Archiwa tagu: blues

Analogowa muzyka incarNations

Recenzja będzie nieobiektywna. Wszystko co stworzy Maja Kleszcz z marszu lubię, ale trzeba jej jednak przyznać, że wraz z przyjaciółmi i mężem porusza się po bocznych uliczkach wokół głównego muzycznego nurtu z prawdziwą klasą.

Tytuł płyty „Radio Retro” to ostrzeżenie. Wszystko, co tu usłyszycie jest staroświeckie i nieprzystające do współczesnych realiów. Dodatkowo, jak w radiu, pełna różnorodność – od leniwych dansingów (świetna wersja „Daj mi tę noc” brzmi jak na weselu o 4 nad ranem, gdy garstka skacowanych gości lekko kołysze się na parkiecie), przez swing („Wielkie jest czekanie”, które podnosi z krzeseł, sprawiając, że chce się pstrykać palcami, nawet jeśli się nie umie), soul, jazz, blues, reggae czy w końcu folk. A wszystko to spaja w jedno charyzmatyczny głos Mai, przywodzący na myśl ten dawny, magnetyzujący sposób, w jaki śpiewały prawdziwe diwy, z lekka zblazowany, ochrypły i znudzony, której jednak słuchamy z przejęciem. Głos śpiewaczki, która niczego nie musi, a już zwłaszcza udowadniać swojego talentu. Dodam jeszcze, że cały materiał nagrywany był „na raz”, a więc zespół w studiu po prostu się zebrał i zagrał w starym stylu, a i solówek sobie nie oszczędzał. Instrumentarium także zachęca: gitara, skrzypce, kontrabas, organy Hammonda, perkusja, fortepian, klarnet, saksofon. Bogato i tradycyjnie.

Bardzo ciekawa to odmiana po dotychczasowych dokonaniach Mai Kleszcz i Wojtka Krzaka, którzy grali i grają nadal w Kapeli ze wsi Warszawa. Ich wspólny projekt incarNations był zresztą odpowiedzialny już za ostatni album Kapeli „Infinity”, łącząc wiele wpływów folku z całego świata. Tu jest podobnie, idea się więc nie zmienia, zmieniają się natomiast inspiracje i korzenie, do których artyści sięgają, tu przeważa blues. A zespół, którego płyty są niespodziewane, ma plusa już na samym wstępie.

Gdy otworzyłem nowiutką, świeżutką płytę zaraz rzucił mi się w oczy wstęp Wojtka Krzaka, męża Mai, drugiej połówki projektu incarNations: „W czasach wszechobecnej cyfryzacji i digitalizacji zakup fizycznie namacalnego nośnika jest nie lada wyczynem, za co chylimy czoła i ściskamy dłoń.” Od razu zrobiło się miło. Zachęcam więc, bądźcie też takimi niedzisiejszymi typami, cieszcie się tą muzyką nieśpieszną i pełną bluesa. Myślę, że nie pożałujecie.

incarNations „Radio Retro”

Jakub Knoll

Czysta dawka brudnego rocka

Słuchanie drugiej płyty The Dead Weather, to jak przebywanie na nieznanym terenie w samym środku porządnego rockowego sabatu.

Już nie jest tak przebojowo, jak na pierwszym „Horehound”, za to klimat jest o wiele bardziej zawiesisty i ciężki. A jednak trudno się recenzentowi nie kołysać, a właściwie ruszać po całym krześle, przy jej słuchaniu. Muzyka „martwej pogody” znów przypomina mi tu dziwny, niezrozumiały nastrój jarmuschowego „Truposza”, jakże jednak żywszy od nastrojowej oryginalnej ścieżki dźwiękowej Neila Younga – różne ścieżki prowadzą do tych samych miejsc. Klimat to zdecydowanie to, co drużyna lidera The White Stripes robić potrafi.

Są tu szaleńcze krzyki Jacka White’a (czasem przyprawiają o gęsią skórkę, zwłaszcza chory śmiech z „I’m Mad”) i charakterystyczne przestery, psychodeliczne i dodające patosu organy Hammonda, skrzeczący, zadziorny głos Alison Mosshart z The Kills, za którym można pójść do piekieł. Do tego jeszcze bas Jacka Lawrence z The Racounters i gitary Deana Fertita (Queen of the Stone Ages). Super grupa, która nie spoczywa na laurach i nie odcina kuponów, tworząc czysty “brudny” rock’n’roll, dodatkowo wzmacniany ogólnym wizerunkiem grupy i świetnym teledyskiem. Wszystko sprawia, że mroczna pogoda za oknem staje się jeszcze bardziej posępna i nie daj, by się miało rozpogodzić!

Nowość na „Sea of Cowards”, to elektronika. Swoją drogą, czy teraz wszyscy muszą po nią sięgać? Jeśli robią to jednak w takim stylu jak The Dead Weather, czy choćby ostatnio Lao Che, to niech czynią to nadal, daję błogosławieństwo. Zwłaszcza ten klimat z „The Difference Between Us” rodem ze współczesnej ścieżki dźwiękowej do filmu s-f z lat ’40. Może i jednak zespół niewiele wprowadza albumem nowego, tworząc nieco jednolite utwory, ale czy koniecznie trzeba na siłę zmieniać to, co dobre?

Po świetnym koncercie The White Stripes, „Sea of Cowards”, to kolejna płyta, która dowodzi, że świat bez Jacka White’a byłby „tylko martwym naskórkiem dawnych wspomnień” o muzyce z krwi i kości. Mój współlokator, słysząc ją przez ścianę, powiedział, że nagrali ją chyba w wariatkowie podczas remontu. Nikt by tego lepiej nie ujął. Czysta słodycz słuchania.

The Dead Weather „Sea of Cowards”

Jakub Knoll

Etnicznymi wertepami po utracone wartości. DeVotchKa!

Kabaretowa biesiada w wielkim stylu. Właściwie tak można określić wokalno–dźwiękowe popisy DeVotchKi. Dynamizmem przypomina nieco Gogol Bordello, perfomance’ową stylistyką nawiązuje do Dresden Dolls, a doborem instrumentów i folkową swojskością skłania się ku Calexico. Czuć tu meksykańskich Mariachi, rumuńską cyganerię, amerykański blues, międzynarodową mieszkankę jazzu i indie-rocka. Na pewno jest to twórczość eksperymentalna, wykraczająca poza przyjęte konwenanse, stroniąca od monotonii, wykorzystująca esencję każdej z muzycznych tradycji, z których czerpie, a co najistotniejsze – niosąca przesłanie.

Nick Urata zaprasza na refleksyjną i dość poetycką wycieczkę po życiowych wartościach. Wyprawę inauguruje porywający taniec w „Basso Profundo”, odzwierciedlający materialistyczne pobudki ludzkości zatracającej się w fascynacji pieniądzem, ale wykazującej jeszcze przebłyski wrażliwości i krzyczącej z hiszpańką mocą „ No mas!”. Od tej deklaracji zaczyna się właściwa droga do oczyszczenia. Każdy kolejny utwór traktuje w zasadzie o tym samym, czyli potrzebie czystej, nieskażonej obojętnością miłości. Brzmi banalnie, ale czy nie o fundamenty człowieczeństwa tu się rozchodzi?

DeVotchKa pobudza duszę wielką energią dźwięków, nie smęci, nie narzeka, nie roztkliwia się nad kondycją cywilizacji. Raczej buntuje się przeciwko uzależnieniu od korporacyjnego upupiania, twardym regułom istnienia, szczurzej rywalizacji, nakłaniając do uczuciowej prostoty i pokory. Żonglując wstawkami sentymentalnego akordeonu, subtelnie płynących skrzypiec, gitarowych szarpnięć na zmianę z dynamiczną perkusją, rozbestwioną trąbką i strzelającą dźwiękami buzuki, prowadzi przez rozmaite stany czucia, od biesiadnego zawodzenia przez dzikie pląsy myśli i nóg, aż po wyciszenie i puentę doskonałą w „New World” – kawałku, który przywodzi na myśl niewinną, dziewiczą łąkę, porośniętą kwiatami ekscytującej nadziei i wewnętrznego spokoju. Po poruszającym smutku w „The Clockwise Witness”, desperackiej fieście w „Head Hondo” i genialnym instrumentalnie „Comrade Z” przychodzi czas na katharsis. Światło miłości czuć w kościach, a dusza w uniesieniu śpiewa codzienną mantrę: „La luz de cada dia, te siento conmigo!”.

DeVotchKa od początku okupuje przestrzenie undergroundu, ale zapotrzebowanie na muzykę tej kapeli rośnie, pewnie proporcjonalnie do ludzkiej potrzeby szczerości, przynajmniej w muzyce. Świadczy o tym choćby nominacja do nagrody Grammy za soundtrack do filmu „Little Miss Sunshine”. W zeszłym roku mogliśmy podziwiać ich energię na polskim Open’erze. Mam nadzieję, że jeszcze do nas wrócą. Aksjologicznych rewolucji nigdy dość!

DeVotchKa  „A Mad & Faithful Telling”

Magda Kotowska

Samo, ale nie samotne

Jeśli stawia się sobie samemu poprzeczkę tak wysoko, trudno jej czasem sprostać.

Zespół Wojciecha Waglewskiego jest jednak zjawiskiem osobnym, od 22 lat trzyma stały, bardzo dobry poziom z niewielkimi odchyleniami od poziomu dobrego po arcydzieło. Tym razem znów zaskoczyli publiczność, zamiast pójścia drogą poprzednich płyt nagranych z Orkiestrą „Auksto” i Małgorzatą Walewską („21”), Anną Marią Jopek i Urszulą Dudziak („Voo Voo z kobietami”), muzykami z Buriacji i Kaliningradu („Trójdźwięki”), czy współpracy z Martyną Jakubowicz („Tylko Dylan”), Waglewskiego z Marią Peszek („Miasto Mania”), czy połączonych sił Pospieszalskich („EMPE3”) nagrali teraz album bardzo prosty, sięgający w pewnym sensie korzeni rocka. Ale też zaskakiwanie jest już znakiem rozpoznawczym tej grupy.

Dużo w tej płycie rock’n’rolla, czasem mrocznego saksofonu Mateusza Pospieszalskiego, starego, dobrego bluesa („Barany”), też i rockowych ballad, ale głownie są to przyjemne, pozytywne dźwięki (nieraz może nieco nazbyt infantylne jak z „Płyty”), ale wszystko jest przemieszane z dużym wyczuciem, więc nie nuży. Brak mi tu tylko słynnego gardłowego śpiewu wspomnianego Pospieszalskiego, ale to jak zawsze będzie pewnie domeną trasy koncertowej.

Album jest w pełni zasługą czterech panów z Voo Voo, całą muzykę i słowa napisał Wojciech Waglewski. I jest w tych tekstach więcej goryczy, ale wyważonej, nie brakuje dystansu, ironii i zabaw słowem („Fajnych nie lubię, bo są niefajni (…) Cukier dość mało krzepi, a przy tym paskudnie się lepi”). Są także nawiązania do innej ważnej dla muzycznego świata osoby – Lecha Janerki („A mówił Lech, strzeż się tych miejsc”).

Podsumowując, jest to płyta człowieka, którego coraz więcej denerwuje na tym świecie, ale potrafi mówić o tym bez zgorzknienia, nie przesłaniając reszty zespołu i artyzmu całości. Warto mieć ją w swojej biblioteczce, jako kolejny dobry album Voo Voo.

Voo Voo „Samo Voo Voo”

Kuba Knoll

Wszystkie odcienie czerni

Ambiwalencja

Tak się już nie gra dziś. A jeśli, to w małych klubach dla garstki widzów. Odważny więc Mariusz Lubomski, który poszedł w kameralne granie awangardowej muzyki. Więcej nam takich osób!

Znów recenzja będzie nieprofesjonalna, bowiem zachwyca mnie album „Ambiwalencja” bez reszty i nie potrafię znaleźć w nim złych stron. Co rzadkie, nie nudzi jako całość, każda piosenka niesie z sobą inny ładunek emocjonalny, są tu ciekawe rozwiązania muzyczno-wokalne, mądre teksty, alternatywne podejście do tworzenia utworów. A najważniejsze jest to, że od początku i konsekwentnie do końca słychać własną drogę Lubomskiego, kota pośród polskich artystów, co utartymi ścieżkami nie chadza.

Tytuł recenzji nie odnosi się do jakiś mroków ciężkiego, metalowego grania, bynajmniej! Prędzej chodzi o klimat małej, zadymionej knajpy, z tradycyjnym muzycznym składzem, grających czysto, klarownie i awangardowo. Trochę kabaretowo, aktorsko, prześmiewczo i brechtowsko, jeszcze wyraźniej niż na poprzednich płytach. Ale wyśpiewane w albumie zostają zarówno wolniejsze, melancholijne ballady, jak i żywiołowe, jazzujące przeboje, wszystko jednak łączą odcienie czerni, połyskującej gdzieś na obrzeżach głównego nurtu. Ta płyta nie jest bowiem dla każdego, jest dla pewnej określonej grupy ludzi, którzy szukając „czegoś więcej” właśnie tu postanowili zatrzymać na się dłużej. Taka muzyka to dziś oznaka odwagi i dojrzałości, niewielu się na nią decyduje. Ostatnio Maria Peszek, czy Gaba Kulka.

I ten głos, ciągle zmieniający się, lawirujący w meandrach brzmień od tonów wysokich po dudniące basy. I ten „knajpiany” skład w starym stylu – kontrabas, gitara, perkusja i fortepian (nie zapominając o organach Hammonda, które uwielbiam) – do których dołączają trąbka, klarnet, wiolonczela, a nawet chórki. I te teksty, wciąż świetnego Sławomira Wolskiego (choć nie tylko jego). I to piękne numerowane wydanie limitowane, które kupić można jedynie przez Internet lub na koncertach (rodzina Knoll jest szczęśliwym posiadaczem podpisanego egzemplarza numer 1261) z prostymi, minimalistycznymi wręcz grafikami i ciekawym składem. I ten ruch sceniczny, którego co prawda na płycie nie widać (dlatego szczerze polecam koncerty), ale z łatwością wyobrazi go sobie ten, kto już raz widział oryginalny taniec Mariusza Lubomskiego.

Bez kszty ambiwalenci w głosie mogę w pełni świadom rzec: ta płyta jest doskonała! Na koniec jeszcze przypomnieć wypada pieśń Toma Waitsa, którą i Lubomski wykonywał kiedyś:

„I pociesza mnie tylko głupia myśl
Co proroctwem niestety może być
że gdy trafi świat atomowy szlak
ocaleje, no kto? Underground!”

Mariusz Lubomski „Ambiwalencja”

Kuba Knoll

Blues na Saharze

Nie umiem oderwać się od tej muzyki. Po zauroczeniu „Calabash Blues” – pierwszą płytą Jamesa, która wpadła mi w ręce, zostałam schwytana w pułapkę zachwytu nad kolejną i nie protestuję! Ezoterycznie jest zawiesić się w pajęczej sieci afro – bluesa i dać się uwieść egzotycznemu owijaniu w dźwiękową bawełnę.

Na tym krążku Markus James oddał pałeczkę kolegom z Afryki. Mniej tu amerykańskich naleciałości na rzecz akcentów saharyjskich klekoczących skwarem pustyni i to one dominują. Z Ameryki wyruszamy w duszne przestrzenie malijskiego Timbuktu – legendarnego miasta pożądania, do którego Europejczykowi udało się dostać dopiero w XIX wieku.

James wraca do ojczyzny czystego bluesa, by odkryć piaskowe zakątki pełne tajemnic, mistycznej energii i magii. Z gitarą imitującą gorączkę myśli i zdarzeń zabiera słuchacza w krainę ciemnoskórych czarodziejów, nastroju grozy, wyczerpania ciągnącą się podróżą i ciążącego spragnienia. Wszystko to ma jednak westernowy urok. Ta wyprawa ma cel, a wszelkie trudności z nią związane wydają się pożądane. Obcowanie z dzikością Natury i człowieka, fatamorganą, zasadzkami nieoswojonego z obcymi świata, pozostałościami po legendzie Timbuktu sprawia, że budzą się uśpione palącym słońcem zmysły, czekając bystro na nagły zwrot akcji.

Markus James łączy Afrykę Zachodnią i Missisipi, djembe z harmonijką, afrykański śpiew przywodzący na myśl podejrzane rytuały z południowoamerykańską wizją niebezpieczeństwa. Najlepiej czuć to chyba w kawałku „All The Kingdoms”, w którym te dwa królestwa bluesa współistnieją, a efekty ich fuzji są oszałamiające. Ta muzyka przenika ciało i powoduje dreszcze. Trudno wyplątać się z jej sieci. Ale po co?

Markus James „Timbuktoubab”

Magda Kotowska

Czarne korzenie bluesa

Przez długi czas tkwiła ta perełka w stosie zaległości do nadrobienia, aż wreszcie nadeszła odpowiednia chwila na jej odkrycie i wniknięcie w dzikie, pierwotne rejony egzotycznego bluesa.

Pył, pustkowia, tajemnicze kaniony, rwące rzeki, bezchmurne niebo, tumany kurzu i płynące w upale ociężałe powietrze kowbojskiej Ameryki to pierwszy krajobraz tworzony przez wyobraźnię po uruchomieniu płyty. Charakterystyczne szarpanie gitarowych strun przenosi w westernowe klimaty, a głos Jamesa, lekko tajemniczy, brudny i szepczący, buduje nastrój podekscytowania i budzącego się zewu przygody w poszukiwaniu muzycznego El Dorado. Na drodze do celu niespodziewanie pojawiają się afrykańskie brzmienia rodem z plemiennych tradycji malijskich Wassoulou, które czarują słuchacza – wędrowca na tyle skutecznie, że ulega szamańskim dźwiękom i chwyta za amerykańską harmonijkę, by dopełnić obrzędu. Tym samym powraca do afrykańskich źródeł czystego bluesa, odkrywając duchowy wymiar przygody.

„Calabash Blues” to album najeżony mistyczną magią Czarnego Lądu i jednocześnie przesiąknięty urokiem Dzikiego Zachodu. Ma się ochotę chwycić plecak, dosiąść konia i odjechać w kierunku tego, co nieznane, niebezpieczne i fascynujące. Nie wyłączając piwa i tabaki w pierwszym lepszym Saloonie.

Markus James „Calabash Blues”

Magda Kotowska