Archiwa tagu: feminizm

Kobieta w świecie muzyki

Nie trzeba prowadzić statystyk, żeby się zorientować, iż większość recenzji płytowych pochodzi spod męskiego pióra, że to Marek a nie Marysia stworzyli audycję wszech czasów, że to Beatlesi, Zeppelini i Stonesi a nie Spice Girls wyczarowali muzyczne legendy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno przedstawiciele Marsa jak i obywatelki z Wenus odczuwają muzykę tak samo intensywnie. W wymiarze wrażeń płeć nie ma znaczenia. A jednak postać kobiety zminoryzowana jest na korzyść męskich tworów, ich koncertów i wydawnictw płytowych.

 

Nie jest tajemnicą, że bogaty wszechświat muzyki zdominowali mężczyźni i że to oni tworzą to dźwiękowe imperium. Nawet gitara w ich ręku prezentuje się lepiej, nie wspominając o niekwestionowanej jakości nut, które wybrzmiewają spod ich palców. To tłumaczy, dlaczego muzyka to konik większości przedstawicieli męskiego gatunku. I dziwić też nie powinno, że poświęcając się tej pasji, zakładają wydawnictwa muzyczne czy portale internetowe, zapraszając do współpracy dusze bratnie swojej płci, bo łączy ich tożsamość przeżyć. Ale gdzie w tym intrygującym świecie miejsce dla kobiet i dlaczego jest nas w nim nieproporcjonalnie mniej?

Dama to natchnienie, muza, bohaterka tekstów, prowokatorka ekspresji męskich uczuć, postać, której zawdzięczamy najbardziej kultowe muzyczne uczty w wykonaniu kucharzy nut. To jej rola pośrednia. Ale przecież zaistniała także kobieta jako artystka, tekściarka i wokalistka. Założyła nawet własny biznes i zebrała babską ekipę chętnych do naśladowania męskich zabaw dźwiękiem. Na przestrzeni wieków podejmowała wraz z koleżankami wiele prób zaistnienia na twardej scenie, ale za każdym razem logo jej ekipy muzycznej kojarzyło się z ideologią, nie dźwiękiem, z szumem, nie z głębią. Związane to pewnie było i jest z koniecznością walki o własne prawa, o samodzielność, o chęć udowodnienia własnej niezależności, wartości i siły. W grupie raźniej. Można uznać, że czysto babskie dzieła to nie tyle muzyka, co manifest. Na dowód przytoczyć wystarczy takie twory jak feministyczny Emancypunx czy ruch Riot Grrrl zorientowane na krzewienie kobiecych praw i wolności. W takich projektach niewiasta sprawdza się doskonale. Regularnie zaznacza na mapie płci swój byt i przypomina głośno o swojej wartości.

Rzut oka na polską scenę kobiecą owocuje zanotowaniem takich jaskrawości jak Mass Kotki, Los Trabantos, Andy czy Duldung. To niezwykle ciekawe z j a w i s k a. Ich istnienie jest jednak bardziej zabawą, swobodnym głosem wyzwolonych kobiet, potwierdzeniem damskiej kreatywności i energii niż profesjonalną produkcją dźwięków. Świetnie, że działają, bo babski świat jest studnią emocji, którym potrzeba ekspresji i zrozumienia, a organizacja zlotów typu Mia100 Kobiet czy Lady Fest tylko potwierdza jak wielkimi aktywistkami są przedstawicielki stereotypowo słabszej płci. Wnioskować można, że współpraca kobiet rodzi wielkie twory. Dla jednych będzie to przede wszystkim muzyka przyprawiona ostrym sosem ze słów, dla innych ideologiczny przekaz z muzyczną wkładką. Kwestia interpretacji.

Ja jednak byłabym ostrożna w porównywaniu typowo kobiecych kapel z ich męskimi odpowiednikami. I choć w takim zestawieniu wyszłybyśmy blado, to w kategorii artystów solowych śmiało konkurować możemy z facetami. Nie wiem, na czym polega ten fenomen, ale kobieta tworzy genialne kreacje w samotności, ewentualnie przy skromnym udziale męskiego ramienia. Pracując indywidualnie i niezależnie uwydatnia swoje niekwestionowane zalety i przewagi w stosunku do męskiego świata. Potrafi ująć całą paletę zagmatwanego wnętrza w jednym zdaniu, prawidłowości życia zawrzeć w drugim, wyrazić nastrój tysiąca ludzkich jednostek w kolejnym. Jest głosem narodu. Jej twórczość to wielka jakość muzyczna, literacka i osobowościowa. Nie trzeba przeczesywać gąszczu swoich doświadczeń muzycznych, żeby przypomnieć sobie o polskich osobowościach. Nosowska, Chylińska, Przemyk, Peszek, czyli siła kruchości, buntownicza delikatność, ostra inteligencja i wyrazistość nieprzeciętności w jednym. Echo ich głosu słychać w najdalszych zakątkach świadomości. Zakotwicza się w pamięci obu płci, automatycznie budząc podziw i szacunek, odkrywając niezwykłe walory kobiet i solidaryzując się z ich uczuciami. Każda z nich jest inna, ale łączy je ta sama wrażliwość i niezgoda na schematy. O ich wartości i talencie najlepiej świadczą ich własne twory. Nie szaleją w protestach przeciwko szowinizmowi, nie eksperymentują z aparycją. Przeciwnie. Działają wnętrzem, co rodzi genialne słowo zasilane niebanalnym głosem i tworzy wokół nich aurę niesamowitości. Wszystko jest subtelne i wyraźne jednocześnie. Bogate dźwiękowo i treściwe, choć nie zawsze lekkostrawne. Zwłaszcza dla Panów. Nie każdy jest w stanie zaakceptować fakt, że pewnego dnia dama serca odkryje przed nim swoją siłę, wykrzykując stanowczo:

Nie nazywaj mnie kukielką,
Kotkiem swym
Lepiej milcz!
Żaden ze mnie ptyś,
Żadna ptaszko-mysz
Lepiej milcz!*

 

I skończy się era poddaństwa emocjonalnego, ze słownika partnerstwa zniknie żabka, klaczka, bejbe, miś. Mężczyzna stanie przed ekscytującą koniecznością akceptacji nowego oblicza swojej połowy. Jego życie nabierze ponownie sensu, bo oto niewiasta poraziła go przemianą osobowości. I chwyci chłopiec za gitarę, bo poczuje zew przygody. Zaintonuje za Kiedisem „blood, sugar, sex, magic, she’s magic!” i natchnieniem przepełniony o proweniencji kobiecej stworzy muzyczny przebój, co odzwierciedli uczucia tysiąca partnerów wyemancypowanych dam.

I tu wracamy do punktu wyjścia, którym, przypomnę, jest niepodważalna rola kobiety w muzycznym imperium. Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości? Jeśli tak, to odsyłam do kultowych męskich tworów, które bez udziału kobiety nigdy by nie powstały.

 


* Hey „W imieniu dam”

Reklamy

Kobiety, zapuszczajcie ogrody!

Maria Avaria

Poszłam po rozum do krowy i kupiłam płytę Marii Peszek – awaryjnie, na wypadek chęci połaskotania intelektu.

Trudno skupić się tu na muzyce, bo rolę pierwszoplanową gra wyrafinowane tekstylnie słowotwórstwo autorki. Właśnie za ten wyrazowy surrealizm lubię ją najbardziej. Na pierwszy rzut ucha to tylko abstrakcje bez pokrycia. Percepcja zmienia punkt odniesienia, gdy skupimy się na sensie przesłania. Bo takowy jest. W każdym zdaniu inteligentnie ukryty.

To autentyczny steryd dla zmonotonnionej wyobraźni i uśpionej tekściarskimi dolinami kreatywności. To „wulgaryzm magiczny” jako nowy gatunek literacki. A o czym te piosenki? O kobiecie. Wszechzmiennej i nie prostej. O jej kokieterii, która przyzwala na pielęgnowanie wewnętrznych sprzeczności i całkowitą akceptację antagonistycznych ról społecznych. To portret współczesnej kobiety wyzwolonej. Seksownej kury domowej i kolekcjonerki męskich wzwodów, co lubi tańczyć hujawiaka. To rewolucja w socjologii! Zerwanie ze stereotypem dążenia do wymuszonego, sztucznego piękna. Peszek zapuszcza ogrody dla własnej wygody i śpiewa o sobie: „ja, metr pięćdziesiąt dwa dziko rosnącego nieba”. Udowadnia też, że niedzielny rosół nie musi kojarzyć się tylko z domowym obiadkiem. A i obiadek nabiera tu głębszego znaczenia, bo danie główne staje się marzeniem każdego wygłodniałego erotycznie mężczyzny.

Mam wrażenie, że wiele kobiet odnajdzie w Marii Awarii uparcie ukrywaną siebie – poza normę wystrzeloną i wykolejoną. Może czas najwyższy oswoić się ze swoją płciową innością i uznać ją za wyróżnienie? W jednym z wywiadów Peszek wyliczyła trzy typowo męskie cechy, które świadczą na korzyść płci żeńskiej: masochizm logiką czyniony, brak zaawansowanej emocjonalności ze skłonnością do histerii i zanik autoironii. Kobieta posiada tych cech w nadmiarze, dzięki czemu jej zmysłowość jest spotęgowana; sprawia, że staje się pistoletem z nabojami seksualności i artystycznej płodności.

Najbardziej satysfakcjonujący jest jednak fakt, że nowa kreacja Peszek stanowi tak wspaniałą przeciwwagę dla dotychczasowej bogini – Bridget Jones. Ubierając słowa w przyjemne muzyczne szemranie, wprowadza w lekką hipnozę… Mnie to nawilża. Idę robić rosół!

Maria Peszek „Maria Awaria”

Magda Kotowska