Archiwa kategorii: Teksty gościnne

Czasem odwiedzą nas goście i zechcą podzielić się z nami swoimi przemyśleniami. Wtedy i my dzielimy się z Wami.

Bóg z nami, kto jest z nimi?

„Może tylko dlatego wojna wciąż się powtarza, że człowiek nigdy nie zdoła odczuć, co cierpią inni ludzie.” E.M. Remarque

„Droga powrotna” to kontynuacja „Na zachodzie bez zmian” tego samego autora. W pierwszej części opisuje zmagania wojenne bohaterów I wojny światowej, w kolejnej Remarque koncentruje się na ich powojennych losach. Jest to niejako metafora powrotu do normalnego życia, po doświadczeniach z pierwszej linii frontowej rzeczywistości, gdzie takie obrazy jak wnętrzności porozrzucane po drzewach, czy jelita usilnie wpychane ponownie do trzewi, to codzienność, liczy się przetrwanie!

Powieść w interesujący sposób opisuje psychologiczne zagadnienia wojny. Do tej pory wielu autorów skupiało się na opisie samych działań wojennych, zresztą jak sam Remarque w „Na zachodzie bez zmian”, natomiast w „Drodze powrotnej” autor opisał losy żołnierzy, często młodych, którzy po koszmarach, okrucieństwach, głodzie i śmierci powracają do normalnego życia jako mężczyźni. Wielu z nich nie potrafi się odnaleźć, jedni popełniają samobójstwo, drudzy popadają w obłęd, inni strzelają do swoich wrogów. Trudno się im nawet dziwić, że w przypływie agresji robią to, co umieją najlepiej – zabijają. Zabijanie w imię ojczyzny było do tej pory nagradzane medalami, jednakże po kapitulacji morderstwo stało się czynem powszechnie niedopuszczalnym. Młodość dla nich to jedynie stan metrykalny w rzeczywistości. To zgorzkniali mężczyźni o zgrubiałych palcach i ostrych rysach twarzy, którzy na hałas tramwaju reagują spontanicznie sięgając po broń. Wszyscy bohaterowie z początkowej euforii spowodowanej powrotem przechodzą w stan rozczarowania. Rodzina nie jest w stanie zrozumieć, co działo się na froncie, szkoła, do której muszą wrócić w tych okolicznościach wydaje się im śmieszna i bezcelowa. Zrozumienie znajdują w szeregach kolegów z wojska, jednak i tutaj po jakimś czasie następuje pewien rozłam. Ci bardziej dostosowani społecznie starają się nadrobić stracony czas, na znaczeniu nabierają drogie markowe garnitury, kariera zawodowa. I tak dawne „kolega” wymieniane jest na protekcjonalne „pan”. Koledzy z pola walki stają się wobec siebie obojętni, wręcz unikają się nawzajem, aby jeden nie przypominał drugiemu złych czasów. Tak naprawdę jedynym spajającym ich elementem był strzelecki rów. W cywilizowanym społeczeństwie każdy z nich stanowi jednostkę na drabinie kapitalizmu, a nie jeden organizm, jak to miało miejsce podczas wojny. Wielkie ideały i frazesy rozbijają się o mur rzeczywistości i tak, to co kiedyś napędzało ich do walki dziś wywołuje pusty śmiech i rozgoryczenie w stosunku do tych, którzy posłali ich na śmierć zarówno fizyczną, jak i duchową.

To właśnie ta książka napisana w 1931 r. – bez wątpienia antywojenna – sprawiła, że autor stracił niemieckie obywatelstwo i resztę życia spędził na emigracji w Ameryce. Warto ją przeczytać z kilku powodów: jest bez wątpienia ciekawym materiałem historycznym tamtych czasów, pokazuje obraz z pola walki oczyma niemieckiego żołnierza, przy czym jest bardzo obiektywna. Remarque opisuje bezsens wojny, społeczeństwo niemieckie podnoszące się z ruin oraz początki kapitalizmu.

„Droga powrotna” E.M. Remarque

Bartosz Romelczyk

Survive or not survive

Jak przeżyć w Kambodży, Laosie, na Syberii bez wyszukanego ekwipunku i czterdziestu puszek konserwowej w plecaku? Tego można dowiedzieć się dzięki „Szkole przetrwania”, książce o sztuce survivalu Beara Gryllsa – bohatera jednego ze słynnych programów na Discovery Channel.

Zaczynając od strony technicznej, książka jest bardzo dobrze wydana. Twarda oprawa, ciekawe ilustracje, rozdziały podzielone na podrozdziały nadają przejrzystości, dzięki której można bardzo łatwo odnaleźć interesujące zagadnienie. Wydawnictwo Pascala oferuje nam jeden z lepszych poradników survivalowych w przystępnej cenie, zawierających 255 stron podzielonych na 10 głównych rozdziałów.

Książka zawiera podstawowe techniki sztuki przetrwania w warunkach ekstremalnych. Bear Grylls – narrator, człowiek, który przetrwał w najbardziej niegościnnych rejonach świata, a zarazem honorowy komandor porucznik Królewskiej Marynarki Wojennej oraz naczelnik brytyjskiego ruchu skautowskiego zdradza nam wiele tajników survivalu. Począwszy od sztuki obozowania, niezbędnych narzędzi i sprzętu potrzebnego podczas pieszych wypraw po porady jak żyć w zgodzie z naturą, jak nie poddawać się w sytuacjach beznadziejnych i przeżyć w warunkach ekstremalnych. Już na samym początku autor zawarł następujący cytat z Lorda Roberta Badena-Powella, założyciela skautingu: „Nigdy nie mów, że to koniec, jeśli wciąż żyjesz”. Powyższe słowa mają zastosowanie w survivalu, jednak traktując je szerzej powinny stać się inspirujące dla każdego z nas, aby nie poddawać się i dążyć do celu do samego końca.

Dodatkowo oprócz typowych rozdziałów książkę urozmaicają tzw. opowieści przy ognisku, czyli anegdoty ukazujące jak skończyli ci, którzy nie znali zasad panujących w warunkach niesprzyjających człowiekowi. Choć mogłoby wydawać się, że pozycja przeznaczona jest jedynie dla zainteresowanych tematyką survivalu, to nie ma nic bardziej błędnego. Wiele z rozdziałów zawiera przydatne na co dzień informacje, począwszy od tamowania krwotoków i ogólnie pierwszej pomocy, właściwego odżywiania, ćwiczeń jak i regenerowania ciała po wzmożonym wysiłku. Zatem „Szkoła przetrwania” to swoiste kompendium wiedzy na temat życia i przeżycia.

Poradnik survivalowy zawiera także wiele porad jak rozkoszować się wolnością w górach, czy lesie w sposób bezpieczny i zaplanowany. Na uwagę zasługuje także rozdział zatytułowany Motywacja, w której Bear Grylls zawarł całą istotę podejmowania wyzwań: „Rzeczy cenne wymagają poświęcenia i wysiłku. Właśnie dlatego są cenne. A nagradzani są w życiu wcale nie najlepsi, czy najbardziej utalentowani. Życie nagradza upartych. (…) Życie jest przecież takie proste: ile w nie włożymy, tyle dostaniemy”. W tych kilku słowach autor zawarł postawę, jaką prezentuje w życiu i do której szczerze nas namawia.

Książka okraszona jest ciekawymi opowieściami wojskowych narażonych na różnego rodzaju sytuacje wymagające od nich zdroworozsądkowego myślenia, a przede wszystkim wiedzy survivalowej. Dzięki temu nie jest jedynie suchym poradnikiem, lecz staje się bardziej dostępna dla każdego z nas.

Zatem drogi Czytelniku, jeśli chcesz dowiedzieć się jak:

  • posługiwać się kompasem, czytać mapy i nie zbłądzić,
  • używać narzędzi, które ratują życie,
  • rozbić obóz w terenie,
  • ćwiczyć i nie zrobić sobie krzywdy,
  • rozpalić ogień,
  • przygotować, ugotować i przechować jedzenie,
  • opatrzyć rany jak ratownik medyczny,
  • przewidywać pogodę na podstawie obserwacji,

to ta książka jest właśnie dla Ciebie.

Bear Grylls „Szkoła Przetrwania. Kultowy poradnik survivalowy”

Bartosz Romelczyk

Nie bądź sztywniak!

Czy zastanawialiście się, co będzie dziać się z waszym ciałem po śmierci? Ja nie do końca, oczywiście do czasu przeczytania książki pt. „Sztywniak” amerykańskiej dziennikarki Mary Roach, która w sposób naukowy jak i zabawowy sięga do trzewi każdego umarlaka.

„Sztywniak” to opowieść o ludzkich ciałach, które piszą swoją osobliwą historię po śmierci, to opowieść o superbohaterach, jak określa ich sama autorka, którzy w imię nauki poświęcają swoje ciała dla ludzkości. Po przeczytaniu tej pozycji perspektywa spokojnego gnicia w ziemi wydaje się najnudniejszą z istniejących możliwości, jak i marnotrawstwem tego, co możemy ofiarować: noga, ręka, czy organy do przeszczepu. Pozycję tę z całą pewnością można określić mianem popularno-naukowej, gdyż autorka sięga do wielu dzieł z dziedziny anatomii, eksperymentów medycznych czy periodyków amerykańskich czasopism. Sztywniak poprzez swój „luźny” język z całą pewnością skierowany jest do przeciętnego Kowalskiego, któremu wyjaśnia się, czym jest impaktor i po co się go stosuje uderzając nim nieboszczyka. Poprzez szereg porównań książka nie jest kolejną pozycją przeznaczoną dla znawców terminologii medycznej. Autorka porównuje skórę umarlaka do „luksusowego japońskiego papieru ryżowego” czy stosuje opisy ludzkiego mięsa, które „jak każde przechowywane w lodówce zaczyna wysychać”.

Mary Roach w dociekliwy sposób podaje czytelnikowi możliwości na funkcjonalne życie pozagrobowe – można je spędzić na stole chirurgów plastycznych, w pędzącym samochodzie, zostać zabalsamowanym, stać się kompostem, zostać splastynowanym i postawionym w muzeum w pozie gracza w tenisa, możemy sobie zgnić na świeżym powietrzu. Istnieje milion pomysłów na wykorzystanie ludzkiego ciała pośmiertnie włącznie z przeszczepem tkanek.

W poszukiwaniu rzetelnych informacji do swojej książki Mary Roach spotyka się z ludźmi parającymi się tą „brudną robotą”, jako naoczny świadek przygląda się zwłokom swobodnie  gnijącym pod otwartym niebem w zagajniku zaadoptowanym przez naukowców Kliniki Medycznej Uniwersytetu Tennessee, jest świadkiem operacji plastycznych na głowach odciętych od zbędnej reszty, przygląda się pracy przy balsamowaniu zwłok, odwiedza krematoria czy spotyka się z ekspertem balistycznym policji w Los Angeles Duncanem McPherson’em, dowiadując się, że w wojsku najważniejsza sprawa to zimna krew, to też nieboszczykom nietrudno się tam dostać. Roach opisuje to, co widzi, jak również swoje odczucia w stosunku do niejednokrotnie nieznośnych widoków czy zapachów.

„Sztywniak” to również poruszanie niektórych ciekawostek i herezji, mianowicie, czy umarły pierdzi, ile waży ludzka głowa, czy po jej odcięciu mamy jeszcze świadomość, ile waży ludzka dusza oraz gdzie się znajduje? Jak smakują miodowe cukierki zrobione z ludzkiego ciała? Dlaczego po strzale człowiek od razu pada na ziemię? Oraz jakie przysmaki może zgotować nam Chińczyk ze zmiksowanej macicy. Odrażające? Kontrowersyjne, bulwersujące? Ja bym powiedział po prostu ciekawe. Reasumując, autorka poprzez użycie pierwszoosobowej narracji reporterskiej, trochę felietonistycznej, napisała dzieło, które pomimo mrocznego tematu przeplatanego z trafionym humorem wciąga niemiłosiernie. Jest to opowieść o wyczynach zwłok ukazująca coś, co spotka nas wszystkich i o czym tak prawdę mówiąc nie myślimy, bo i po co? Kiedy już nas to nie będzie obchodzić. Pozostaje pytanie, czy postawiony przez autorkę cel, aby zaznajomić czytelnika z utylitarnością płynącej z przekazywania swojego martwego ciała na cele naukowe został osiągnięty. Na to i wiele innych nurtujących pytań odpowiedź powinna przynieść lektura „Sztywniaka” Mary Roach, którą serdecznie polecam.*

* czytać na długo przed obiadem, aby nie pozbawić się dobrego smaku.

Mary Roach „Sztywniak”

Bartosz Romelczyk

Łubu dubu, czyli Bareja od zaplecza

Powyższą pozycję wydawniczą pióra Macieja Replewicza można swobodnie określać encyklopedią życia i twórczości Stanisława Barei, okraszoną wspomnieniami Stanisława Tyma, Jacka Fedorowicza, Andrzeja Wajdy, Janusza Morgensterna, Jana Kobuszewskiego, rodziny i najbliższych znajomych czy współpracowników.  Po latach niepamięci i krytyki twórczości Barei przez komunistyczny reżim, jak i innych reżyserów kpiących z niskiego tonu komedii nad ich zaangażowanymi ideologicznie filmami, nadszedł czas na rehabilitację Barei – akt zadośćuczynienia człowiekowi, który walczył z systemem okresu komunizmu za pomocą filmów ukazujących w skondensowanej formie absurdy ówczesnego systemu, bawiąc i skłaniając do refleksji tym samym.

Warto wspomnieć, iż okres dla produkcji komedii nie był łatwy, gdyż cenzura, którą zresztą Bareja zręcznie omijał, nie pozostawiała na filmie suchej nitki, każąc wycinać scenę po scenie. Po tym zabiegu, posługując się słowami reżysera, pozostawały same kadłubki.

Reżyser takich kultowych produkcji jak „Miś”, „Brunet wieczorową porą”, czy chociażby „Alternatywy 4” czerpał swoje pomysły wprost z codziennego życia, okres był na tyle sprzyjający i obfitujący w absurdy systemu, iż wystarczył zmysł wprawnego obserwatora, aby w jednym ujęciu zawrzeć obraz Polski lat 80-tych. Większość produkcji Stanisława Barei określa się dzisiaj dokumentami epoki PRL-u. Całkiem słusznie, gdyż pokazują rzeczywistość tamtych czasów w myśl „prawda czasu, prawda ekranu”, w krzywym zwierciadle oczywiście, jednak nie bardzo odbiegających od tego, co widział reżyser na co dzień w kolejce po papier toaletowy czy czekając na przydział mieszkania.

Z pozycji wydawniczej Replewicza dowiemy się między innymi, jak to 15-letni S. Bareja chciał walczyć w Powstaniu Warszawskim, dlaczego praca dyplomowa pt. „Gorejące Czapki” nie została obroniona, jakich forteli używał twórca „Bruneta wieczorową porą”, aby omijać wszechobecną cenzurę, dlaczego Kasia Bareja zagrała epizodyczną rolę w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Dowiemy się także jak mogły wyglądać filmy, których nigdy nie zrealizował.

Prześledzimy drogę zawodową reżysera począwszy od szkoły filmowej w Łodzi po pierwsze epizodyczne role, obronę pracy dyplomowej debiutem pt. „Mąż swojej żony”, czy działalności konspiracyjnej, zobaczymy także kilkadziesiąt niepublikowanych zdjęć z planów zdjęciowych czy prywatnego albumu rodzinnego.

Bareja wyprzedził kinematografię o jakieś 10 lat, stosując najazdy i ujęcia niestosowane poprzednio, często oceniane przez krytyków za płaskie i niedopracowane. Pracując początkowo na sprzęcie z 1939 roku, posiadał niewymiernie mniejszy budżet aniżeli inni reżyserzy kina zaangażowanego politycznie. Dziś wiadomo, że reżyser odniósł swój sukces właśnie dzięki swojej innowacyjności, uporowi oraz nieocenionemu poczuciu humoru.

Niewiele osób wie, że Bareja wniósł swój wkład w opozycję Solidarności, drukując na, przemyconej wcześniej z Wiednia na dachu malucha, maszynie poligraficznej. W domu Barei na Fitelberga w Warszawie, często przy otwartych drzwiach, powstawało nielegalne czasopismo „Nowa”, ośmieszające władzę ludową. Reżyser wychodził z założenia, że najciemniej jest pod latarnią, gdyż „żaden ubek się tym nie zainteresuje, bo mu przecież do łba nie wpadnie myśl, że konspirację najlepiej uprawiać przy otwartych drzwiach”. Teksty wraz z reżyserem do czasopisma tworzyli S. Tym, czy J. Fedorowicz wiele tym samym ryzykując, gdyż kara za nielegalne opozycyjne czasopisma sięgała nawet trzech lat więzienia.

Powieść biograficzna Replewicza odznacza się innowacyjnością – nie ma w niej rozdziałów, są ujęcia. To tak, jakby życie Stanisława Barei uznać jednym wielkim filmem, a jego za głównego bohatera. Poszczególne „ujęcia” obfitują w ciekawostki, bo komu z nas by przyszło do głowy, że w filmie „Miś” nieosiągalna whisky, jak na tamte czasy, to woda z colą? Albo, że tajniak w samolocie do Londynu, to kierownik produkcji? Wszystkie zmiany wynikały z faktu cięcia kosztów, z którymi musiano się uporać. Większość scen na londyńskim Heathrow zrealizowana była w warszawskim wieżowcu Intraco, a anons o poszukiwaniu sobowtóra R. Ochódzkiego to autentyczne ogłoszenie zamieszczone w „Życiu Warszawy”.

„Król krzywego zwierciadła” to opowieść o człowieku, który nie uległ komunistycznej głupawce, pozostając sobą do samego końca. Bronił tym samym swoich przekonań, wykpiwając cynizm oraz ignorancję władzy, którą nazywał „kłamczuszki”. Jest to z pewnością pozycja, którą musi przeczytać każdy miłośnik filmów Barei.

Maciej Replewicz „Król krzywego zwierciadła”

Bartosz Romelczyk

ONE LOVE wg Zbychowca

Minęła kolejna, szósta edycja One Love Sound Fest. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony, wręcz szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu. Wybawiłem się za wszystkie czasy w rytmach muzyki, którą kocham, ponadto spotkałem się ze znajomymi i ogólnie miło spędziłem ten czas.

Zanim jednak zacznę zachwalać zespoły, które zaprezentowały całkiem przyzwoity poziom, polecą gromy na organizatorów, czyli Planetę Młodych. Przede wszystkim ceny piwa i wszelkich innych napojów w środku były skandalicznie wysokie (6 zł za małą buteleczkę wody to skandal!); 9 zł kosztował LECH w puszce, 8 zł lany (czyli wodny roztwór piwa). Na dodatek połowę stanowisk na korytarzu zajmowała firma propagująca palenie papierosów (z „freedom” w nazwie, szczyt hipokryzji). W czasie trwania festu nie można też było wyjść na zewnątrz, więc każdy, kto czuł potrzebę jedzenia czy picia był skazany na narzucone absurdalne ceny. Mimo wszystko w porównaniu do poprzednich lat jest coraz lepiej. Wreszcie występy trzymały się line-upu, koncerty zapowiadała kompetentna osoba (Silverdread z Love Sen-C Music), no i przede wszystkim wszyscy artyści wystąpili (pierwszy raz od 3 lat!)!
Poniżej opiszę jakie wrażenie zrobili na mnie poszczególni wykonawcy.

NDK – nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału, jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni. Nie można też powiedzieć, że nie umieją chłopaki śpiewać. Jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, po prostu o niczym. Nie wspomnę już, że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też na las machających rąk popatrzyłem sobie przez chwilę z trybun. Taki tam hip-hopowy koncert w rytmach Jamajki…

Szybko odechciało mi się słuchać tej ekipy, toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.

Niezbyt podobało mi się na sound systemach. Było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, a w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu gdy widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich. Na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.

Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na kapelę z USA – Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, których szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu; nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych. Poza tym głos Harrisona Stafforda – wokalisty zespołu jest, moim zdaniem, sam w sobie fenomenalny.

Następnym artystą, który zaprezentował się na scenie, był Dellé – członek zespołu Seeed. Wykonawca zrobił na swoim koncercie prawdziwe show! Przede wszystkim rzucało się w oczy, że wszyscy muzycy łącznie z wokalistą  ubrani  zostali w tym samym stylu – eleganckim, ale nie sztywnym. Sekcja dęta, składająca się z puzonisty i puzonistki, nadawała wykonywanym utworom nie tylko świetne brzmienie, ale także wprowadzała elementy choreograficzne, które sprzyjały loversowo-dancehallowym klimatom kawałków tego artysty. Ogólnie oceniam ten koncert jako bardzo dobry.

Gdy Dellé zszedł ze sceny, przyszła pora na gwóźdź programu – legendarną grupę The Congos z Jamajki. Na nich czekałem najbardziej i od pierwszego dźwięku wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie. Na początku zagrali intro –  krótki mix riddimów zespołu. Pozwoliło to rozbujać publikę. Następnie wkroczyli czterej wokaliści grupy: Watty Burnett, Roydel Johnson, Cedric Myton oraz Kenroy Ffyffe. Tak! Czterech facetów po 60-ce śpiewających na głosy, poruszających się po scenie tak jakby wiek nie miał najmniejszego znaczenia. Zespół wykonał większość swoich hitów, a także kilka nowych, nieznanych mi piosenek. Biła od nich niesamowicie pozytywna energia. Nie zabrakło, oczywiście, najbardziej znanego kawałka Congosów: Fishermana, wykonanego na końcu koncertu.

Jako ostatni na dużej scenie występował Ras Luta. Postanowiłem obejrzeć chociaż fragment koncertu, bo przymierzam się do zrecenzowania jego nowej płyty. Ogólnie rzecz biorąc, występ nie najgorszy. Luta miał całkiem niezły kontakt z publiką. Zgromadził pod sceną dość pokaźną ilość fanów (zwłaszcza, że zaczął występ koło 3:00), chociaż śmieszne były jego teksty ( „Ej moi ludzie…”) mające przyciągnąć tłumy.

Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest. Przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy, podśpiewując do tego. Niestety, musieliśmy już się zbierać, choć słyszałem, że długo nie pograł.
Podsumowując, One Love nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy ściągnięte na niego w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też się na nim pojawię.

One Love Sound Fest 2009, Wrocław

Zbyszek „Zbychowiec” Ostrowski

Are you lucky?

Delikatne dźwięki fletu, zdające się rozpływać wśród zielonych, szkockich łąk otwierają najnowsze dzieło Marka Knopflera, zatytułowane „Get Lucky”. Błogą sielankę przerywa po chwili niepewności mocna, pulsująca sekcja rytmiczna, dając nam do zrozumienia, że różnie to ze szczęściem bywa…

Knopfler to muzyk ponadczasowy. Potrafi połączyć w jedną piękną całość folkowe rytmy, bluesowe zagrywki na swoim czerwonym stratocasterze i rockowy pazur. Nie można jednak oczekiwać, że płyta wypełniona będzie popisami wirtuoza, o nie! Muzyczna dojrzałość sprawia, że sześć strun Marka bardzo nieśmiało, jedynie od czasu do czasu zabrzmi nieco wyraźniej, jakby w strachu przed zburzeniem harmonii. Z upływem czasu płyty Knopflera są coraz bardziej oderwane od muzycznej współczesności. I bardzo dobrze! Artysta nie waha się połączyć melancholijnej muzyki filmowej z brytyjskim skocznym folkiem, a całość okrasić solówką, jakże subtelną, bez zbędnych „szesnastek”, wypowiadającą to, czego słowa nie są w stanie.

Nie sposób nie dać się porwać tej muzyce. Jak zawsze ukryte są w niej niezwykłe historie. Nieco zachrypnięty, charyzmatyczny głos roztacza opowieści o postaciach z dzieciństwa, które to całkiem niespodziewanie napotkały na swej drodze „łut szczęścia”, bądź starając się szczęście złapać, nigdy nie cieszyły się życiem. Błędem byłoby jednak odbieranie tekstów Knopflera wprost. Niech każdy znajdzie tu coś dla siebie, bo album, choć na pewno nie najwybitniejszy w twórczości gitarzysty, może poszczycić się stuprocentową zawartością muzyki.

Mark Knopfler „Get Lucky”

Paweł Maleńczak