Archiwa tagu: elektronika

The Brandt Brauer Frick Ensemble feat. Emika „Pretend”

Bardzo ciekawa wersja utworu Emiki nagrana razem z, właśnie przeze mnie poznanym i polubionym (rytm! energia! trans i awangarda!) The Brandt Brauer Frick Ensamble. Takie rzeczy tylko w Niemczech. Jest tu własnie to, co tak uwielbiam w drezneńskich zespołach jazzowych na Krokus Jazz Festival.

The Brandt Brauer Frick Ensemble feat. Emika – Pretend (Official) !K7 from K7 Records on Vimeo.

Poskromienie żywiołaka

Wciąż dostajemy wszyscy doniesienia o kolejnych tragediach muzycznych. Pomimo nauki płynącej z historii, wiele zespołów wciąż nieopatrznie oddaje swoje utwory DJ-om w celu zmasakrowania ich niemal nie do poznania. Najgorsze w tym jednak jest, że te nieatrakcyjne trupy pojawiają się później na półkach sklepowych w postaci albumów, chełpiących się jeszcze nowoczesnością.

Podobnie, jak niegdyś w przypadku „Wymixowania” Kapeli ze wsi Warszawa, tak teraz jestem rozbity. Bo z jednej strony dobrze, że zespoły się nie zamykają w swoim gatunku, że pozwalają innym majstrować przy swoich dziełach, dając podstawy nowej jakości. Ale też rodzi się zawsze wtedy pytanie odwieczne: ile tam jeszcze jest oryginalnego zespołu, a ile DJ-ów i innych mixiarzy. Zacząłem dość dramatycznie, ale jednak płyta Żywiołaka z tej zawieruchy wychodzi w lepszej kondycji niż Kapela. Może to ze względu na inną, pogańską stylistykę, która bardziej pasuje do ciężkich, klubowych brzmień.

Nie zmienia to faktu, że najlepsza na płycie pozostaje piosenka dodana jako bonus – „Mój miły rolniku”, znana miłośnikom od dawien dawna, świetna, taneczna raga poruszająca, jakże ważki, wiosenny problem wypalania trawy (z całą radością płynącą z dwuznaczności tejże czynności). A reszta piosenek… Bywa, że świetna, psychodeliczna, wypełniona potrzaskanymi elektronicznymi dźwiękami. Bywa, że nudna i ciągnąca się długimi pasażami. Bywa, że żywiołowa, ale wciąż nie bardzo żywiołakowa. Brak tu zawadiackich i nieprzewidywalnych śpiewów Izabeli Byry i Anny Piotrowskiej, brak bezpretensjonalnego śmiania się i zabawy, gdzie tylko się da. Ciekawy eksperyment, ale mało już z folkiem związany. Może spodoba się miłośnikom klubowych brzmień, o ile nie wystraszą ich liry korbowe, lutnie, skrzypce i ludowe zawodzenia.

Żywiołak „Nowa mix-tradycja”

Jakub Knoll


NIWEA, no!

Cuchnące ulice, patologiczne klatki piersiowe, duszny mrok, podwórkowe dziady i wszędobylski zapaszek życiowej nędzy – debiut duetu NIWEA daleki jest od przestrzeni rajskich. Emocjonalnego fetoru dodaje treściwe podłoże słowne Wojtka Bąkowskiego, oprowadzające słuchacza po zadymionych miejskich stajniach.

NIWEA…01 to jaskrawie smutny portret polskiej rzeczywistości. Eteryczna muzyczka ściąga w autentyczne doliny percepcji, każe nurkować w odmętach patologii, wyrzuca na bruk wszelkie odłamy pozytywu. Jest ciemno i beznadziejnie, ale co odkrywcze – sprawcą takiego klimatu nie jest lingwistyczny wulgaryzm typowy dla raperskich skarg na Polskę. Zamiast tego słyszymy zaciąganą melorecytację przemieszaną z blokerską gadką, zmęczonym oddechem i gwizdnięciami osadzonymi w genialnej elektronice, która działa na tym krążku po ciemnej stronie mocy i doskonale spełnia swoją funkcję.

Mimo, że płyta NIWEI ma wydźwięk pesymistyczny, to słucha jej się z przyjemnością. Elektroniczny zmysł Dawida Szczęsnego i awangardowy post-rap Wojtka Bąkowskiego wchodzą w symbiozę, tworząc łaskoczące rzeczy oplecione senną wełną. Sens ma każdy dźwięk, konwencja przedstawiania treści i minimalizm wydawnictwa, co zbliża ten projekt do pojęcia sztuki i z takiej perspektywy należałoby ten album interpretować.

NIWEA…01

Qlturap 2010

Magda Kotowska

Independent.pl

„Prąd stały/Prąd zmienny” – Lao Che „topi utopię”?

Nowa płyta Lao Che jest wyjątkowo spięta – więcej w niej undergroundowego absurdu niż  paraliżującej warstwy muzycznej. O ile antyszantowy debiut lidera kapeli brzmi w tej eksperymentalnej konwencji świetnie, o tyle w wydaniu Lao Che taki surrealizm tekstów budzi mieszane uczucia.

Ma się wrażenie, że to inteligentne dziwactwo werbalno-dźwiękowe sięgnęło zenitu, a rzeka metafor wylewa się już z brzegów, co grozi potopem, a w dalszej kolejności hydropiekłowstąpieniem. Czy to oznacza, że poprzednia płyta była proroctwem?

Rzeczywiście bliżej nowemu krążkowi do piekła niż do aureoli świętości, ale przekaz jest trudniejszy i mniej kuszący jak na moce Lucyfera. Niezmiennie sporo na płycie abstrakcji, także muzycznej – wyraźnie słychać psychodeliczną elektronikę. Trudniej jednak o tzw. hit. Energią chwyta „Krzywousty”,  a dźwiękiem i tekstem skutecznie oddziałuje kawałek o przewrotnym tytule „Magistrze Pigularzu”. Z kolei „Czas” przypomina poprzednią płytę i pewnie dlatego przoduje na radiowych listach przebojów. W zasadzie każdy z utworów da się lubić i im dłużej płynie się z prądem, tym bardziej wnika się w ten alternatywny nurt.

Perełką – ciekawostką jest  kawałek „Sam O’Ttnosc” – nie dość, że metaforyczny i przyjemny dźwiękowo, to jeszcze satyrycznie mistyczny. Całość zamyka „Zima stulecia”, w której Spięty popowo bawi się wokalem. I na tym płyta się kończy, a „słońce zdycha”.

Myślę sobie, że świetnie brzmiałby ten krążek w wersji live, bo na koncerty nadaje się idealnie. Do słuchania w zaciszu własnego ogródka już trochę mniej, ale i tak trzyma poziom. Czarne kowboje polskiego undergroundu ostatecznie nie zawiedli.

Lao Che „PS/PZ”

Antena Krzyku/Open Sources 2010

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl

Emocjonalna wiosna z Delphic

Łapię się na tym, że wiosny pożądam, wizualizując skrycie rozkwit ciała, umysłu i natury. I chyba dojrzewam, bo powściągliwie stopuję z chceniem, próbując rozkoszować się samym stanem oczekiwania – wiadomo bowiem, że to, co prekonsumpcyjne (fizycznie i duchowo) jest najbardziej ekscytujące.

Kultywację tego, co ma nadejść, a bardziej nawet tego, co jest, niezwykle świeżo stymuluje „Acolyte” – debiutancki album grupy Delphic z Manchesteru. Pomijając jego elektroniczne walory, jest przede wszystkim energetyzującym przedsmakiem pory uniesień, buzujących emocji i wyimaginowaną namiastką cieplejszego powietrza pachnącego żywiołem aktywności. Każda kompozycja porywa uśpione zimą zmysły, sprawiając, że wewnętrzny szept zamienia się w witalny okrzyk.

Rzetelnie i nakręcająco o debiucie Delphic u Chimeryka: http://sublimacje.blogspot.com/2010/01/delphic-acolyte-album.html

Delphic  „Acolyte”

Magda Kotowska

A u nas utwór „Counterpoint” – na pokuszenie:

Ambientalna gorączka. Fever Ray.

W marcu tego roku światło dzienne ujrzał kobiecy ambient pod pseudonimem Fever Ray. Mroczny, eteryczny, nasączony elektronicznymi odgłosami mistyki unoszącej się nad wieczorną łąką tajemnic. Klimat znany niektórym z utworu grupy Röyksopp pt. „What Else Is There”, w którym wokalnie udzieliła się Karin Elisabeth Dreijer – sprawczyni płyty i nosicielka zapachu chłodnej nocy, znana z duetu The Knife, który jednak niewiele ma wspólnego z jej solowym wydawnictwem.

To, czym uraczyła ludzi Fever Ray jest znacznie głębszym doznaniem, pełniejszym i przejmującym, swoistym dreszczowcem, który oniryczną magią oplata słuchacza, zabierając go do ciemnego lasu duchowych przygód. Czuć na skórze zmęczone czekaniem pożądanie ziejące z każdego konaru drzewa, o który ociera się ezoteryczny głos Karen – skąpany w elektronice nadaje płycie wyjątkowego klimatu zimnej północy. Nastrój irlandzkich wrzosowisk miesza się tu z surowością Skandynawii i wyspiarskim wyobcowaniem tożsamym z miejską alienacją.

„Keep The Streets Empty For Me” jest kawałkiem, który może służyć za inicjację rozgorączkowanej emocjonalnie awentury z Fever Ray, bo momentalnie wciąga w mroczną duszność i rozbudza pragnienie na więcej. Na płycie wyróżnia się też „When I Grow Up” z poruszającym beatem i mistycznymi świstami albo bardzo melodyjny „Triangle Walks”. Cały krążek uzależnia, więc jeśli zdecydujecie się na ten kosmiczny voyage, to przygotujcie się na długi trans i ekstatyczny odlot. Przyjemnie zaboli.

Fever Ray „Fever Ray”

Magda Kotowska

Maqama głosem sumienia

Dawno nie mieliśmy na polskim rynku aż tyle żywej ideologii w muzyce. Maqama debiutuje trudną tematyką i adekwatnie ciężkim brzmieniem. Za tajemniczo brzmiącą nazwą kryje się czwórka artystów alternatywnych tworzących już wcześniej pod różnymi szyldami. Wraz z Kamilem Haidarem (projekt Shahid) na płycie zagościł świat arabski i to on zdominował klimat, tekstowo i dźwiękowo.

Mamy do czynienia z potężnym ładunkiem trudnych emocji i ciężkich brzmień, przeplatanych wątkami etnicznymi za sprawą liry korbowej i lutni oud. „Maqamat” (z arabskiego – zbiór wędrownych anegdot) otwiera transowy „Exile”, wprowadzając w niskie tony emocji. Nastrój gitarowej grozy przeplata się z arabskimi instrumentami i gościnnymi elektro-wstawkami Rafała Praczasa Kołacińskiego. Kolejne utwory odtwarzają nowe fragmenty przypowieści – gorzkie refleksje, towarzyszące obcowaniu na afrykańskiej ziemi cierpiącej pragnienie i zwątpienie w dobro. Okazuje się, że czas nie leczy ran, a jedynie tępi zmysły. Haidar grzmi o niesprawiedliwości, bólu, rezygnacji i absurdzie nieustannej walki o życie. „Darfur” wykonywany wraz z Gutkiem sprawia, że włos jeży się na głowie, a ciało przenikają dreszcze. Przekaz dopełnia mocne rockowo-metalowe tło. Trudno pozostać obojętnym na takie przesłanie.

Zespół zatroszczył się również o wizualną stronę uświadamiania mas. Okładka i zdjęcia z prywatnego archiwum są unaocznieniem tekstów; ujawniają paradoksy rządzące przestrzenią nieustającej walki, gromów tragedii, przemocy i destrukcji.

Wypada tę płytę znać.

„Maqamat” Maqama

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl