Archiwa tagu: alternatywa

Dorastanie z Myslovitz

Trudniej niż zawsze wgryźć się w nowy album Myslovitz, ale więcej w tym przyjemności, niż cierpiętnictwa.

Z Myslovitz mam trochę, jak z serialem „Cudowne lata” – dorastam z nim i na każdym kolejnym etapie bieżące propozycje zespołu trafiają w jakieś moje przemyślenia i pytania, dodając kolor do szerokiej palety smutków. „Nieważne jak wysoko jesteśmy” nie przekonuje mnie już tak, jak poprzednie, ale wciąż jakoś masochistycznie cieszy jego słuchanie. Fakt, że zespół stawia wymagania słuchaczowi większe niż inni jest zarówno wadą, jak i zaletą. To jednak wciąż świetna dawka alternatywnego, ambitnego grania.

Co ciekawe, każda płyta Myslovitz jest inna, tematycznie, muzycznie i stylistycznie, a jednak zawsze po pierwszych dźwiękach można poznać, że to właśnie oni. Tutaj też tak jest, choć więcej miejsca dla psychodelicznych, trudnych dźwięków, nawet w promującej i najbardziej przystępnej piosence „Ukryte”. Za to otwierająca „Skaza” i zamykający „Blog Filatelistów Polskich”, to prawdziwe perełki, ciągnące się, przytłaczające, dla których głos i maniera śpiewania Artura Rojka są wręcz wymarzone (choć to dwa różne style). Bardzo dobry jest radioheadowy „Przypadek Hermana Rotha” i, już mocno myslovitzowe, „21 gramów”. Dla równowagi jest utwór „Ofiary Zapaści Teatru Telewizji”, sztucznie punkowy i zupełnie z innej bajki oraz trochę puste, wspomniane już „Ukryte”. No właśnie, płyta jest bardziej nierówna jakościowo niż poprzednie, ale w miarę spójna koncepcyjnie, właściwie najlepsza po brzegach ze słabszym środkiem. To i tak lepiej, niżby miała być, jak wiele, dobra jedynie na początku, po którym wciska się Stop. Tekstowo też bywa lepiej i gorzej, nie do końca mnie te słowa przekonują, ale klimat tworzą.

Cieszy mnie, że po pięciu latach milczenia górnośląski zespół potrafi powrócić w tak zaskakującym stylu, choć – przyznaję – nie należałem do tych, którzy w napięciu czekali na ich nowy album. Stworzyli mało medialną płytę, nie uginając się przed oczekiwaniami fanów czy krytyków i idąc po prostu swoją drogą. W końcu „nie ważne, jak wysoko jesteśmy…”, spaść można zawsze, jak rozkwaszony na ziemi rowerzysta z okładki, trzeba wciąż szukać, iść naprzód. I nawet jeśli nie jest to najlepsza propozycja w ich dorobku, jeśli nie zachwycam się nią, jak dawniejszymi, jeśli trafi do znacznie mniejszej liczby słuchaczy, wciąż dowodzi, że Myslovitz to bardzo istotny element sceny muzycznej i jeszcze może nas wiele razy wszystkich zaskoczyć. Na razie pozostaje słuchać solidnego albumu i czekać na drugą część z 18 piosenek, które zespół nagrał. Bo, pomijając wszelkie minusy, po prostu lubię tę płytę.

Myslovitz „Nieważne, jak wysoko jesteśmy…”

Kuba Knoll

Domknięty nawias

To wielkie niedopatrzenie z mojej strony, że ja – ongiś miłośnik formacji Creed, przegapiłem ich nowy album i to po reaktywacji! A takie powroty potrafią być naprawdę miłe.

Zawsze podobało mi się autentyczne przejęcie wyśpiewywanymi przez Scotta Stappa treściami, lubiłem brudne, rockowe granie, ba! nawet nachalną pompatyczność niemal każdej piosenki, która stanowiła swoistą stylistykę grupy.

A co dostajemy na Full Cirle? Wciąż świetny, mocny głos Stappa i jego amerykański, niedbały, kluskowaty akcent (zwłaszcza słychać to w Suddenly, które brzmi dziwnie brytyjsko). Dużo nastrojowych rockowych ballad, ale i na szczęście także porządnego, mocnego grania, które czasem przywodzi na myśl dokonania chociażby Comy.

Muzycy mają teraz pod czterdziestkę, ale choć wcale nie tak dużo czasu minęło od rozpadu w 2004 roku, wyglądają na bardziej doświadczonych, jakby bardziej melancholijnych (zwłaszcza widać to na nagraniach akustycznych dla Iheartradio), ale i mocniej stąpający po ziemi. Takich rockmanów z rodzinami i obowiązkami. Stapp śpiewa zresztą: Nie jestem tym samym człowiekiem, którym byłem. / Zmieniłem się. Bo i faktycznie, mają za sobą już solowe projekty, kłótnie, rozpad, a teraz powracają z kolejną dobrą płytą, która nie powiela poprzednich, ale i nawiązuje do stylu Creed. Najbliżej jej jednak do mrocznego klimatu pierwszej My Own Prison, może więc faktycznie Creed zatacza właśnie pełne koło.

Creed „Full Circle”

Kuba Knoll

„Prąd stały/Prąd zmienny” – Lao Che „topi utopię”?

Nowa płyta Lao Che jest wyjątkowo spięta – więcej w niej undergroundowego absurdu niż  paraliżującej warstwy muzycznej. O ile antyszantowy debiut lidera kapeli brzmi w tej eksperymentalnej konwencji świetnie, o tyle w wydaniu Lao Che taki surrealizm tekstów budzi mieszane uczucia.

Ma się wrażenie, że to inteligentne dziwactwo werbalno-dźwiękowe sięgnęło zenitu, a rzeka metafor wylewa się już z brzegów, co grozi potopem, a w dalszej kolejności hydropiekłowstąpieniem. Czy to oznacza, że poprzednia płyta była proroctwem?

Rzeczywiście bliżej nowemu krążkowi do piekła niż do aureoli świętości, ale przekaz jest trudniejszy i mniej kuszący jak na moce Lucyfera. Niezmiennie sporo na płycie abstrakcji, także muzycznej – wyraźnie słychać psychodeliczną elektronikę. Trudniej jednak o tzw. hit. Energią chwyta „Krzywousty”,  a dźwiękiem i tekstem skutecznie oddziałuje kawałek o przewrotnym tytule „Magistrze Pigularzu”. Z kolei „Czas” przypomina poprzednią płytę i pewnie dlatego przoduje na radiowych listach przebojów. W zasadzie każdy z utworów da się lubić i im dłużej płynie się z prądem, tym bardziej wnika się w ten alternatywny nurt.

Perełką – ciekawostką jest  kawałek „Sam O’Ttnosc” – nie dość, że metaforyczny i przyjemny dźwiękowo, to jeszcze satyrycznie mistyczny. Całość zamyka „Zima stulecia”, w której Spięty popowo bawi się wokalem. I na tym płyta się kończy, a „słońce zdycha”.

Myślę sobie, że świetnie brzmiałby ten krążek w wersji live, bo na koncerty nadaje się idealnie. Do słuchania w zaciszu własnego ogródka już trochę mniej, ale i tak trzyma poziom. Czarne kowboje polskiego undergroundu ostatecznie nie zawiedli.

Lao Che „PS/PZ”

Antena Krzyku/Open Sources 2010

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl

Disparates i przaśne „Fafaberie”

Co zawiera w sobie Disparates? Życiową niepowagę i beztroskę, ale też intelektualną rozpustę, werbalne rozpasanie i soczyście dźwiękową biesiadę. Okazuje się, że hiszpańskiego pochodzenia disparates (wygłupy) sprawdzają się świetnie na polskim gruncie, naznaczonym energetyzującym folkiem, zakrapianym instrumentalną whisky i przepalonym aromatycznym haszykiem.

„Fafaberie” to debiutancki krążek Disparates – paraklezmerskiego, toruńskiego bandu pod batutą wagabundy – Bartłomieja Kulika. Owocem duchowej schizofrenii tego hedonistycznego dyrygenta jest bardzo bogata warstwa tekstylna – osobne historyjki zabierają do europejskich mordowni i wyuzdanych knajpek, sprowadzając na dno cielesnej rozpusty, by posmakować życia w jego epikurejskich przejawach. Biesiadne dźwięki burzą krew młodego bytu spragnionego pełni doznań i degustacji ziemskich atrybutów mydlących zmysły fatamorganą chwilowej szczęśliwości.

Słuchać tej płyty to obcować w ciemnej, zadymionej zakapiorce, z kobietami – kusicielkami w poszarpanych pończochach, z kolejką wódko-winno-chmielnych degeneratów, przy brudnym tangu wydobywającym się z przaśnego akordeonu i eterycznej trąbki. Tyle o doznaniach towarzyszących odtwarzaniu płyty.

Zaplecze muzyczne Disparates jest podenergetyzowane tak samo jak teksty obieżyświata Kulika. Akordeonowi i trąbce towarzyszą waltornia, perkusja, kontrabas i gitara – trudno o lepsze tło dla hedonistycznych opowiastek o przybrukowych dokonaniach nieświętych tego świata.

A po co nam takie muzyczne wygłupy? Dosadną pointą jest deklaracja samego Bartłomieja Kulika: „ambicją mą nie spektakl – lecz zabawa piórem w sercu mego piekła” – takiej, trochę szatańskiej, dźwiękowej marynaty po tej płycie się spodziewajcie.

Disparates „Fafaberie”

Lou&Rocked Boys, Rockers Publishing

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl