Archiwa tagu: egzystencjalizm

Pszczoły w ścianie

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o najnowszy film Mariusza Grzegorzka „Jestem twój”. O wiele łatwiej było mi ocenić jego, ponoć kultową, a na pewno okrytą sławą, krótkometrażówkę „Krakatau”, która nie podobała mi się ani trochę.

Przyznam szczerze, musiałem wspomóc się opisem filmu z Internetu, by sobie przypomnieć jego treść, choć widziałem go niedawno, bo podczas sierpniowej Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Ale taka to właśnie produkcja – zagmatwana, dziwna, zupełnie odstająca od rzeczywistości, gdzie treść nie jest najważniejsza, chociaż właśnie opis robi raczej wrażenie telenoweli, więc i zdradzanie go nie ma sensu. Tu najważniejsza jest forma, w którą ubrane są banalne na pierwszy rzut oka treści. Biedni wciąż walczą z bogatymi i nawet, jeśli bogaci z tej walki nie zdają sobie sprawy, to biedni czują się pokrzywdzeni, próbując wybić się ponad swój status społeczny. Bogactwo szczęścia nie daje, zwłaszcza wobec nudy małżeńskiej, chwile słabości kończą się źle, a kłamstwo ma krótkie nogi. Gdyby za adaptację dramatu Judith Thompson zabrał się ktoś inny, możliwe, że powstałby film, na którym z powodzeniem można byłoby odsypiać ciężki dzień, na tym jest to niemożliwe i to jego podstawowy atut. Tu przemianę małej stabilizacji w niezrozumiały chaos po prostu czuć.

Grzegorzek to bowiem reżyser teatralny i to widać. Z powodzeniem zresztą wykorzystał wcześniej dwie inne sztuki Thompson na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi – „Lew na ulicy” i „Habitat”. Teatralność widać mianowicie w warstwie formalnej filmu. Przede wszystkim jest to aktorstwo (większość odtwórców też jest związana Teatrem im. Jaracza). Do granic przerysowane, niczym w teatrze antycznym nie pozostawia nikogo obojętnym, postaci więc przerażają, niepokoją, brzydzą lub śmieszą, nie ma stanów pośrednich. „Trzy razy tak dla aktorów”, powiedział nawet Janusz Gajos po warszawskiej premierze. Z tym się zgodzę, aktorzy w stu procentach zasłużyli na brawa, zwłaszcza Dorota Kolak, która gra najspokojniej ze wszystkich, a przez to naturalniej, jednak to spokój pozorny, pełen wewnętrznej lawy gotowej do erupcji (zasłużona nagroda Złotych Lwów w Gdańsku). Z jednej strony takie przerysowanie to duży plus, ale z drugiej całość wydaje się po prostu sztuczna i trudno się z bohaterami utożsamiać.

Druga sprawa, to dość ciekawe pomysły na zdjęcia. W kilku momentach aktorzy podchodzą tak blisko kamery, że znajdują się już poza strefą ostrości i mówią jakby bezpośrednio do widzów, co pogłębia poczucie dezorientacji widza. To poczucie pogłębia jeszcze montaż, często epileptyczny, szybki, teledyskowy, przypominający trochę ten z „Requiem dla snu”. To męczy, ale męczyć powinno. Film pozostawia jednak niedosyt, zapowiada katharsis, ale ostatecznie losy dziwnych bohaterów specjalnie nas nie obchodzą.

Dlaczego o „Jestem twój” piszę na Dzienniku Nakręcaczy? Ponieważ mimo całej jego sztuczności warto go obejrzeć, chociażby dlatego, że długo, a może w ogóle, nie zobaczymy już niczego podobnego. Dlatego, że ten film się odczuwa o wiele silniej, niż jakąkolwiek produkcję 3D i to bez dodatkowych okularów. Jest pełen ukrytych emocji, jak pszczoły w ścianie w jeden ze scen, które wybuchają z ogromną siłą, siejąc spustoszenie.

„Jestem twój”, reż. Mariusz Grzegorzek

Jakub Knoll

O Lisie, co siebie szukał

Wes Anderson ma w sobie jedną przewidywalną cechę – zawsze jest nieprzewidywalny. To jego znak rozpoznawczy. Bo kto inny zrobiłby egzystencjalną bajkę dla dzieci i dorosłych, po której czujemy, że możemy wszystko, a już na pewno, że jesteśmy wyjątkowi?

Kto widział chociażby „Pociąg do Darjeeling” czy „Podwodne życie ze Stevem Zissou”, ten wie, że reżyser należy do wyjątkowych. Specyficzne poczucie humoru, lekkość i pomysłowość, a przede wszystkim własny, świadomy, rozpoznawalny styl, to jego znaki rozpoznawcze. Zrobić dziś tak staroświecko adaptację książki – swoją drogą innego ekscentryka, autora m.in. „Charliego i fabryki czekolady” – Rolada Dahla, dodając do niej od siebie nie wybuchy, uwspółcześnienia, czy inne modne gadżety, a garść egzystencjalizmu, to dopiero sztuka i odwaga (świetna jest tu m.in. scena, jak Lis, zawsze zawadiacki, z wielką szczerością podejmuje autoanalizę, tłumacząc, że musi udowadniać swoją fantastyczność, bo na tym opiera się jego poczucie własnej wartości). Przy czym film ogląda się jak świetnie zrobioną bajkę – bawiąc uczy, ucząc bawi. Niesie z sobą wyświechtaną, choć wiecznie zieloną ideę, by szukać w każdym z nas czegoś wyjątkowego, bo tak naprawdę każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju. Jednym są pisane większe sukcesy, innym mniejsze, najważniejsza jest jednak najwspanialsza wyprawa życia – wgłąb siebie samego w celu poznania i zrozumienia siebie, uaktywnieniu w sobie tej pierwotnej, dobrej dzikości. I choć w moim wykonaniu przesłanie takie wpada w nachalną i irytującą patetyczność, u Wesa nic takiego nie występuje.

Poza treścią jest jeszcze forma. A ta – co pozwala już podejrzewać, że oto mamy do czynienia z filmowym majstersztykiem – jest przepiękna! Animacja stylizowana na dawne rysunki młodzieżowych książek w rodzaju Kubusia Puchatka (oczywiście w wersji pana Sheparda, nie jakiegoś tam Disneya), bohaterów „O czym szumią wierzby”, czy rysunków znanej z filmowej biografii pani Beatrix Potter. Do tego jeszcze swoboda, lekkość, charakterystyczny absurdalny humor i przesłanie zawsze równoważone przed ironię i codzienność. A na dokładkę żywiołowe country z mandoliną i drumlą w tle, westernowa otoczka nad całością oraz prawdziwe gwiazdy użyczające bohaterom głosów – George Clooney dodający Lisowi charyzmy i czaru, Meryl Streep, Bill Murray czy Willem Dafoe, jako pełen gracji i szyku szczur-cwaniaczek. Spodobałoby się zarówno miłośnikom Jima Jarmuscha, Jacka White’a, jak i Camusa czy Bergmana (że tak wystrzelę z wielkiego kalibru).

Wes Anderson uczy nas, że warto być innym. Ważne, by odnaleźć w sobie swoją niezwykłość, stać się Fantastycznym Sobą. On jest takim niezaprzeczalnie, my także możemy, przy okazji doskonale się bawiąc.

„Fantastyczny Pan Lis”, reż. Wes Anderson

Jakub Knoll

Niosący ogień

Cormac McCarthy jest uznawany obecnie za jednego z czterech najważniejszych amerykańskich pisarzy. Już po przeczytaniu samej „Drogi” wiadomo, dlaczego.

Dwóch anonimowych ludzi podróżujących po postapokaliptycznych terenach Stanów Zjednoczonych, dotkniętych jakąś niezidentyfikowaną katastrofą. Mężczyzna i chłopiec. Ojciec i syn. Bezgranicznie się kochający, uzależnieni od siebie, potrafiący sprostać rzeczywistości wyłącznie razem. Uzupełniający się nawzajem. Wokoło smutek, przerażenie, brak nadziei. Trupy. Zwęglone, nadjedzone, zgniłe. Nieludzkie trupy ludzi. Pozbawione czci i honoru. Upodlone. Cała egzystencja to poszukiwanie pokarmu. Powrót do pierwotnych czasów, jednak pozbawiona całego romantyzmu i radości z natury. Ewolucja na siłę cofnięta do początków, ale z całym bagażem doświadczeń, wiedzy i śmieci wytworzonych przez setki lat. Permanentna szkoła przetrwania. Szkoła człowieczeństwa. Ciągłe wystawianie się na pokusy odejścia od cywilizowanych zachowań i nie tyle nawet zezwierzęcenia, co sięgnięcia dna. Chłopiec ciągle pyta: A my jesteśmy dobrymi ludźmi? – trzeba temu sprostać, a nie jest łatwo. Trzeba budzić się rano i iść. Wokoło poukrywani ludzie. Nie mają dobrych zamiarów. A jeśli mają, to ryzykuje się życiem, sprawdzając to. Można skończyć martwym i zjedzonym. Trzeba podróżować samemu. W głowie kołaczą wspomnienia dawnego życia, żony. Mieszają się z zazdrością martwym ich spokoju i odpoczynku. Jak żyć, kiedy wszystko straciło cel i sens?

Książka McCarthego jest przejmująco smutna, ale też napisana przepięknym, poetyckim językiem. Prowadzi drogami, którymi nigdy nie chcielibyśmy iść. Opowiada o sytuacjach, których nigdy nie chcielibyśmy przeżywać. Wciąga nas w świat, który chcielibyśmy, by pozostał dla nas obcy. Stawia przed problemami, których rozważania wolimy unikać. Pyta o kondycje ludzkości, a odpowiedzi nie zadowalają. Czytamy ją z przejęciem, choć sprawia nam to ból. Podobnie jak w „To nie jest kraj dla starych ludzi”, autor nastawiony jest do świata raczej pesymistycznie. Nie potrafi zrozumieć jego okrucieństwa i samozniszczenia. Opisując wszystko, co widzi językiem prostym, klarownym i ostrym jak nóż, pozwala uświadomić sobie, jaka rzeczywistość jest naprawdę. Ta, w którym żyjemy na co dzień i ta, która może nas czekać. Póki nie jest za późno na jej naprawienie. Krótkie, lakoniczne dialogi grają na emocjach, mówiąc niewiele, a przecież wszystko, co można powiedzieć.

„Myślisz, że umrzemy?

Nie wiem.

Nie umrzemy.

Dobrze.

Ale ty mi nie wierzysz?

Nie wiem.

Dlaczego myślisz, że umrzemy?

Nie wiem.

Przestań mówić nie wiem.

Dobrze.

Dlaczego myślisz, że umrzemy?

Bo nie mamy nic do jedzenia.

Coś znajdziemy.

Dobrze.

(…)

Myślisz, że cię okłamuję?

Nie.

Ale myślisz, że mógłbym cię okłamać w sprawie śmierci?

Tak.

No dobrze. Być może i tak. Ale nie umieramy.

Dobrze.”

„Droga” przypomina opowieści cyberpunkowe, w stylu „Mad Maxa”, czy gry Fallout, jest jednak o wiele głębsza. Poetycka, dekadencka powieść drogi, jako swego rodzaju pokuty. Z nieznajomością win, kierunku czy kresu. Dająca jednak nadzieję, że ludzie do końca mogą pozostać „niosącymi ogień”, jest czymś w rodzaju łabędziego śpiewu świata. Egzystencjalna, skoncentrowana na jednostce, ale uniwersalna, jak „Dżuma” czy „Miasto ślepców”. Przestroga dla współczesnych, a zarazem piękna opowieść o miłości, śmierci i walce o przetrwanie. Zarówno ciała, jak i ducha.

Cormac McCarthy „Droga”

Jakub Knoll

Każdy ma swoje małe piekło

Mądre, mocne teksty. Prosta, ale przemyślana muzyka. Charyzmatyczny, silny głos. Czy potrzeba czegoś więcej?

Piosenki, jakie znalazły się na płycie, powstawały z myślą o przedstawieniu zatytułowanym „Odjazd” w reżyserii Freda Apke (wystawiany w Teatrze Rozrywki w Chorzowie). Podobnie więc, jak w przypadku Marii Peszek, muzyka teatralna, stała się przyczynkiem do nagrania pełnego albumu. Sztuka opowiada o pasażerach pociągu, który utknął w zaspie gdzieś na polskiej, nadmorskiej prowincji. Czekający w poczekalni Polacy i Niemcy wciąż sobie dokuczają i docinają.

Piosenki są jednak daleko bardziej uniwersalne. Pozornie teksty Anny Saranieckiej biją smutkiem, ale – jak przyznaje sama piosenkarka – jest to bardziej zaduma i refleksja. Mi osobiście kojarzą się z utratą w wiary w świat, w cuda, ale wciąż bijącą w sercu wielką wolą życia. Wszak „prawda jest smutna, żaden profan raczej, dla sacrum nie poświęci się”. Są egzystencjalne, co wcale nie musi oznaczać, że dołujące. To świadomość braków swoich i świata, obecności zła, bolącej, żywej przeszłości, niepoznawalności naszego losu  czy miernoty swojego życia. Nie znaczy to jednak wcale, że nie chcemy wciąż trwać. Mimo wszystko. Taki byt jest bardziej dojrzały, co nie znaczy łatwiejszy i przyjemniejszy. Największe wrażenie robi jednak pewnego rodzaju protest song „I człowiek i mebel” o ciągłej walce o nasze człowieczeństwo. Przejmująca piosenka, jak i cały album.

„Choć swoją ma cenę

I człowiek i mebel

Kim będę gdy sprzedam się?

Jeśli odetniesz sumienie

To w trupa zamienisz

Kogoś kto jeszcze mógł żyć

Lepiej nie

Myśleć że jestem zwykłym zerem

Obok cyfr które są losu transferem

Lepiej nie

Myśleć że tak być musiało

Zero to przecież nic

Czyli kurewsko mało

W dupie mam

Prawo co każe mi zabijać

Cichy głos że to nie moja jest wina

Póki on we mnie tkwi

To jest przyczyna

Żeby jak dziwka zwykła nie czuć się

Czy kawał skurwysyna.”

Muzycznie „Odjazd” jest w dwóch wersjach – album zawiera bowiem płytę „Odjazd demo” nagraną w domowym studiu Renaty Przemyk, przez nią w całości zagraną, bardzo kameralną i prostą. Drugi to już oficjalny „Odjazd”, z rozszerzoną partią instrumentalną. Moim zdaniem największą moc ma jednak ten pierwszy – prosto, acz dobitnie (często z punkową siłą) przekazuje idee, nie przeszkadzając słowom. Taka forma pozwala poznać proces ewolucji piosenek.

Renata Przemyk jest jedną z tych artystek, które zawsze chodzą swoimi drogami, nawet jeśli nie są one popularne i przetarte. Tworzy muzykę osobną i własną, która nie każdemu przypadnie do gustu. Anna Gromnicka w swojej recenzji na dla Dziennika napisała: „Jedno jest pewne – Przemyk nie nagrywa płyt, których musiałaby się wstydzić.” I za to wielkie dzięki! Jej piosenki chodzą mi teraz po głowie bez przerwy i nie potrafię się od nich uwolnić.

Renata Przemyk „Odjazd”

Kuba Knoll

W katedrze ku czci bogini Technologii

Ten skromny francuski komiks niesie w sobie więcej sensów i znaczeń niż niejedna powieść egzystencjalna.

Książeczka jest faktycznie niepozorna – czarnobiałe, proste, ale ładne kadry, które współgrają z psychodeliczno-absurdalnym nastrojem scenariusza, nieco niedbałe, rozchwiane. Często wręcz stanowią osobne dzieła pośród niewielu dialogów. Brak tu też wstępu, zakończenia, czy jakichkolwiek informacji o autorach, komiksie itp. Zresztą nie potrzeba, opowieść ma bronić się sama, chwała więc wydawcom za taką decyzję.

Całość wygląda nieco niedbale, ale to tylko pozory. „Dworzec Centralny”, to bowiem purnonsensowa alegoria o zniewoleniu, które sam sobie zgotowaliśmy – poprzez technologię, nowoczesność, w której coraz częściej się gubimy. W morzu biurokracji coraz mniej w nas ludzi – może dlatego pośród bohaterów znajdziemy koty, ptaki, wilki…

Bohater pojawia się w historii znikąd, nie ma imienia i niczego o nim nie wiemy – znak to od razu, że czytamy historię, która jest metaforą. Próbuje znaleźć pociąg do domu, jednak żaden nie kursuje, a tablica odjazdów jest pusta. Spotyka po drodze kaznodzieję, który nowoczesność – symbolizowaną przez ów dworzec – przyrównuje do kościoła. „Wszystko jest! Witraże, ołtarz, narzędzia pokory i adoracji, księża i ikony…”, świętą księgą jest natomiast rozkład jazdy, o tyle pożądany, że niedostępny. Jedynym ratunkiem jest bunt przeciw materializacji i standaryzacji życia, w celu zrozumienia siebie. Mędrzec jednak mówi, jak to zwykle bywa, językiem niezrozumiałym, więc pomimo słuszności swych tez pozostaje odstraszającym szaleńcem, jakich świat zna wielu już od czasów Kasandry. Podobna metka przyczepiona zostaje również innemu bohaterowi, który nie chcąc czekać na pociąg, postanawia wrócić do domu pieszo. Bunt piękny w swej prostocie.

Bohaterów jest więcej, każdy z nich to pewien model podejścia do otaczającej nas rzeczywistości, pewien sposób radzenia sobie z nią, bohater staje się natomiast biernym obserwatorem i uczniem spotykanych postaci.

Komiks nie porywa może oryginalnością, wszak sytuacje takie znamy czy to z Frantza Kafki (do którego dzieł „Dworzec…” jest porównywany), czy z teatru absurdu Mrożka i Ionesco. Wart jest jednak przeczytania, chociażby po to, by znów zastanowić się, czy to technologia istnieje dla nas, czy czasem nie jest już na odwrót. Można go czytać wielokrotnie, czy to odkrywając kolejne warstwy znaczeniowe poukrywane w zdaniach i kadrach, czy po prostu podziwiać proste i eleganckie rysunki. Lektura pozostawia jednak trochę niedosytu. Po historiach poruszających tak ważkie, egzystencjalne tematy, spodziewałbym się bardziej zaskakującego i mocnego zakończenia. Ale może to właśnie o to chodzi – prostota zwycięży wszystko…

„Dworzec Centralny”
scenariusz Lewis Trondheim, rysunki Jean-Pierre Duffour

Kuba Knoll

Mleczna apokalipsa

Miłość, nadzieja, wiara i zaufanie są ślepe – tak informują plakaty reklamujące „Miasto ślepców”, co mogło by sugerować kolejną patetyczną amerykańską produkcję. Jednak na szczęście film ten, adaptacja książki Noblisty, jest – o dziwo – jest bardzo dobry.

José Saramago, portugalski pisarz, autor m.in. „Baltazara i Blimundy”, „Ewangelii wg Jezusa Chrystusa” i właśnie „Miasta ślepców”, otrzymał w 1998 roku Literacką Nagrodę Nobla „za dzieło, które przypowieściami, podtrzymywanymi przez wyobraźnię, współczucie i ironię, stale umożliwia pojmowanie iluzorycznej rzeczywistości.” W 2008 roku Fernando Meiralles, brazylijski reżyser filmów „Miasto Boga”, czy „Wierny ogrodnik” zabrał się za adaptację powieści Saramago, tworząc przerażającą wizję apokalipsy, która dzieje się tu i teraz. Bardzo realistyczną wizję.

Oto bowiem miasto dotyka dziwna epidemia, pozbawiając ludzi wzroku, najważniejszego chyba współcześnie zmysłu. Sprawa byłaby mniej tragiczna, gdyby ślepcom mogli pomóc widzący, przeprowadzić przez ulicę, zrobić zakupy, poczytać książki, pozwolić na egzystencję. Ponieważ jednak ślepi są nosicielami i zarażają swoją chorobą, wszyscy się od nich odsuwają, rodzi się pogarda i nienawiść, skazując ich na samotne błądzenie w mlecznym bezkresie (ślepota jest bowiem u autora biała, czysta, a nie czarna). W tej sytuacji, nie wiadomo, czy lepiej jest ślepym, którzy zaczynają stanowić większość miasta, czy widzącym, żyjącym w ciągłym strachu, że otwierając rano oczy już nic nie zobaczą. A może w najlepszej sytuacji są zmarli, którzy nie muszą przechodzić więcej tej gehenny, docierać na kres człowieczeństwa.

Jeden z bohaterów mówi:

„Nie wydaje mi się, że oślepliśmy. Myślę, że cały czas jesteśmy ślepi. Ślepi, ale widzący. Ludzie, którzy patrzą, ale niczego nie widzą.”

i to zdanie – może nie odkrywcze, choć prawdziwe – zdaje się być mottem zarówno książki, jak i filmu. Ślepota jest pewnego rodzaju znieczulicą, która sprawia, że żyjemy egoistycznie, jedynie dla siebie, a nic dla innych. Jakbyśmy bali się czerpać z pokładów dobra, jakie się w nas znajdują, bo może zostać to wykorzystane przeciw nam. Powstaje społeczeństwo niewidzących, zamkniętych w swoich światach ludzi. Książka stanowi więc przypowieść o kryzysie ludzkości, przypominającą nieco historię o Arce Noego, z niejako boską karą – ślepotą.

Film Meirellesa jest bardzo wierną adaptacją powieści i to pewnie najbardziej decyduje o jego mocy i wymowności. Bez prób udowodnienia – niestety dość częstych – że reżyser wie lepiej niż pisarz, jak opowiedzieć historię, kreśli ją jasno i klarownie. Co ważne, nie boi się – charakterystycznego dla pisarza – naturalizmu, przejawiającego się we wszechogarniającym okrucieństwie, brudzie, zezwierzęceniu i powrocie do pierwotnych instynktów przetrwania. Nawet epizody w półcieniach, na obrzeżasz kadru i ledwo widoczne są ważne, dopełniając pesymistycznego nastroju upadku Człowieka. Także dobór świetnych aktorów, jak wciąż elektryzująca Julianne Moore, Gael Garcia Bernal, Mark Ruffalo, Dany Glover i wielu innych sprawia, że w akcji filmu tkwi się po uszy, co rusz wstydząc się za naszych bliźnich, czy śledząc dramatyczną walkę o własną godność, a gdy jej już nie ma, po prostu o życie. Niepokoju i psychodelicznego nastroju dodają za to doskonałe zdjęcia, rozchwiane, tracące i szukające po omacku ostrości, rozmyte i prześwietlone.

Książka i film posiadają jeszcze jedną ważną cechę – brak w nich patosu, co doskonale oddaje ludzką codzienność. Nasze życie to w końcu nie tylko podniosłe chwile, ale w większości zwykłe trudy, drobne grzeszki, normalność i potoczność. Dodatkowo jest to podkreślone przez obiektywnego narratora, który akcję komentuje ze spokojem i prostodusznością (a przez to często i ironią), która w kontraście z przerażającym postępowaniem bohaterów tworzy pobudzający do myślenia dysonans. Myślę, że to właśnie stanowi największą zaletę pisarstwa Saramago – prostota, która połączona z naturalizmem tworzy wstrząsające przypowiastki filozoficzne podobne do wolterowskiego „Kandyda”.

Wiele osób zarzuca liczne niekonsekwencje akcji, widząc w tym największą wadę filmu (a i książki). Dlaczego np. w całym mieście ślepców tylko jedna osoba zachowuje wzrok, choć cały czas z niewidomymi obcuje? Ale przecież jest to przypowieść, wszelkie tego typu argumenty są więc bezzasadne, ważne jest bowiem sedno opowieści i nauka, jaka z niej płynie. Nie pada tu żadne imię (tylko zawody i inne opisy bohaterów), nazwa geograficzna, ani nic, co mogłoby jakoś umiejscowić historię w czasie i przestrzeni. Może wydarzyć się wszędzie i zawsze.

„Miasto ślepców” to nie jest książka łatwa i przyjemna, sprawia wiele bólu, powoduje wstyd za ludzi, podważa dobrą ich naturę. Nie pozostawia jednak bez nadziei. Skoro to bowiem jedynie fikcja, nawet jeśli realistyczna (pod względem zachowań ludzkich), nie wydarzyła się naprawdę (choć książka wydana została w Portugalii zaledwie rok po straszliwym i prawdziwym przecież ludobójstwie w Rwandzie). Jest tylko modelem zachowań, jakich chcielibyśmy uniknąć. Zmusza wiec do myślenia, a to pierwszy krok do przewartościowania własnego życia. Książka José Saramago i film Fernando Meirallesa to doskonały przyczynek, do takich właśnie egzystencjalnych myśli.

José Saramago „Miasto Ślepców”

„Miasto Ślepców”, reż. Fernando Meirelles

Kuba Knoll

José