Archiwa tagu: country

Żywot człowieka poczciwego

Album The Decemberists – wbrew nazwie wykonawców – przypomina mi moje dziecięce wakacje na wsi u dziadków. Wcale nie beztroskie, ale wspaniałe, pełne natury i przygód, radości życia. Tyle i aż tyle na płycie znajdziecie. Więcej nie trzeba.

Grudniowcy, co godne pochwał, nagrali płytę, która do niczego i nikogo nie rości sobie pretensji. Prostą, spokojną afirmację codzienności. To dobre, zwykłe country, bez uciekania w niepotrzebne eksperymenty. Cieszy to tym bardziej, że poprzednie albumy były bardziej indie popem, bardziej nijakie, teraz efekt przypomina skrzyżowanie Boba Dylana z Wolną Grupą Bukowiną. Zwłaszcza sielankowe June Hymn, które sprawia, że lato w Springfield zawsze będzie mi się dobrze kojarzyło. Znajdziecie tu też elementy klasycznych szant (Rox In The Box), czy nawiązania do jednego z króli gatunku – Neila Younga w Down By The River (choć i R.E.M. tu słychać).

Nie ma co się rozwlekać – to po prostu zbiór dobrych piosenek, nastrojowego country, które z powodzeniem mogłoby wykonywane być gdzieś przy ognisku w sudeckich lasach. Zaśpiewane mocnym, charakterystycznym głosem Colina Meloya, rozpisane na gitary, mandolinę, harmonijkę, perkusję i chórki. Dowodzi, że wciąż od tylu już lat zachwyca nas natura wokoło, dając temat do piosenek (śpiewać można nawet o zimowym odśnieżaniu drogi) i, że prostota zawsze pokona wydumane eksperymenty. Umarł król – niech żyje król!

The Decemberists „The King Is Dead”

Jakub Knoll

Reklamy

The Young Gods z patentem na długowieczność

Prawie 25 lat obecności na alternatywnej scenie muzycznej. Szmat czasu. Wydawałoby się, że taki wynik równoznaczny jest z nudą, więdnięciem i powielaniem wypracowanych sc hematów. Nie w przypadku The Young Gods. Chłopaki ze Szwajcarii znaleźli patent na długowieczność. Everybody Knows to kolejny dowód na to, że im wino starsze, tym lepiej smakuje.

Szwajcarska grupa znana jest z dźwiękowych eksperymentów i to one właśnie stanowią źródło wiecznej świeżości. Każdy album utrzymany jest w innym klimacie, choć zawsze oscyluje wokół industrialu. Nowa płyta powiewa stylistycznym eklektyzmem, miesza elektro, country, rock, blues i industrial, przyprawiając każdy utwór etniczną masalą.

Rzadko zdarza się, żeby uzależnić się od krążka po pierwszym przesłuchaniu. Everybody Knows przełamuje schematy trawienia nowości. Blooming momentalnie rozkłada na łopatki,  snując się eterycznie wokół zmysłów. Konstrukcja muzyczna naelektryzowana jest tu sensualną erotyką, podobnie zresztą jak wokalizy Franza Treichlera. No Land’s Man zionie ogniem Super Ready, a Mr Sunshine potęguje stan haju po to, by odlecieć totalnie w Miles Away. Chwila na spacerek po wertepach eksperymentu pojawia się w trakcie szemranego Two To Tango. Finał przechadzki ma swoje miejsce w Introducing, które łowi ucho słuchacza dźwiękową przynętą polaną sosem country. (Przypomina się tu nietypowy koncert Live At Moods –  The Young Gods z Eriką Stucky – wyemancypowaną damą harmonijki.) Druga połowa płyty nie porywa już tak bardzo jak pierwszy kwintet, ale kończy się za to dobrą etniczną pointą w postaci Once Again.

Młodzi Bogowie wiedzieli, że nie zgrzeszą hipokryzją, wymyślając nazwę dla swojego zespołu. Ich muzyka się po prostu nie starzeje. The Young Gods nieustannie ewoluują, dojrzewają jak wino, po którym nie ma kaca.

The Young Gods – Everybody Knows

Independent.pl

Magda Kotowska

Czysta dawka brudnego rocka

Słuchanie drugiej płyty The Dead Weather, to jak przebywanie na nieznanym terenie w samym środku porządnego rockowego sabatu.

Już nie jest tak przebojowo, jak na pierwszym „Horehound”, za to klimat jest o wiele bardziej zawiesisty i ciężki. A jednak trudno się recenzentowi nie kołysać, a właściwie ruszać po całym krześle, przy jej słuchaniu. Muzyka „martwej pogody” znów przypomina mi tu dziwny, niezrozumiały nastrój jarmuschowego „Truposza”, jakże jednak żywszy od nastrojowej oryginalnej ścieżki dźwiękowej Neila Younga – różne ścieżki prowadzą do tych samych miejsc. Klimat to zdecydowanie to, co drużyna lidera The White Stripes robić potrafi.

Są tu szaleńcze krzyki Jacka White’a (czasem przyprawiają o gęsią skórkę, zwłaszcza chory śmiech z „I’m Mad”) i charakterystyczne przestery, psychodeliczne i dodające patosu organy Hammonda, skrzeczący, zadziorny głos Alison Mosshart z The Kills, za którym można pójść do piekieł. Do tego jeszcze bas Jacka Lawrence z The Racounters i gitary Deana Fertita (Queen of the Stone Ages). Super grupa, która nie spoczywa na laurach i nie odcina kuponów, tworząc czysty “brudny” rock’n’roll, dodatkowo wzmacniany ogólnym wizerunkiem grupy i świetnym teledyskiem. Wszystko sprawia, że mroczna pogoda za oknem staje się jeszcze bardziej posępna i nie daj, by się miało rozpogodzić!

Nowość na „Sea of Cowards”, to elektronika. Swoją drogą, czy teraz wszyscy muszą po nią sięgać? Jeśli robią to jednak w takim stylu jak The Dead Weather, czy choćby ostatnio Lao Che, to niech czynią to nadal, daję błogosławieństwo. Zwłaszcza ten klimat z „The Difference Between Us” rodem ze współczesnej ścieżki dźwiękowej do filmu s-f z lat ’40. Może i jednak zespół niewiele wprowadza albumem nowego, tworząc nieco jednolite utwory, ale czy koniecznie trzeba na siłę zmieniać to, co dobre?

Po świetnym koncercie The White Stripes, „Sea of Cowards”, to kolejna płyta, która dowodzi, że świat bez Jacka White’a byłby „tylko martwym naskórkiem dawnych wspomnień” o muzyce z krwi i kości. Mój współlokator, słysząc ją przez ścianę, powiedział, że nagrali ją chyba w wariatkowie podczas remontu. Nikt by tego lepiej nie ujął. Czysta słodycz słuchania.

The Dead Weather „Sea of Cowards”

Jakub Knoll

selFbrush. Świat na chwilę zatrzymany.

selFbrush należy od unikalnych artystów posiadających moc spowalniania życia, hamowania pośpiechu, przywracania zagubionego po drodze dystansu do siebie i świata.

Kompozycje z wydanej niedawno EPki niezawodnie ocieplają uczucia i nawracają ze ścieżki wybrukowanej materialistyczną pobudką na stronę prostoty oczyszczającej przytłoczony informacją umysł. Z jednej strony to urok tradycyjnego folku, z drugiej specyficzne teksty – tak bardzo niemodne i dalekie od wrzaskliwych, zbuntowanych słów hałaśliwych artystów.

„For A New Moher” to prawdziwie swojska przyjemność obcowania ze szczerością przekazu, czystością formy, skromnością i urzekającym minimalizmem. Country’owo brzdąkająca gitara, urokliwa harmonijka i subtelne partie skrzypiec każdorazowo wprowadzają w błogi letarg, sięgając rdzenia ludzkiej natury. W tytułowym utworze Vaclav Havelka brzmi jak Johny Cash, w „Dry Feet” rozbraja łagodnością, a w „Treaded Heart” nuci filuternie.

Wszystko na tej płycie pięknie współgra, tworząc nastrój nieprzystawalności i radosnej harmonii. To teatr jednego aktora – obieżyświata, włóczęgi i mędrca jako przeciwwaga do tego, co tak nieludzko zmagdonaldyzowane i płytkie. Okazuje się, że hałas nie jest dla artysty jedynym narzędziem oddziaływania, a zawód rzemieślnika – songwritera nadal potrzebny, a nawet wskazany, żeby wysiąść na moment z pociągu życia i odetchnąć.

selFbrush „For A New Mother” EP

Magda Kotowska

Uwolnijmuzyke.pl