Archiwa tagu: Andrzej Stasiuk

Na mě nezapomeň a žij

Ostatnie słowa piosenki Jaromira Nohavicy „Zítra ráno v pět” wydają mi się idealnym podsumowaniem przesłania, jaki bije z „Wina truskawkowego” na podstawie stasiukowej prozy. A czemu, to już trzeba się samemu przekonać.

Tu nie ma pijaczkowych mądrości w stylu „Rancza”, bliżej temu filmowi do serialu „Złote łany” (o, jakbym go obejrzał znów!) z całym okrucieństwem wsi. Bliżej tej galicyjskiej wiosce do Rumunii rodem z książki Michała Kruszony. To wieś ze świniobiciem, długimi rozmowami przy wódce i tanim winie, codziennością ciężką i prostą, potrzebami przyziemnymi (choć nie tylko). Z mądrością przodków – nie zawsze taką mądrą lecz pierwotną. Tu wszystko jest proste, choć tak naprawdę proste w pełni nie jest. Jasne, chociaż niejasne.

Mała wieś położona niedaleko Dukli (okolice Krosna) staje się tu więc pewną metaforą ucieczki. Przed światem, przed pracą za biurkiem, przed wspomnieniami, a w kierunku nowego życia. Nie jest to jednak, na całe szczęście, metafora czysto bajkowa, bo choć film wyraźnie nawiązuje do stylistyki realizmu magicznego, twórczość Andrzeja Stasiuka (film postał na podstawie jego „Opowieści Galicyjskich”) nie omijała brutalności, zawiłych relacji międzyludzkich, czy tragizmu wpisanego w każde ludzie istnienie. Dzięki temu „Wino truskawkowe” nie stało się bajką, sielanką tyleż przyjemną, co nieprawdziwą.

Warto też nadmienić, że i aktorzy grają to zwyczajnie, naturalnie i nie „menelarsko”, jak to często bywa w filmach o wsi (przede wszystkim wart uwagi jest tu odkryty na nowo Marian Dziędziel). Galeria różnych, barwnych postaci nie jest skrojona pod publikę, a główny bohater, ze swoim stoickim milczeniem przywodzi trochę na myśl cichych obserwatorów Kim Ki-Duka (choć ten jednak coś mówi). O dziwo wyszedł tu nawet dubbing zastosowany w filmie – owego bohatera gra bowiem czeski aktor Jiří Macháček, któremu głosu użycza Wojciech Malajkat, a głos to przecież bardzo radiowy, cichy i opanowany.

No i co? Polacy jednak potrafią filmy robić i to swoje, nie odgapiane, co? A czemu słowa z tytułu oddają film, to już trzeba się samemu przekonać.

„Wino truskawkowe”, reż. Dariusz Jabłoński

Kuba Knoll

Pieśń o podpierdoleniu Opla

Noc

„Noc” Andrzeja Stasiuka, to mała książeczka, ale o współczesnych stosunkach polsko-niemieckich mówi trafniej niż wiele opracowań historycznych.

Autor napisał ją na zamówienie teatru Düsseldorfer Schauspielhaus, jednak bynajmniej nie jest to żadna szkolna rozprawka „na temat”, ale wartki, oryginalny dramat pełen jarmarcznego humoru i absurdu. Oto bowiem mamy dwie postacie, Polaka i Niemca, którzy najpierw próbują się zabić, a potem serce pierwszego zostaje przeszczepione drugiemu. A, że jest to serce słowiańskie, to nie jest zwykłym mięśniem pompującym krew, więc wszystko zaczyna się komplikować, a duchy mają pełne prawo do istnienia jak ludzie. Dodatkowo jeszcze w przerwach – pewnego rodzaju stasimonach – pojawia się chór, to złożony z mężczyzn, to z kobiet, który potoczystym, codziennym – nie pozbawionym wulgaryzmów – językiem komentuje zarówno akcję, jak i ogólnie konflikt między Zachodem a Wschodem. Szczególne wrażenie robi tu stwierdzenie, że Wschód z Zachodu bierze samochody (wszak usilnie chce się do „starszego brata” upodobnić, co wychodzi raczej karykaturalnie, o czym autor pisał już w „Fado”), natomiast Zachód ze Wschodu sprowadza organy do przeszczepów, ponieważ cóż wart samochód bez zdrowia.

Trudno czyta się ten dziwny dramat, bez szczegółowo określonego podziału na role, o której autor pisze, że „wszystko, co jest napisane – poza tytułami – ma być wypowiedziane, wszystko jest tekstem”. Kiedy się jednak czytelnik przyzwyczai do swoistego rytmu, onirycznego nastroju „Nocy”, gdzie patos miesza się z codziennością, niczym w „Weselu” Wyspiańskiego, będzie nie tylko potrafił docenić to małe dzieło, ale również przyniesie mu wiele radości, o wybuchach śmiechu nie wspominając. Już sam podtytuł „słowiańsko-germańska tragifarsa medyczna” sugeruje, że nie wszystko jest tu traktowane serio. Albo może: serio, ale z charakterystycznym słowiańskim poczuciem ironii dziejów, szatańskim śmiechem losu, który z nas drwi i nie pozostaje nic innego, jak śmiać się razem z nim.

Stasiukowa „Noc” idealnie spełnia swoją rolę – oddania stosunków polsko-niemieckich. Przypomina starożytny teatr, ale nie ten z Dionizji, prędzej plebejską komedię Małych Dionizji. Stworzoną dla prostych ludzi, o ich zwykłych problemach, braku pieniędzy, konieczności kradzenia samochodów, chęci oderwania się od „Ruskich”, ale i zazdroszczeniu im ich majątków, wzajemnym niezrozumieniu i niechęci narodów, wynikającym także z braku wiedzy. Być może nie zmieni nic ani książka, ani – wyreżyserowana w Niemczech przez świetnego Mikołaja Grabowskiego – sztuka, ale na pewno zaintryguje. A to pierwszy krok do wspólnego zaciekawienia, a może i kiedyś pogodzenia dwóch tak różnych narodów.

Andrzej Stasiuk „Noc”

Kuba Knoll

Na wschód od Zachodu

Fado

Choć może nie zawsze chwalony i nie zawsze w pełnej formie, to jednak Andrzej Stasiuk pozostaje dziś ważną personą – ambasadorem wsi nie tyle polskiej, co karpackiej, krzewicielem dawnych, prawdziwych wartości Europy Środkowej.

„Fado” – zbiór mini reportaży, czy też wspomnień autora, stanowi doskonały tego przykład. Co więc tu mamy? Małą Czarnogórę, ledwo oddzieloną po rozpadzie Jugosławii, która walcząc o niezależność od Serbii wprowadza walutę Euro nie będąc nawet w Unii Europejskiej. Jest i północ Albanii, do której południowcy boją się jeździć, a która dostarcza prądu reszcie kraju, a gdzie pomiędzy elektrowniami wodnymi przechadzają się krowy, a przez elegancki rynek sunie w czasie dożynek człowiek z kosą. Słowacja, która z obecnym przyrostem naturalnym może za kilka lat w ciało obrócić ideę państwa cygańskiego. Portugalskie fado, które wydobywa się z jakiegoś zdezelowanego albańskiego samochodu gdzieś na prowincji. Mołdawia, której główny dochód stanowi sprzedaż organów… ludzkich.

Mowa w książce o krajach byłego bloku wschodniego, gdzie wciąż przeszłość i teraźniejszość istnieją równolegle. Krajach z krwawą, bolesną historią, codziennością pełną bliskości natury. Wschód jawi się tu jako karykatura i krzywe zwierciadło Zachodu, goniąc go i próbując naśladować. Wciąż jest jednak pełen ludzi, którzy potrafią się w tym świecie odnaleźć, bo mają korzenie i są ich świadomi. Podkreśla to wyraźnie obecność Cyganów, którzy od prawie 700 lat wędrując już po Europie wciąż w większości zadowalają się swoją kulturą, a nie przejmując asymilacją, ujednoliceniem, stworzeniem jednej rasy – Europejczyków. Dlatego to ich kultura wciąż inspiruje, jest „jakaś”, nie nijaka. To wszystko powoduje, że Stasiuk jednak środkowoeuropejczyków woli od rozwiniętych, bogatych państwa Europy Zachodniej. Ze smutkiem obserwuje jednak wypieranie spokojnego wczoraj przez krzykliwe dziś. Można to uznać za postawę staroświecką i niepostępową, ale myślę, że to po prostu melancholia za dawnymi, lepszymi czasami.

„Podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie.”

Tak pisze autor i w pewien sposób czytając „Fado” można choć trochę wczuć się w życie ludzi, którzy tak blisko nas żyją, a których tak mało znamy. A wszak nasi, Słowianie to!

Świat Karpat jest u Stasiuka niemal baśniowy, trochę surrealistyczny. W Rumunii zaraz obok pięknych architektonicznych zdobień stoi… sracz. Podobnie jest z tą książką, jest tu wszystko, od opisu wypraw, historię, poprzez przemyślenia natury społecznej, aż do wspomnienia Polskiego Papieża. Trochę się więc czyta książkę z trudem, gubiąc się często o co właściwie autorowi chodzi. Ten jednak śpieszy z usprawiedliwieniem:

„Z tego składa się życie, gdy próbujemy je sobie wyobrazić jako pewną całość – z oderwanych fragmentów, które zapadły w pamięć. Nie spaja ich żadna logika, żaden sens, poza tym, że przydarzyły się właśnie mnie.”

Zdecydowanie warto więc „Fado” przeczytać i poznać te fragmenty życia niedzisiejszego pisarza. Nie jako całość, ale zbiór osobnych tekstów. Po jednym na dzień.

Andrzej Stasiuk „Fado”
Kuba Knoll