Archiwa tagu: Coma

Coma gra… Comę

Podczas jednego z koncertów, promującego płytę Coma Symfonicznie, Piotr Rogucki śmiał się, że wkrótce wydadzą płytę Coma śpiewa kolędy, a na lato planują Coma biesiadnie. Wtedy wydawało się to śmieszne, teraz mam wrażenie, że stało się rzeczywistością.

Zaczyna się dobrze. Klimatyczne basy, pływająca po nich gitara. Ale zaraz wchodzi… głos Roguckiego, z biegiem lat coraz bardziej irytująco manieryczny (plus dziwne wstawki, typu Oh my god, Let’s go, cwaniackie śmiechy itp.). Nie na wszystkich piosenkach, ale jednak bywa, że bardziej przypomina pijaka spod budki z piwem niż tego charyzmatycznego aktora, który na początku kariery oczarował całą Polskę piosenką Spadam. Pierwsza połowa albumu w ogóle bardziej przypomina solową cieniznę Loki – wizja dźwięku: muzyka nawet nawet, ale w połączeniu ze śpiewem nie bardzo chce się tego słuchać, zwłaszcza od początku do końca. I jeszcze to nawiązanie Czerwonym albumem do tego słynnego, genialnego Niemenowego! Może nieświadomie, nie wprost, ale jednak boli.

Ale może od początku. A ten, to dość nijakie Białe krowy i Na pół (czemu to wybrali na singiel promujący? Niepojęte), trochę lepsze, ale wtórne La mala education, bardzo irytująca Angela. Potem zaczyna się robić coraz lepiej. W Deszczowej piosence – nie wiem, czy było to zamierzone – miałem wrażenie, że Rogucki chciał naśladować Serja Tankiana. Podobnie do stylu System of a Down, ale już balladowego skłaniają się nieco Gwiazdozbiory. 0Rh+ zaczyna się jak stara Coma, z czasów pierwszej płyty (potem jest jeszcze lepiej, bo bardziej jak Ekhart). Niepotrzebne są może aktorskie melorecytacje, ale piosenka ma jednak bardzo dobry klimat i wreszcie jest długa (Coma chyba najlepiej sprawdza się w takich progresywnych utworach). Ale za to W chorym sadzie jest naprawdę dobre, zaczyna się niepozornie, po czym następuje charakterystyczne, rockowe uderzenie. Zdecydowanie mój faworyt. Woda leży pod powierzchnią, pomijając irytująco powtarzany refren, ma przyjemną comową psychodelię, a dziwny, z wpadającym w ucho refrenem Rudy, trąci dadaizmem. Potencjał ma balladowa Los cebula i krokodyle łzy, ale czegoś tam wyraźnie brakuje. Natomiast już kończącą płytę Jutro, choć też dosyć wtórne, brzmi jednak całkiem nieźle.

Osobna kwestia to teksty, te słynne teksty Comy. Wydaje się, że przeszły długą drogę, od iście barokowo lirycznych, czasem ocierających się o banał i grafomanię, ale szczerych i z przekazem, po przesadnie, sztucznie mieszających sacrum z profanum, wypełnionych nietrafionymi porównaniami, płytkimi odniesieniami do rzeczywistości, silącymi się na oryginalność i pewnego rodzaju szpanerstwo. Na szczęście nie zawsze, więcej tu bowiem prostych, lżejszych piosenek, co było miłym zaskoczeniem.

Co najbardziej mi się podobało w tym albumie, to jednak niestety nie zasługa zespołu. Cała oprawa graficzna zarówno płyty, jak i strony internetowej, wszystkich materiałów promocyjnych, czy w końcu promującego ją teledysku do piosenki Na pół jest po prostu świetna. Konsekwentna, przemyślana, może nie wybitnie oryginalna, ale wciąż świeża i na tyle dobrze przygotowana, że zamiast razić prędzej zachwyci.

Generalnie Czerwony album nie jest tym, czego się spodziewałem. A może powinienem, biorąc pod uwagę, że Coma coraz bardziej rozmienia się na drobne ostatnio. Nagrali płytę średnią, miejscami dosyć dobrą, z dużym potencjałem, a czasem po prostu kiepską. Zgodnie z założeniami dostajemy materiał zróżnicowany, ale po wcześniejszych albumach koncepcyjnych taki chaos pozostawia duży niedosyt. Szkoda, że nie wybrali którejś z dróg, zamiast badać kilka na raz. I nie mogę pozbyć się wrażenia, że Coma nie tworzy tak naprawdę nic nowego, tylko gra wariacje na temat swoich dawnych utworów. Ale Hipertrofia powstała trochę przez przypadek, może więc doczekamy kolejnych takich jak tamten.

Coma Czerwony album

Jakub Knoll

Reklamy

Oto rodzi się moc

Dla każdego fana (ale nie bezkrytycznego wielbiciela) nowa płyta ulubionego zespołu, to – poza ekscytującą niepewnością – także pewien stres. Czy spełnią wysokie oczekiwania, czy nagrają znów dobrą płytę? Stres zwiększa się wtedy, gdy jest to płyta koncertowa (takie łatwo zepsuć), a zwłaszcza, gdy nagrana, co ostatnio modne, z orkiestrą symfoniczną. Dlatego oznajmiam wszem i wobec: Coma dała radę.

Rzadko się zdarza, by połączenie zespołu rockowego z muzyką symfoniczną wychodziło gładko i znośnie, jeszcze rzadziej, by wychodziło wręcz lepiej. Tu zdarzył się niejako cud, partie orkiestry pasują idealnie do muzycznych krajobrazów Comy do tego stopnia, że już nie wyobrażam sobie, by ich miało w piosenkach zabraknąć. Wystarczy posłuchać pierwszych taktów „Woli istnienia” z długim wstępem skrzypiec, by do nowej odsłony Comy się przekonać.

Podobno taka współpraca Piotrowi Roguckiemu marzyła się od dawna i wreszcie 23 czerwca 2009 doszła do skutku – na gdańskim Targu Węglowym zespół wystąpił z Orkiestrą Filharmoników Gdańskich. Myślę, że o świetności tego przedsięwzięcia świadczy przede wszystkim fakt, że orkiestra traktowana jest tu na równi z zespołem, a nie jedynie jako jego egzotyczne uzupełnienie, co niestety jest wciąż regułą. Chwała więc Comie za taką skromność i szacunek dla muzyki. Szarpiące nerwy smyczki potęgują podniosły i narkotyczny nastrój, dodają odpowiednich dawek liryki, a instrumenty dęte oraz bębny wprawiają w wibracje żołądek. Do tego ta niepowtarzalna atmosfera koncertów Comy, która podnosi poziom nawet zwykłych piosenek do rangi duchowego przeżycia. Wielka to zasługa charyzmatycznego Roguckiego, który skończył szkołę aktorską (stąd ten charakterystyczny sposób śpiewania) i wie, jak grać na scenie (wszak wygrał kiedyś wrocławski Przegląd Piosenki Aktorskiej). Koncert zarejestrowano na tyle dobrze, że mając dobre głośniki lub słuchawki, można naprawdę poczuć atmosferę tamtego letniego dnia, usłyszeć krzyki i śpiewy publiczności. Ciarki chodzą po ciele, dziwne katharsis majaczy gdzieś w powietrzu.

Podsumowując, ten rok jest dla Comy wyjątkowy. Nie dość, że wydali dwa albumy koncertowe (w tym świetny symfoniczny), koncertowe DVD oraz Blu-ray, to jeszcze kierowaną na rynki zachodnie płytę z wersjami piosenek po angielsku. A w większości wszystko to pięknie wydane i po rozsądnych cenach. Dodatkowo zespół jest teraz w trakcie akustycznej trasy koncertowej „Power off” (w jej ramach wystąpi 3 grudnia we wrocławskim klubie Eter z towarzyszeniem instrumentów klasycznych). Po świetnej „Hipertrofii” fani muszą teraz być wniebowzięci. Ja jestem.

Coma „Symfonicznie”

Jakub Knoll

„Zapraszamy na chaos Twoich spraw, zapraszamy na drogi, które znasz”

Hipertrofia

Coma lubi zaskakiwać. Kolejna ich płyta, wydana trochę spontanicznie, jest kolejnym, po „Zaprzepaszczonych Siłach Wielkiej Armii Świętych Znaków”, albumem koncepcyjnym, tym razem posuniętym jeszcze dalej. Oto bowiem dostajemy na dwóch płytach po trochu filozoficzny wywód o chorobie, która trawi współczesność – hipertrofii*, nadmiarze wszystkiego – zarówno potrzeb, jak i wszelkich dostępnych dóbr, co zaburza naturalną harmonię świata, wyniszcza fizycznie i psychicznie. A może też prowadzić prostą drogą w narkotyki, pijaństwo, ucieczki od rzeczywistości, szaleństwo, niedojrzałość. Wszystko, by zwalczyć lęk przed śmiercią, wmówić sobie, że można jej uniknąć. By siebie postawić w centrum Wszechświata, a Boga odrzucić.

To też przesyt emocji, które w nas drzemią, a są tak mocne, że mogą nas zniszczyć. Są one wszak najważniejszą, największą siłą, która kieruje naszymi działaniami. Precz ze złudzeniami, że to jednak intelekt i mózg! Coma jest emisariuszem emocji w naszych pokaleczonych żywotach, pomaga je rozumieć, pomaga wyobrażać i symulować nawet w ekstremalnych sytuacjach po to, by przetrwać. Ze samym sobą.

Ale album, w przeciwieństwie do poprzedniego, daje jednak nadzieję. Można bowiem zwolnić, odkryć wokoło siebie ten prawdziwy świat, zachwycić się nim na nowo i zacząć godniej, wolniej żyć. Wszak „To walka na ziemi i w niebie, przeciwko sobie samemu o siebie” („Zero osiem wojna”).

Inspiracją dla zespołu było wrocławskie przedstawienie „Baal”** na podstawie tekstu Bertolta Brechta, w reżyserii Redbada Klijnstry, w którym tytułową rolę miał grać Rogucki, a które w końcu nie doszło do skutku (nawiązuje do niego zwłaszcza utwór „Ekhart”, nazwany od imienia przyjaciela Baala). Opowiada o człowieku, który pragnąc z życia wycisnąć wszystko, co możliwe, zatraca się i ostatecznie ginie, choć wolny. U Comy druga płyta jest jakby niedokończonym rozdziałem „Baala”, bo oto bohater odradza się i, wciąż walcząc ze sobą, osiąga harmonię.

Druga płyta, „wyzwolona”, jest o wiele spokojniejsza, pełna ballad rockowych. W poprzedniej wersji tej recenzji napisałem nawet, że nudniejsza, ale kolejne przesłuchania zmuszają mnie do zmiany tej decyzji. Może to znak, że oto właśnie to intensywne, hedonistyczne, ale puste życie zgodne z zasadą „umieraj młodo i pozostaw po sobie atrakcyjne zwłoki”, bardziej do nas przemawia niż prosta wolterowska myśl, by uprawiać w spokoju własny ogródek. Może właśnie dlatego tak wielu ludzi daje się wciągnąć w wyścig szczurów, żyje w ciągłym napięciu i stresie, strachu o własną karierę. Swoją drogą piekło zawsze wydawało się bardziej atrakcyjne niż niebo, bo po prostu ciekawsze. Czy więc lepiej błądzić, walczyć wciąż ze sobą zamiast osiągnąć stan wolności? Czy więc „wolność od”, która przeważa na pierwszej płycie, nawet jeśli spalająca, jest lepsza, bardziej twórcza, więcej uczy niż „wolność do” z płyty drugiej? Może złoty środek jest pomiędzy? A może każdy etap trzeba przebyć, by dostąpić jakiegoś oświecenia, nauczyć się, co w życiu ważne? A może to nie choroba, a po prostu życie każdego z nas, które wiedzie od narodzin, rozpoznania w sobie mocy i woli istnienia, poprzez rozpaczliwe próby nadania życiu sensu, doprowadzenie swoich energii życiowych na granice jestestwa aż po starość i spokój godzenia się na okrutną, lecz nieuchronną śmierć? Ten scenariusz powtarza się przecież już od milionów lat, a wciąż budzi tyle emocji – każdy doświadcza go wszak tylko raz. Album zadaje jeszcze więcej pytań, których odpowiedzi warto szukać, nawet jeśli przez całe swoje życie. Pokazuje też, że paradoksalnie, dzielenie swojego życia na dwie osoby lub więcej (miłość, przyjaźń) nie zabiera go nam, a pomnaża. Ważne jest też dziecięce afirmowanie świata, a nie paranoiczne tworzenie, by coś po nas zostało. Zostanie ludzka pamięć.

Formalnie „Hipertrofia” stanowi sprytne połączenie audycji radiowej z piosenkami, tworząc spójną całość. Jest tu i powaga, i zgrywa, ironia, humor. W utworze „Emigracja” widać nawiązania do stylu Lubomskiego (na początku kariery śpiewali jego „Underground”, tłumaczenie piosenki Toma Waitsa), która stanowi też połączenie bluesa, yassu i stylu Kazika. Natomiast „Osobowy” jest już utworem z lekka nujazzowym. Więcej tu piosenek rodem z Przeglądu Piosenki Aktorskiej, który to Coma w 2004 roku zresztą wygrała. Wiele jest też nawiązań do poprzedniej płyty (w „Loty i odloty” wymieniony jest np. pan Józef Małolepszy – „Nie ma Joozka” z „Wielkiej Armii…”, w „Party” pobrzmiewa w tle „W ogrodzie”). Płytę kończy zaś utwór „Cisza i ogień”, jeden z pierwszych w karierze zespołu.

Coma coraz mniej robi się przebojowa, co na pewno nie spodoba się wszystkim zagorzałym fanom, ale to też plus – odwaga podążania własną drogą, nie bacząc tylko i wyłącznie na wymagania publiki. Dzięki temu ich przekaz jest jasny i mocny.

Kupując ten album (a jest niedrogi, jak na dwie płyty) pamiętajcie, że dostajecie małe pudełko z emocjonalną bombą o ogromnej sile rażenia, która w jednej chwili wtłoczy Was w całą gamę przeżyć, od depresji na wewnętrznym oczyszczeniu skończywszy. Zdecydowanie warto.


* Przerost (łac. hypertrophia) – pojęcie z zakresu patomorfologii, oznaczające powiększenie tkanki lub narządu na skutek powiększenia poszczególnych komórek, bez zwiększenia ich liczby. Przerost występuje najczęściej w przypadku tkanki mięśniowej: macicy, mięśni szkieletowych, serca, ale może też dotyczyć prostaty, a także jednej z nerek przy usunięciu drugiej. Też: powiększenie się czegokolwiek do nadmiernych rozmiarów; przerost, np. h. uczuć.

** Baal – w mitologii ugaryckiej porywczy, pełen młodzieńczego zapału bóg burzy i życiodajnego deszczu, władca świata. Co roku ginął w wyniku walki toczonej z Motem – bogiem śmierci i wysuszonej letnim skwarem ziemi – i zstępował do świata podziemnego, aby z nastaniem wiosny powstać z martwych. Nieustanna walka między życiem a śmiercią była tematem dramatycznego mitu, który głęboko poruszał i przynosił oczyszczenie wewnętrzne (za: Wikipedia).

Coma „Hipertrofia”

Kuba Knoll