko na kilka pytań i zaraz cię zwolnimy.”

Może i można zarzucić Sapkowskiemu, że stosuje swego rodzaju autoplagiat, wykorzystując podobne chwyty i motywy. Można, tylko po co, skoro nową powieść czyta się szybko i z przyjemnością. Czego więcej moglibyśmy chcieć? To przecież właśnie te chwyty, których po nim oczekujemy. Największą wadą dla mnie jest długość, akcja rozwleczona jest trochę na siłę pod koniec, ale tak czy siak, czyta się to dobrze. Zwłaszcza, że sama postać jest wciąż tak nośna i fascynująca. Słowem, wiedźmińska burza zdaje się właśnie rozpoczynać kolejny sezon.

Andrzej Sapkowski „Sezon burz”

Z podróżnikiem przy piwie

Samsara to jedna z tych książek, które zachwycają nie przymiotami autora-bohatera oraz jego niezwykłymi przygodami, ale smakiem odkrywania świata przez człowieka takiego jak Ty.

Przyznaję się szczerze, że zaczynałem ją czytać z nienajlepszym nastawieniem. Raz, że teraz książki podróżnicze piszą wszyscy, chyba wręcz nie wypada nie mieć choć jednej w swoim dorobku (w końcu nawet prezenter pogody ma!). Dwa, że o Tomku Michniewiczu (który wciąż nie może zacząć przedstawiać się jako Tomasz) ostatnio sporo szumu medialnego, z racji przede wszystkim premiery nowej książki – Gorączki i akcji ratowania nosorożców w Afryce, którą promuje. Na szczęście „efektu lodówki” (boisz się nawet otworzyć lodówkę, bo celebryta tam już może być) jeszcze nie ma. W końcu trzy, to szumna reklama, mówiąca mi, jaka ta książka jest wyjątkowa, jaka inna od pozostałych, jaka awanturnicza. A jeszcze ta rozbuchana zapowiedź, masę odniesień do stron internetowych i ukrytych, specjalnych treści, w końcu ciągłe wycieranie sobie ust słowem-kluczem – backpacker. A dla mnie cały urok tej książki tkwi w jej prostocie i normalności, która mimo wszystkich powyższych przeszkadzajek nie daje się stłamsić.

O czym jest ta książka? O wędrowaniu trochę bez celu, dla samej przyjemności poznawania i podróżowania. Przede wszystkim jest o Azji i poszukiwaniu tych miejsc, które jeszcze nie zostały zadeptane przez turystów, poznawaniu ludzi, którzy są jeszcze autentyczni i ciekawi w swej odmienności. O przeżywaniu codziennych przygód i spełnianiu swoich chłopięcych marzeń z dzieciństwa. A wreszcie o tym, co dla nas, Europejczyków, niepojęte – ludziach, który potrafią podobno przeciąć się na pół, przy czym niczym się nie zakrywają, a potem wstać i iść; o ludziach, którzy będąc w transie podczas Festiwalu Wegetariańskiego na Tajlandii, potrafią wbijać sobie w policzki miecze czy pistolety i iść z innymi w przemarszu przez miasto lub chodzić bez bólu po rozżarzonych węglach. Tak naprawdę o tym wszystkim, co w Azji wciąż fascynuje, co dzikie i warte poznania. Tylko tyle i aż tyle.

Książka napisana jest żywym, potoczystym, wręcz gawędziarskim stylem. Tak, jakbyście poszli na piwo z kolegą, który wiele widział i, co równie ważne, umie i bawi się opowiadaniem o swoich przygodach. Michniewicz opisuje więc w prosty (ale nie prostacki) i klarowny sposób, co mu się przydarzyło, ale nie szczędzi dygresji i retrospekcji, własnych refleksji na tematy wszelakie. Nie brakuje tu humoru, autoironii. Jest nawet zestawienie najlepszych filmów Dolpha Lundgrena i Toma Berengera, które powstało podczas długiego oczekiwania na autostop w Laosie.

Czytając „Samsarę”, czułem zazdrość. Na szczęście nie była to tego typu zazdrość, co przy książkach Jacka Pałkiewicza, bohatera i postaci wręcz mistycznej, którego nie będę przypominał nigdy. Nie, to bardziej było uczucie: Kiedy wreszcie ja się zbiorę i tam pojadę, i przeżyje swoje przygody, by móc przy stole opowiedzieć je przyjaciołom i rodzinie?. Może po jej przeczytaniu wiele z nas się zdecyduje. Tego Wam i sobie życzę.

Tomasz Michniewicz „Samsara. Na drogach, których nie ma”

Jakub Knoll

Bóg z nami, kto jest z nimi?

„Może tylko dlatego wojna wciąż się powtarza, że człowiek nigdy nie zdoła odczuć, co cierpią inni ludzie.” E.M. Remarque

„Droga powrotna” to kontynuacja „Na zachodzie bez zmian” tego samego autora. W pierwszej części opisuje zmagania wojenne bohaterów I wojny światowej, w kolejnej Remarque koncentruje się na ich powojennych losach. Jest to niejako metafora powrotu do normalnego życia, po doświadczeniach z pierwszej linii frontowej rzeczywistości, gdzie takie obrazy jak wnętrzności porozrzucane po drzewach, czy jelita usilnie wpychane ponownie do trzewi, to codzienność, liczy się przetrwanie!

Powieść w interesujący sposób opisuje psychologiczne zagadnienia wojny. Do tej pory wielu autorów skupiało się na opisie samych działań wojennych, zresztą jak sam Remarque w „Na zachodzie bez zmian”, natomiast w „Drodze powrotnej” autor opisał losy żołnierzy, często młodych, którzy po koszmarach, okrucieństwach, głodzie i śmierci powracają do normalnego życia jako mężczyźni. Wielu z nich nie potrafi się odnaleźć, jedni popełniają samobójstwo, drudzy popadają w obłęd, inni strzelają do swoich wrogów. Trudno się im nawet dziwić, że w przypływie agresji robią to, co umieją najlepiej – zabijają. Zabijanie w imię ojczyzny było do tej pory nagradzane medalami, jednakże po kapitulacji morderstwo stało się czynem powszechnie niedopuszczalnym. Młodość dla nich to jedynie stan metrykalny w rzeczywistości. To zgorzkniali mężczyźni o zgrubiałych palcach i ostrych rysach twarzy, którzy na hałas tramwaju reagują spontanicznie sięgając po broń. Wszyscy bohaterowie z początkowej euforii spowodowanej powrotem przechodzą w stan rozczarowania. Rodzina nie jest w stanie zrozumieć, co działo się na froncie, szkoła, do której muszą wrócić w tych okolicznościach wydaje się im śmieszna i bezcelowa. Zrozumienie znajdują w szeregach kolegów z wojska, jednak i tutaj po jakimś czasie następuje pewien rozłam. Ci bardziej dostosowani społecznie starają się nadrobić stracony czas, na znaczeniu nabierają drogie markowe garnitury, kariera zawodowa. I tak dawne „kolega” wymieniane jest na protekcjonalne „pan”. Koledzy z pola walki stają się wobec siebie obojętni, wręcz unikają się nawzajem, aby jeden nie przypominał drugiemu złych czasów. Tak naprawdę jedynym spajającym ich elementem był strzelecki rów. W cywilizowanym społeczeństwie każdy z nich stanowi jednostkę na drabinie kapitalizmu, a nie jeden organizm, jak to miało miejsce podczas wojny. Wielkie ideały i frazesy rozbijają się o mur rzeczywistości i tak, to co kiedyś napędzało ich do walki dziś wywołuje pusty śmiech i rozgoryczenie w stosunku do tych, którzy posłali ich na śmierć zarówno fizyczną, jak i duchową.

To właśnie ta książka napisana w 1931 r. – bez wątpienia antywojenna – sprawiła, że autor stracił niemieckie obywatelstwo i resztę życia spędził na emigracji w Ameryce. Warto ją przeczytać z kilku powodów: jest bez wątpienia ciekawym materiałem historycznym tamtych czasów, pokazuje obraz z pola walki oczyma niemieckiego żołnierza, przy czym jest bardzo obiektywna. Remarque opisuje bezsens wojny, społeczeństwo niemieckie podnoszące się z ruin oraz początki kapitalizmu.

„Droga powrotna” E.M. Remarque

Bartosz Romelczyk

Nie bierz do ust kanapki… przy czytaniu

Kim jest kryminalistyk i jak wygląda jego praca? Jeszcze jakiś czas temu niewiele ludzi potrafiłoby na to pytanie odpowiedzieć. Obecnie, dzięki niezliczonej ilości seriali, jak chociażby najbardziej popularne „Kryminalne Zagadki Las Vegas”, niemal każdy wie co nieco o roli odcisków palców czy śladów biologicznych. Jednak (uwaga, ostrzegam przed ogromnym banałem!) film to nie rzeczywistość. Książka Dany Kollmann „Nie bierz do ust ręki umarlaka” pokazuje prawdziwe oblicze pracy technika kryminalistyki. Przypadki w niej przedstawione z pewnością nie nadają się do pokazywania w telewizji.

Autorka – technik kryminalistyki z jedenastoletnim stażem, a obecnie wykładowca na uniwersytecie w Baltimore, rozwiewa wiele mitów dotyczących tego zawodu, które dzięki telewizji, wryły się w świadomość ludzi. Przeciętny odbiorca widzi panią starannie umalowaną i ubraną, która ze spokojem poszukuje śladów w pokoju, przeszukując go centymetr po centymetrze. Później kieruje swoje kroki do laboratorium, niosąc ze sobą wiele odcisków palców, włosów, naskórków, próbek krwi i innych przedmiotów, a każdy z tych śladów ma ogromne znaczenie dla śledztwa. Przy okazji każdą prowadzoną sprawę śledzi starannie – odkrywa, kto jest mordercą i wie, jaki wyrok dostał, a wcześniej jeszcze odbiera pracę policjantom, przesłuchując świadków i podejrzanych. Dana Kollmann rozczarowuje czytelników i fanów seriali kryminalnych – powyższa historia nie ma możliwości, by była prawdziwa. Do pracy lepiej niż starannie ułożone włosy i ładne buty nadaje się kombinezon i czapka, szczególnie w sytuacji, gdy samobójca postanowił zakończyć swój żywot strzałem w głowę, a przed śmiercią nie wyłączył wentylatora i jego śmigiełka z radosną swobodą rozrzucają kawałki mózgu i czaszki po całym pokoju. Autorka dementuje też opinię, że technicy uczestniczą, ba – często nawet prowadzą przesłuchania, oraz, że interesują się dalszymi losami śledztwa, podejrzanych czy morderców – takie rzeczy tylko w CSI, w prawdziwym życiu nie ma na to czasu. Zwłaszcza, że najczęściej prowadzą kilka spraw na raz, a i też często nie są one specjalnie fascynujące, gdyż głównie dotyczą włamań, przemocy w rodzinie, kradzieży samochodów, samobójstw. Te najbardziej emocjonujące, czyli morderstwa (na szczęście) są rzadkim wydarzeniem. Również jeżeli chodzi o ślady seriale nie oddają rzeczywistości – często jest ich bardzo mało, wiele jest bezużytecznych i opierając się tylko na nich, najczęściej nie dałoby rady schwytać winnego.

„Nie bierz do ust…” przedstawia, jak ciężką pracę mają ci, dla których nie ma rzeczy obrzydliwych. Na co dzień obcują ze smrodem, brudem i śmiercią, po to, by złapać winnego. Pokazuje, że często ich praca jest niedoceniana, jak pisze Dana Kollmann: „My nie byliśmy niczyimi bohaterami. Stanowiliśmy załogę ze stalowymi żołądkami, która przyjeżdżała, by wykonać brudną robotę. Byliśmy jak kostuchy, które zjawiają się tylko wtedy, gdy ktoś lub coś jest martwe, prawie martwe, zakrwawione, obrzydliwe i ohydne, lub gdy na miejscu przestępstwa znaleziono wydzielinę, która wyciekła z czyichś uszu, nosa, ust, tyłka lub krocza. (…) Okropności życia to nasza codzienność – wykonywaliśmy niewiarygodne zadania i to z uśmiechem na twarzy. I nikt nie musiał nam dziękować!”. Czytając niektóre historie, ciężko uwierzyć, że są prawdziwe, sama autorka mówi, że w  serialach takich rzeczy nie zobaczymy, bo twórcy by albo na to nie wpadli, albo uznaliby, że są zbyt nierealne. Na szczęście, czytanie tej książki nie jest koszmarem, bo chociaż opisywane przeżycia są mało przyjemne, to podane są w przystępny sposób z odrobiną czarnego humoru.

Pozostaje nam wziąć książkę, odłożyć jedzenie na bok (taka mała rada dla bardziej wrażliwych), czytać i cieszyć się, że jest grupa zapaleńców, która będzie grzebać w śmieciach, rozmawiać z najróżniejszymi świrami, babrać się w krwi i wymiocinach, skręcać się od smrodu gnijącego ciała, a nawet czasem wezmą do ust rękę umarlaka. I to wszystko w imię sprawiedliwości!

Dana Kollman „Nie bierz do ust ręki umarlaka”

Magda Pleskacewicz

Po trupach do celu, czyli historia chirurgii

Czy ktoś dziś byłby skłonny pójść na zabieg, wiedząc, że chirurg nie założy jednorazowych rękawiczek, a jego fartuch jest sztywny od krwi? Być może trudno w to uwierzyć, ale jeszcze 200 lat temu pomiędzy pojęciem „rzeźnik” i „chirurg” można było postawić znak równości.

Bardzo obrazowo przekonuje o tym Jürgen Thorwald w „Stuleciu chirurgów”. Książka nie jest nowością na rynku, od wielu lat wzbudza zainteresowanie. Zwłaszcza, że jest napisana jak niezła powieść przygodowa, a nie nudny podręcznik z historii medycyny. Ostatnio pojawiło się nowe wydanie, które nie dość, że jest naprawdę ładnie zrobione, to ma większą czcionkę, która ułatwia czytanie. A tu komfort czytania jest niezbędny, bo książka czasem potrafi dać w kość (i to bez znieczulenia!). Plastyczne opisy amputacji mogą osłabić największego twardziela. Czasami można się zastanawiać, czy autora nie ponosi fantazja, gdy opisuje stan szpitali: wszechobecny zapach ropy, gnijących ran i brudnej pościeli… Współczesnemu człowiekowi trudno byłoby przejść spokojnie korytarzem, słysząc męki, jakie przeżywają pacjenci w trakcie oraz po operacji. Ciężko też by było bez zgorszenia patrzeć na przygotowanie chirurga do zabiegu, które to polegało na wytarciu narzędzi z krwi po poprzednim chorym w fartuch.

Historie zawarte w książce budzą duże emocje. Często jest to szok i oburzenie, gdy się czyta o słynnych chirurgach, którym duma nakazuje wyśmiewać wynalazców narkozy i dezynfekcji. Innym razem jest to podziw dla ludzi, którzy niestrudzenie dążą do udowodnienia, że rany mogą się goić bez zakażenia – że to wcale nie jest boska kara za grzechy. Szacunek budzi też postawa wielu pacjentów, którzy, chcąc uwolnić się od cierpienia, poddawali się eksperymentalnym cięciom. Bez takich ludzi postęp w chirurgii, jaki się dokonał w XIX wieku, nie byłby możliwy.

Nie tylko jednak pacjentom było ciężko. Chirurg także był narażony na śmiertelne niebezpieczeństwo i wcale tu nie chodzi o zarażenie się bakteriami od chorych. Na początku XIX wieku ten, który chciał pomóc, musiał się liczyć z uznaniem go za mordercę. Thorwald przytacza historię pewnego chirurga, który, po namowach pacjentki, zgodził się wyciąć jej torbiel, która była tak wielka, że wypełniała jej niemal cały brzuch. Otwarcie brzucha w tamtych czasach w większości wypadków było równoznaczne ze śmiercią – pacjenta i lekarza. Opisywanemu lekarzowi udało się pomyślnie przeprowadzić usunięcie narośli, dlatego tłum czający się pod oknami jego domu, musiał z bólem serca ściągnąć stryczek z drzewa i się rozejść.

Po przeczytaniu „Stulecia chirurgów” można się tylko cieszyć, że się żyje w czasach, gdzie nikt nie kpi z lekarza chcącego umyć ręce przed operacją, a zapalenie wyrostka robaczkowego czy cesarskie cięcie nie jest wyrokiem śmierci.

Jürgen Thorwald „Stulecie chirurgów”

Magda P.

Survive or not survive

Jak przeżyć w Kambodży, Laosie, na Syberii bez wyszukanego ekwipunku i czterdziestu puszek konserwowej w plecaku? Tego można dowiedzieć się dzięki „Szkole przetrwania”, książce o sztuce survivalu Beara Gryllsa – bohatera jednego ze słynnych programów na Discovery Channel.

Zaczynając od strony technicznej, książka jest bardzo dobrze wydana. Twarda oprawa, ciekawe ilustracje, rozdziały podzielone na podrozdziały nadają przejrzystości, dzięki której można bardzo łatwo odnaleźć interesujące zagadnienie. Wydawnictwo Pascala oferuje nam jeden z lepszych poradników survivalowych w przystępnej cenie, zawierających 255 stron podzielonych na 10 głównych rozdziałów.

Książka zawiera podstawowe techniki sztuki przetrwania w warunkach ekstremalnych. Bear Grylls – narrator, człowiek, który przetrwał w najbardziej niegościnnych rejonach świata, a zarazem honorowy komandor porucznik Królewskiej Marynarki Wojennej oraz naczelnik brytyjskiego ruchu skautowskiego zdradza nam wiele tajników survivalu. Począwszy od sztuki obozowania, niezbędnych narzędzi i sprzętu potrzebnego podczas pieszych wypraw po porady jak żyć w zgodzie z naturą, jak nie poddawać się w sytuacjach beznadziejnych i przeżyć w warunkach ekstremalnych. Już na samym początku autor zawarł następujący cytat z Lorda Roberta Badena-Powella, założyciela skautingu: „Nigdy nie mów, że to koniec, jeśli wciąż żyjesz”. Powyższe słowa mają zastosowanie w survivalu, jednak traktując je szerzej powinny stać się inspirujące dla każdego z nas, aby nie poddawać się i dążyć do celu do samego końca.

Dodatkowo oprócz typowych rozdziałów książkę urozmaicają tzw. opowieści przy ognisku, czyli anegdoty ukazujące jak skończyli ci, którzy nie znali zasad panujących w warunkach niesprzyjających człowiekowi. Choć mogłoby wydawać się, że pozycja przeznaczona jest jedynie dla zainteresowanych tematyką survivalu, to nie ma nic bardziej błędnego. Wiele z rozdziałów zawiera przydatne na co dzień informacje, począwszy od tamowania krwotoków i ogólnie pierwszej pomocy, właściwego odżywiania, ćwiczeń jak i regenerowania ciała po wzmożonym wysiłku. Zatem „Szkoła przetrwania” to swoiste kompendium wiedzy na temat życia i przeżycia.

Poradnik survivalowy zawiera także wiele porad jak rozkoszować się wolnością w górach, czy lesie w sposób bezpieczny i zaplanowany. Na uwagę zasługuje także rozdział zatytułowany Motywacja, w której Bear Grylls zawarł całą istotę podejmowania wyzwań: „Rzeczy cenne wymagają poświęcenia i wysiłku. Właśnie dlatego są cenne. A nagradzani są w życiu wcale nie najlepsi, czy najbardziej utalentowani. Życie nagradza upartych. (…) Życie jest przecież takie proste: ile w nie włożymy, tyle dostaniemy”. W tych kilku słowach autor zawarł postawę, jaką prezentuje w życiu i do której szczerze nas namawia.

Książka okraszona jest ciekawymi opowieściami wojskowych narażonych na różnego rodzaju sytuacje wymagające od nich zdroworozsądkowego myślenia, a przede wszystkim wiedzy survivalowej. Dzięki temu nie jest jedynie suchym poradnikiem, lecz staje się bardziej dostępna dla każdego z nas.

Zatem drogi Czytelniku, jeśli chcesz dowiedzieć się jak:

  • posługiwać się kompasem, czytać mapy i nie zbłądzić,
  • używać narzędzi, które ratują życie,
  • rozbić obóz w terenie,
  • ćwiczyć i nie zrobić sobie krzywdy,
  • rozpalić ogień,
  • przygotować, ugotować i przechować jedzenie,
  • opatrzyć rany jak ratownik medyczny,
  • przewidywać pogodę na podstawie obserwacji,

to ta książka jest właśnie dla Ciebie.

Bear Grylls „Szkoła Przetrwania. Kultowy poradnik survivalowy”

Bartosz Romelczyk

Nie bądź sztywniak!

Czy zastanawialiście się, co będzie dziać się z waszym ciałem po śmierci? Ja nie do końca, oczywiście do czasu przeczytania książki pt. „Sztywniak” amerykańskiej dziennikarki Mary Roach, która w sposób naukowy jak i zabawowy sięga do trzewi każdego umarlaka.

„Sztywniak” to opowieść o ludzkich ciałach, które piszą swoją osobliwą historię po śmierci, to opowieść o superbohaterach, jak określa ich sama autorka, którzy w imię nauki poświęcają swoje ciała dla ludzkości. Po przeczytaniu tej pozycji perspektywa spokojnego gnicia w ziemi wydaje się najnudniejszą z istniejących możliwości, jak i marnotrawstwem tego, co możemy ofiarować: noga, ręka, czy organy do przeszczepu. Pozycję tę z całą pewnością można określić mianem popularno-naukowej, gdyż autorka sięga do wielu dzieł z dziedziny anatomii, eksperymentów medycznych czy periodyków amerykańskich czasopism. Sztywniak poprzez swój „luźny” język z całą pewnością skierowany jest do przeciętnego Kowalskiego, któremu wyjaśnia się, czym jest impaktor i po co się go stosuje uderzając nim nieboszczyka. Poprzez szereg porównań książka nie jest kolejną pozycją przeznaczoną dla znawców terminologii medycznej. Autorka porównuje skórę umarlaka do „luksusowego japońskiego papieru ryżowego” czy stosuje opisy ludzkiego mięsa, które „jak każde przechowywane w lodówce zaczyna wysychać”.

Mary Roach w dociekliwy sposób podaje czytelnikowi możliwości na funkcjonalne życie pozagrobowe – można je spędzić na stole chirurgów plastycznych, w pędzącym samochodzie, zostać zabalsamowanym, stać się kompostem, zostać splastynowanym i postawionym w muzeum w pozie gracza w tenisa, możemy sobie zgnić na świeżym powietrzu. Istnieje milion pomysłów na wykorzystanie ludzkiego ciała pośmiertnie włącznie z przeszczepem tkanek.

W poszukiwaniu rzetelnych informacji do swojej książki Mary Roach spotyka się z ludźmi parającymi się tą „brudną robotą”, jako naoczny świadek przygląda się zwłokom swobodnie  gnijącym pod otwartym niebem w zagajniku zaadoptowanym przez naukowców Kliniki Medycznej Uniwersytetu Tennessee, jest świadkiem operacji plastycznych na głowach odciętych od zbędnej reszty, przygląda się pracy przy balsamowaniu zwłok, odwiedza krematoria czy spotyka się z ekspertem balistycznym policji w Los Angeles Duncanem McPherson’em, dowiadując się, że w wojsku najważniejsza sprawa to zimna krew, to też nieboszczykom nietrudno się tam dostać. Roach opisuje to, co widzi, jak również swoje odczucia w stosunku do niejednokrotnie nieznośnych widoków czy zapachów.

„Sztywniak” to również poruszanie niektórych ciekawostek i herezji, mianowicie, czy umarły pierdzi, ile waży ludzka głowa, czy po jej odcięciu mamy jeszcze świadomość, ile waży ludzka dusza oraz gdzie się znajduje? Jak smakują miodowe cukierki zrobione z ludzkiego ciała? Dlaczego po strzale człowiek od razu pada na ziemię? Oraz jakie przysmaki może zgotować nam Chińczyk ze zmiksowanej macicy. Odrażające? Kontrowersyjne, bulwersujące? Ja bym powiedział po prostu ciekawe. Reasumując, autorka poprzez użycie pierwszoosobowej narracji reporterskiej, trochę felietonistycznej, napisała dzieło, które pomimo mrocznego tematu przeplatanego z trafionym humorem wciąga niemiłosiernie. Jest to opowieść o wyczynach zwłok ukazująca coś, co spotka nas wszystkich i o czym tak prawdę mówiąc nie myślimy, bo i po co? Kiedy już nas to nie będzie obchodzić. Pozostaje pytanie, czy postawiony przez autorkę cel, aby zaznajomić czytelnika z utylitarnością płynącej z przekazywania swojego martwego ciała na cele naukowe został osiągnięty. Na to i wiele innych nurtujących pytań odpowiedź powinna przynieść lektura „Sztywniaka” Mary Roach, którą serdecznie polecam.*

* czytać na długo przed obiadem, aby nie pozbawić się dobrego smaku.

Mary Roach „Sztywniak”

Bartosz Romelczyk

Duchy przeszłości

Arnaldur Indriđason znów wprowadza czytelnika w stan hipnozy. Zmusza go do przesiadywania po nocach z książką w ręku, a gdy uda mu się oderwać od niej i usnąć, to nakazuje wstać wcześnie rano i dokończyć dzieła. Tajną bronią Arnaldura jest książka „Grobowa cisza”.

„Grobowa cisza” jest kolejnym – po „W bagnie” –  tomem poświęconym islandzkiemu komisarzowi Erlendurowi. Tym razem musi wraz ze swymi współpracownikami Elinborg i Sigurgurem Olim, rozwikłać zagadkę przypadkowo znalezionego szkieletu. Cała historia zaczyna się tym, że na przyjęciu urodzinowym student medycyny rozpoznaje, że zabawką, którą z lubością gryzie niemowlę, jest kawałek ludzkiego żebra. To odkrycie prowadzi do odnalezienia na placu budowy osiedla mieszkaniowego grobu. Co ciekawe, ułożenie szkieletu w nim znajdującego się, sugeruje, że pochowana osoba nie do końca musiała być martwa – leży z ręką wyciągniętą ku powierzchni, jakby próbowała się wydostać. Wstępne oględziny dają informację, że grób musiał powstać około siedemdziesiąt lat temu. To powoduje, że policjanci mają trudne zadanie poznania historii sprzed lat, nie wiedząc nawet, czy jeszcze jacyś potencjalni świadkowie żyją. Jedynym tropem w ich śledztwie są krzaki porzeczek oraz informacja umierającego człowieka, że kiedyś przychodziła do  nich „krzywa” kobieta.

Podobnie skomplikowana sytuacja pojawia się w prywatnym życiu Erlendura. Znów ma kłopoty z córką narkomanką. Od ostatniego spotkania, opisanego w książce „W bagnie”, minęło kilka miesięcy, córka Eva Lind jest już w zaawansowanej ciąży i znów straciła kontakt z ojcem. Jednak w końcu dostaje od niej wiadomość, że potrzebuje pomocy. Erlendur musi wejść w świat narkomanów, przeszukiwać najbardziej obskurne miejsca, by znaleźć córkę. Czytelnik przy okazji otrzymuje sugestywne opisy zaćpanych kobiet, zaniedbanych dzieci i warunków panujących w ich otoczeniu. Gdy ją znajduje, okazuje się, że Eva Lind jest w ciężkim stanie. Odwiedziny u córki w szpitalu są dla komisarza bodźcem do zmierzenia się ze swoją przeszłością, oceną siebie jako ojca i męża. Czytelnik poznaje też dzieciństwo Erlendura.

Obok wątków z prywatnego i zawodowego życia Erlendura, ukazana jest też historia, która jest z całej książki najbardziej wstrząsająca, stanowiąc najważniejszy temat poruszany w „Grobowej ciszy”. Śledztwo, które ma tak naprawdę na celu tylko wyjaśnić, jak doszło do tego, że ktoś znalazł się w tym grobie, a nie na złapaniu mordercy, odsuwa się na bok, jest mało istotne, prowadzone jakby dla formalności, a cała książka jest zdominowana przez opowieść o rodzinie gnębionej przez sadystycznego ojca. Czytanie o tym, jaką przyjemność może ktoś czerpać z katowania słabszych, jest niesamowicie ciężkim zadaniem. Emocje, jakie wywołuje ta historia, kontrastują z surowym językiem, jakim jest ona napisana. Człowiek czuje się strasznie bezsilny, gdy czyta, w jak beznadziejnej sytuacji znajduje się matka z trójką dzieci. Zwłaszcza wzmaga się to poczucie, jeżeli sobie uświadomi, że takie historie nie dzieją się tylko na kartkach książki. Zamknięcie jej nie spowoduje, że problem zniknie, a wszystko to, co zostało napisane, to nie fantazja dziwaka z Islandii. Ten dziwak nam tylko uświadamia, że takich rodzin pozostawionych sam na sam z tyranem, bez pomocy z zewnątrz, jest więcej – na całym świecie, a nie tylko na oderwanej od reszty krajów, leżącej gdzieś daleko na północy, wyspie.

Arnaldur przekonuje nas po raz kolejny, że Islandia to nie (tylko) kraina wspaniałych lodowców, rozległych zielonych terenów, gejzerów i gorących źródeł. To także kraj ponury, depresyjny, gdzie mieszkańcy skrzętnie chowają swoje tajemnice. I, o czym mówi komisarz Erlendur, ogromne bezludne tereny powodują, że człowiek może wyjść, po prostu zniknąć, a nikt go nigdy nie znajdzie. Cóż, jego książki z pewnością nie są reklamą Islandii i na pewno nie nakręcą nikogo na samotną wizytę na wyspie.

Z niecierpliwością czekam na kolejne książki Arnaldura. Mam nadzieję, że wydawcy nie poprzestaną na tych dwóch, bo to by była wielka strata zarówno dla miłośników kryminałów, jak i fanów książek poruszających kwestie społeczne.

Arnaldur Indriđason „Grobowa cisza”

Magda Pleskacewicz

Masochistyczna przyjemność czytania

Chyba jeszcze nigdy nikt nie poruszył w ten sposób problemu toksycznych relacji matki i córki, zwłaszcza, gdy córka jest dorosłą, dojrzałą kobietą. Wszak zwykle miłość matki do dziecka to coś pięknego i czystego. W „Pianistce” Elfriede Jelinek te świętości są zdeptane i porwane na strzępy, niczym sukienka tytułowej pianistki, gdy ta nie przyszła do domu na czas.

Bohaterką książki jest niemal czterdziestoletnia Erika, która we wiedeńskim mieszkaniu żyje razem ze swoją matką. Ambicje matki, by córka stała się światowej sławy pianistką, przekraczają granice zdrowego rozsądku. By marzenia matki mogły się spełnić, odseparowuje Erikę od innych ludzi, a zwłaszcza od mężczyzn, bo w nich widzi główne zagrożenie dla kariery swojej córki. Marzy, by mieć ją tylko dla siebie, dlatego nawet w nocy śpią w jednym małżeńskim łożu. Mimo usilnych starań, nie może jednak całkowicie wyeliminować obecności innych osób w życiu Eriki, bowiem Erika uczy gry na pianinie we wiedeńskim konserwatorium. Tam też spotyka dwa razy młodszego studenta – Waltera Klemmera, w którym budzi się namiętność do swojej profesorki.

Od tego momentu mogłaby się zacząć romantyczna opowieść, jak to szalonemu młodzieńcowi udaje się uwieść kobietę i uwolnić ją z rąk apodyktycznej matki. Ale Jelinek nie ułatwia sprawy, zarówno bohaterom powieści, jak i czytelnikowi. Klemmer nie wie, że Erika wychowywana bez mężczyzn w swoim otoczeniu, pod ciągłą kontrolą surowej, skąpej uczuciowo matki, ma problem ukazywaniem uczuć i własną seksualnością. W dzień przedstawia się jako wymagająca pani profesor, która potrafi zmieszać uczniów z błotem, gdy nie zagrają odpowiednio lub prowadzić tyrady na temat Bacha, Beethovena czy Schuberta. Wieczorami dochodzą do głosu jej potrzeby – jako, że nie znosi bliskich kontaktów z innymi, jej sposobami na rozładowanie napięcia są czynności samookaleczania lub wycieczki do „zakazanych” dzielnic Wiednia, w których oddaje się podglądactwu. Czytelnik nie ma łatwo, gdyż jest szczegółowo informowany o działaniach Eriki, sam stając się jednocześnie podglądaczem.

Mimo że lektura „Pianistki” nie jest przyjemnym przeżyciem, to jednocześnie trudno się od niej oderwać. Bo tak naprawdę to nie o fabułę tu chodzi, ale coś co się pod nią kryje – pokazanie jaką rolę odgrywają rodzice w kształtowaniu (a czasami raczej krzywieniu) psychiki dziecka. Pokazuje do czego może doprowadzić chęć spełnienia własnych marzeń za pomocą dzieci – kosztem ich dzieciństwa i uczuć. Nie są to wymysły Jelinek, gdyż sama w dzieciństwie miała podobne doświadczenia, będąc przymuszana do nauki gry na pianinie. Twierdzi, że to był wyniszczające dla jej młodości i życia, bo, jak sama mówi, „kiedy traci się młodość, to na całe życie”.

Elfriede Jelinek niszczy też stereotyp Wiednia, jako miasta wysokiej kultury oraz natchnionych artystów. Erika w niczym nie przypomina mojej wizji pianistki – wrażliwej, delikatnej pani w czarnej eleganckiej sukni. Wiedeń także nie jest miejscem, gdzie ludzie przesiadują w filharmonii, a na co dzień chodzą we frakach. Miasto ma takie swoje dzielnice, do których wieczorami ciągną mężczyźni, by ulżyć swoim popędom, a dzieciom za wszelką cenę nie pozwala się do nich wstępować.

Pianistka może się podobać albo nie. Zgadzam się, że można jej zarzucić epatowanie przemocą i przesycenie perwersyjnym seksem. Nie przeczę także, że niektórych może też odstraszyć styl, jakim jest napisana. Jest pozbawiona tradycyjnych dialogów, czasami się ma wrażenie, że Jelinek od razu spisywała wszystko, co jej przyszło do głowy. Jednak nie jest to język prostacki, a wręcz przeciwnie – barwny, ekspresyjny, pełen ciekawych fraz. Tak jakby go zburzyła i skonstruowała według swojej wizji. Przyznaję, że filmu na podstawie „Pianistki” zrobionego przez Michaela Haneke jeszcze nie widziałam, ale obawiam się, że styl Jelinek i smaczki językowe, trudno przenieść na ekran. A bez tego film może wiele stracić.

Warto przeczytać, chociażby po to, by wyrobić własne zdanie na temat słuszności nagrodzenia Jelinek literacką nagrodą Nobla.

Elfriede Jelinek „Pianistka”

Magda Pleskacewicz

Łubu dubu, czyli Bareja od zaplecza

Powyższą pozycję wydawniczą pióra Macieja Replewicza można swobodnie określać encyklopedią życia i twórczości Stanisława Barei, okraszoną wspomnieniami Stanisława Tyma, Jacka Fedorowicza, Andrzeja Wajdy, Janusza Morgensterna, Jana Kobuszewskiego, rodziny i najbliższych znajomych czy współpracowników.  Po latach niepamięci i krytyki twórczości Barei przez komunistyczny reżim, jak i innych reżyserów kpiących z niskiego tonu komedii nad ich zaangażowanymi ideologicznie filmami, nadszedł czas na rehabilitację Barei – akt zadośćuczynienia człowiekowi, który walczył z systemem okresu komunizmu za pomocą filmów ukazujących w skondensowanej formie absurdy ówczesnego systemu, bawiąc i skłaniając do refleksji tym samym.

Warto wspomnieć, iż okres dla produkcji komedii nie był łatwy, gdyż cenzura, którą zresztą Bareja zręcznie omijał, nie pozostawiała na filmie suchej nitki, każąc wycinać scenę po scenie. Po tym zabiegu, posługując się słowami reżysera, pozostawały same kadłubki.

Reżyser takich kultowych produkcji jak „Miś”, „Brunet wieczorową porą”, czy chociażby „Alternatywy 4” czerpał swoje pomysły wprost z codziennego życia, okres był na tyle sprzyjający i obfitujący w absurdy systemu, iż wystarczył zmysł wprawnego obserwatora, aby w jednym ujęciu zawrzeć obraz Polski lat 80-tych. Większość produkcji Stanisława Barei określa się dzisiaj dokumentami epoki PRL-u. Całkiem słusznie, gdyż pokazują rzeczywistość tamtych czasów w myśl „prawda czasu, prawda ekranu”, w krzywym zwierciadle oczywiście, jednak nie bardzo odbiegających od tego, co widział reżyser na co dzień w kolejce po papier toaletowy czy czekając na przydział mieszkania.

Z pozycji wydawniczej Replewicza dowiemy się między innymi, jak to 15-letni S. Bareja chciał walczyć w Powstaniu Warszawskim, dlaczego praca dyplomowa pt. „Gorejące Czapki” nie została obroniona, jakich forteli używał twórca „Bruneta wieczorową porą”, aby omijać wszechobecną cenzurę, dlaczego Kasia Bareja zagrała epizodyczną rolę w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Dowiemy się także jak mogły wyglądać filmy, których nigdy nie zrealizował.

Prześledzimy drogę zawodową reżysera począwszy od szkoły filmowej w Łodzi po pierwsze epizodyczne role, obronę pracy dyplomowej debiutem pt. „Mąż swojej żony”, czy działalności konspiracyjnej, zobaczymy także kilkadziesiąt niepublikowanych zdjęć z planów zdjęciowych czy prywatnego albumu rodzinnego.

Bareja wyprzedził kinematografię o jakieś 10 lat, stosując najazdy i ujęcia niestosowane poprzednio, często oceniane przez krytyków za płaskie i niedopracowane. Pracując początkowo na sprzęcie z 1939 roku, posiadał niewymiernie mniejszy budżet aniżeli inni reżyserzy kina zaangażowanego politycznie. Dziś wiadomo, że reżyser odniósł swój sukces właśnie dzięki swojej innowacyjności, uporowi oraz nieocenionemu poczuciu humoru.

Niewiele osób wie, że Bareja wniósł swój wkład w opozycję Solidarności, drukując na, przemyconej wcześniej z Wiednia na dachu malucha, maszynie poligraficznej. W domu Barei na Fitelberga w Warszawie, często przy otwartych drzwiach, powstawało nielegalne czasopismo „Nowa”, ośmieszające władzę ludową. Reżyser wychodził z założenia, że najciemniej jest pod latarnią, gdyż „żaden ubek się tym nie zainteresuje, bo mu przecież do łba nie wpadnie myśl, że konspirację najlepiej uprawiać przy otwartych drzwiach”. Teksty wraz z reżyserem do czasopisma tworzyli S. Tym, czy J. Fedorowicz wiele tym samym ryzykując, gdyż kara za nielegalne opozycyjne czasopisma sięgała nawet trzech lat więzienia.

Powieść biograficzna Replewicza odznacza się innowacyjnością – nie ma w niej rozdziałów, są ujęcia. To tak, jakby życie Stanisława Barei uznać jednym wielkim filmem, a jego za głównego bohatera. Poszczególne „ujęcia” obfitują w ciekawostki, bo komu z nas by przyszło do głowy, że w filmie „Miś” nieosiągalna whisky, jak na tamte czasy, to woda z colą? Albo, że tajniak w samolocie do Londynu, to kierownik produkcji? Wszystkie zmiany wynikały z faktu cięcia kosztów, z którymi musiano się uporać. Większość scen na londyńskim Heathrow zrealizowana była w warszawskim wieżowcu Intraco, a anons o poszukiwaniu sobowtóra R. Ochódzkiego to autentyczne ogłoszenie zamieszczone w „Życiu Warszawy”.

„Król krzywego zwierciadła” to opowieść o człowieku, który nie uległ komunistycznej głupawce, pozostając sobą do samego końca. Bronił tym samym swoich przekonań, wykpiwając cynizm oraz ignorancję władzy, którą nazywał „kłamczuszki”. Jest to z pewnością pozycja, którą musi przeczytać każdy miłośnik filmów Barei.

Maciej Replewicz „Król krzywego zwierciadła”

Bartosz Romelczyk