Archiwa tagu: Film

Zwyczajność triumfuje – konkurs Nowe Horyzonty 2010

Postawiłam w tym roku na Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty. Po rozkoszach typu „Tlen” czy „Burrowing” liczyłam na dosłowną powtórkę z rozrywki. Niestety, wyszło na to, że nic dwa razy się nie zdarza. Co więcej, jestem oficjalnie obrażona na intuicję, która wyprowadziła mnie w pole rozczarowań i niedosytu. A może po prostu nadoczekiwałam?

reż. Veiko Õunpuu / Estonia, Finlandia, Szwecja 2009

Pierwszym niespełnieniem okazało się „Kuszenie świętego Tonu”, choć tu przynajmniej warstwa wizualno-dźwiękowa zaspokajała kinematograficzny apetyt. Chwilę później doświadczyłam dotkliwej niestrawności, gdy przyszło mi zmierzyć się twarzą w ekran z „Trash Humpers” – najbardziej zdziwaczałym wytworem reżyserskiej wyobraźni i potrzeby kreacji. Nadal wątpię, by Korine miał cokolwiek do przekazania, ale uważam, że film powinien był zostać zaprezentowany w innym cyklu, najlepiej dotyczącym sztuki. Z góry wiązałoby się to z większa tolerancją w odbiorze i zminimalizowałoby dyskredytację tego filmu. Bo chyba nie chodziło o to, by po seansie każdy kosz na śmieci kojarzył się z bandą odrażających kopulantów?

Dawki ulgi doznałam przy okazji „Amer” – świetnie rokującego obrazu, który z czasem znudził swoją formą. Niewątpliwie należał jednak do perełek, choćby pod względem przyjętej, starodawnej konwencji, genialnych zdjęć i ujęć oraz wszechobecnej gry zmysłów skupionych wokół strachu i erotyzmu. Po „Amer” przestałam już nadoczekiwać i pogodziłam się z niskawym poziomem konkursu, dzięki czemu nie podłamała mnie „Paszcza wilka” i nie załamał „Podróżuję, bo muszę, wracam, bo cię kocham”. O ile pierwszy z nich, pomimo dominującej poetyckości, rozwijał jakiś kłębek fabuły doprawiony humorem, o tyle portugalskie kino drogi nie wiązało się z żadną wartościową emocją, począwszy od strony wizualnej, a skończywszy na przesłaniu, którego, zawsze szukam, a tu nie znalazłam.

„Mama” reż. Nikolay i Yelena Renard, Rosja 2010

Sytuację uratowała w międzyczasie „Mama” – konwencja minimalizmu miała tu przynajmniej swoje uzasadnienie. Spokojna i nudna rutyna doskonale odzwierciedliła relacje między otyłym synem a nadopiekuńczą matką, której miłość ważyła za dużo. Wszystko bez słów, zbędnych decybeli i ognistych form ekspresji, a jednak niezwykle wymownie. Po seansie byłam przekonana, że już nic lepszego mnie nie spotka, ale na szczęście się pomyliłam.

„Zwyczajna historia” reż. Anocha Suwichakornpong Tajlandia 2009

„Zwyczajna historia” okazała się swoistym zbawieniem, autentycznym ratunkiem dla kinematograficznego ducha, który już zamierzał opuścić moje ciało, by dekadencko żulić się w knajpie. Film tajskiej reżyserki Anochy podbił moje serce. Jego prostota i zwyczajność przeplatały się z symbolicznymi obrazami żywiołowego kosmosu, poezją myśli i progresywnymi dźwiękami, doprawionymi eterycznym shoegaze. Reżyserka na spotkaniu wspomniała, że jej obraz zawierał sporo odniesień do polityki i podziału społecznego w Tajlandii, jednak trudno było to wychwycić. Dla mnie „Zwyczajna historia” to po prostu wzruszająca opowieść o przyjaźni, a także metafora ponownych narodzin ducha i ciała. Przede wszystkim jednak stanowi zgrabny mariaż pięknej prostoty, poezji, ludzkich wartości, genialnej muzyki i kosmicznej symboliki, która zostawia pożądane znaki zapytania.

Reszty filmów konkursowych nie widziałam, więcej rozczarowań nie pamiętam. Wierzę, że przyszłoroczny zestaw będzie lepszy (ten mógłby wejść do cyklu „Shit year”). Jak to mówią: nadzieja umiera ostatnia – dziś doliną, jutro górą!

Na koniec ułamek dźwiękowego odlotu. I am Ying zespołu Furniture, który słychać w „Zwyczajnej historii”.

Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska

npdst. notki własnej z Filmaster.pl

Reklamy

ENH 2010 ex post

Filmowe wakacje trwają. Podczas gdy parzysta garstka delegacji Nekręcaczy rozkoszuje się urokliwą swojskością w Zwierzyńcu, druga część dochodzi do siebie po ENH 2010. Ponieważ czas jest na wagę złota, to musiałam ograniczyć się do fastfoodowego podsumowania z wykorzystaniem wrażeń ex post spisywanych regularnie na Filmasterze. Odnotowuję triumf Herzoga i Xaviera Dolana. Poniżej recenzje filmów, które mnie nakręciły. Kolejność wpisów nieprzypadkowa, rosnąca, stopniująca zadowolenie. Skala ocen: 6-10.

Dziwny przypadek Angeliki (O Estranho Caso de Angélica), 2010 reż: Manoel de Oliveira

Przykład na to, że we własnym filmie reżyser może sobie strzelić samobójczą bramkę. Świetny początek. Genialne wprost zdjęcia. Ujmująca muzyka doskonale komponująca się z estetyką obrazu. Lekkie zniesmaczenie banałem, gdy główny bohater popada w obłęd zakochania od pierwszego wejrzenia w zmarłej piękności. Potem wspomniany samobój, tj. scena szalonego biegu do dosłownej utraty tchu na wieść o śmierci ptaszka z klatki. Po pięknym, poetyckim filmie został pusty śmiech i rozczarownie.

Upadek anioła (Melegin düsüsü), 2005 reż: Semih Kaplanoglu

Nie widziałam pierwszych 15 minut, ale liczę, że specjalnie nie zakłóciło to odbioru. Wymowny film. Powracający motyw zniewolenia kobiety. Przez religię (nawet jeśli out of use). Przez tradycję. Przez ojca. Jednocześnie wielka potrzeba wyzwolenia – scena na balkonie ładnie spuentowała film. W tym temacie moim guru jest „Głową w mur” i nic go nie przebije. Tym bardziej podejście minimalistyczne, dalekie od emocji, które tworzy Tsai. Jakkolwiek, obraz wartościowy.

Uzak, 2002 reż: Nuri Bilge Ceylan

Jak to u Ceylana: powoli, melancholijnie, dekadencko. Mieszczuch intelektualista zestawiony z wiejską prostotą. Co ciekawe, oba obiekty porównania wychodzą „na zero”, są tak samo zniewieściałe i siebie warte. Mahmut i Yusuf są sami i samotni. Wygląda na to, że mieć nie znaczy być, a w obliczu życiowej pustki intelekt nie pomaga. Świetne zdjęcia – jeszcze autorstwa reżysera i całkiem pożyteczne spotkanie po seansie. Z mocnym przesłaniem: przeintelektualizowanie jest złem!

Kobieta jest kobietą (Une femme est une femme), 1961 reż: Jean-Luc Godard

Jestem zauroczona Godardem. Błyskotliwością, socjologiczną prawdą, poczuciem humoru, trafnością obserwacji, niekonwencjonalnością przedstawiania relacji międzyludzkich. „Kobieta jest kobietą” to socjologiczny klasyk. Przednio się ubawiłam!

Hadewijch, 2009 reż: Bruno Dumont

Różne oblicza miłości w świecie głębokiej wiary. Film rozlicza się z ludzkimi wyobrażeniami o Bogu. Pyta, jak ziemskie, kobiece ciało ma się oddać miłości do Jezusa utożsamianego z mężczyzną z krwi i kości? Jak poradzić sobie z uczuciem i potrzebą cielesnej bliskości? Czym w ogóle jest cnota miłości? Orężem w wojnie o sprawiedliwość i bronią fundamenstalistów czy wiellkim cierpieniem? To także film o samotności, potrzebie ciepła i gorzkim materializmie. Warto.

Jej droga (Na putu), 2010 reż: Jasmila Zbanic

O tym, w co przepoczwarza się zgrane partnerstwo, gdy połowa duetu rewolucjonizuje swój system wartości w dążeniu do świętości. O tym, że nie znamy dobrze siebie, a co dopiero człowieka, z którym żyjemy. O potędze przemiany i jej konsekwencjach. O sile duchowości i ludzkiej potrzebie obcowania z niematerią wyższą. O konflikcie między wygodnym hedonizmem a regułami religii. O stereotypach. O trudnej sztuce wyboru. O miłości. Bardzo dobry film z dobrą muzyką, zdjęciami i z dziwnym zakończeniem.

O bogach i ludziach (Des hommes et des dieux), 2010 reż: Xavier Beauvois

Mam mieszane uczucia. Możliwe, że za wiele od tego filmu oczekiwałam (jako sensu na otwarcie). Brakowało mi „mocniejszych akcentów”, może większej dramaturgii?
Wymownie ukazany czysty portret chrześcijaństwa, w tym moc wiary i zwątpienia, bezwarunkowej miłości do bliźniego – brakuje takich świadectw dzisiaj, w erze dekonspiracji Kościoła „od kuchni”. Przepiękna, wzruszająca scena „ostatniej wieczerzy” – dla mnie kluczowa.

Kosmos, 2010 reż: Reha Erdem

Balsam dla duszy po bezużytecznym Trash Humpers. B. ładny film. Dużo symboliki w zestawieniu zwierzęcia z człowiekiem, dobra ze złem, sił nadprzyrodzonych z ziemską rzeczywistością, uzdrawiania ciała z nieuleczoną duszą, potęgi człowieka i jego niemocy w obliczu siły wyższej. Kosmos – niebieski ptak pełen miłości i naiwności – namiastka dobra, która próbowała zbawić kawałek świata. No i świetna scena atawistycznych zalotów (godowe okrzyki i symboliczne pazury namalowane lakierem do paznokci).

Życie z wojną w tle (Life During Wartime), 2009 reż: Todd Solondz

Bardzo zgrabne połączenie humoru i ważkości spraw. Świetna, płynna gra emocjami widza: szczery śmiech przeplatany głębszą refleksją, czyli wilk syty i owca cała. Trafione i wyraziste kreacje aktorskie. Zdrowa dawka dystansu i kinematograficznej lekkostrawności. I znowu w „szczęśliwym” Capitolu.

Synu, synu, cóżeś ty uczynił? (My Son, My Son, What Have Ye Done), 2010 reż: Werner Herzog

Studium szaleństwa mordercy jako próba odpowiedzi na pytanie o przyczynę zbrodni. Przerażający protagonista, ale wcale nie mniej niż jego matka i jej chorobliwa miłość. Świetna gra aktorska, znaczące, symboliczne ujęcia i genialna muzyka (m.in. Caetano Veloso i Chavela Vargas). Do tego ujmująca pierwsza scena i dawka typowego dla Herzoga „poczucia humoru”. Mocne 8.

Wyśnione miłości (Les amours imaginaires), 2010 reż: Xavier Dolan

B. dobry. Daję 8 za wysmakowane zdjęcia i przyjemność estetyczną, za doskonałe obnażenie międzypłciowych gierek, skutków hormonalnych eksplozji i głupstw czynionych pod wpływem rezonansu magnetycznego, zwanego chemią. Przegenialna muzyka. Miłość, bang bang!

Zły porucznik (Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans), 2009 reż: Werner Herzog

Koka. Zakochana iguana puszczająca oko. Trup tańczący break-dance. Dziarski Cage. Weed. Fuckin’ happy ending. Capitol grzmiący od śmiechu. Owacje prawie na stojąco. To musiał być Herzog? Pytam, bo po raz kolejny (po Synu…) zostałam rozkosznie zaskoczona! Nie spodziewałam się po Herzogu aż takiej wszechstronności reżyserskiej! Oficjalnie oddaję mu swoją duszę. Oh yeah.

Era Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska

Gdy mleko matki określa smak życia…

„Jeśli czerwień oznacza pasję, to chcę zanurzyć się w twojej menstruacji” – peruwiański sposób na podryw pozostawia wiele do życzenia. Z pewnością też nie ośmiela kobiety, która ze strachu przed mężczyznami nosi w intymnym miejscu wypuszczające pędy warzywo. Tylko obrzydliwość może zniechęcić obrzydliwych…


Fausta wyssała z mlekiem matki gorycz życia. Według indiańskich wierzeń dziecko karmione „zastraszoną piersią” naznaczone jest piętnem bólu i niepokoju i ono właśnie ciąży nad młodą dziewczyną. Jedyne, co przynosi jej ukojenie, to śpiew, który łagodzi strach i żałość. Syrenia delikatność głosu Fausty kontrastuje z powagą uczuć, do których sama układa melodie, a subtelna szczerość śpiewu porusza do głębi.

Fausta cierpi z powodu gwałtu na matce, ale skrycie pragnie uwolnić się od bolesnej przeszłości. Godny pogrzeb starej Indianki ma być dla obu wyzwoleniem, odzyskaniem wolności, powitaniem ze światem. Nie łatwo jednak zorganizować pochówek w odległej Limie, gdy pieniędzy brakuje nie tylko na trumnę, ale nawet na transport. Mimowolnie więc zabalsamowane ciało zmarłej matki staje się świadkiem hucznych uroczystości weselnych, przy okazji ujawniających absolutny kicz i tandetę peruwiańskiej wioski i jej stylu życia. Z wielkim zdziwieniem ogląda się tę pustkę, zmagania z zabobonami, farsę rodzinnych rytuałów, zwłaszcza, że towarzyszy temu nastrój prostej szczęśliwości, nietkniętej filozoficznymi rozważaniami nad sensem życia. W tym swojskim galimatiasie młodziutka Fausta przeżywa wewnętrzne katusze, które są jednak częścią wędrówki ku wolności i oswojeniu z mężczyzną. Dobry ogrodnik wie jak sprawić, by roślina rozkwitła…

Film Claudii Llosy jest minimalistyczny, ale bardzo wydajny – pokazuje dużo w sposób subtelny. To kino symboliczne, osadzone w podejrzanie nieracjonalnych wierzeniach i rytuałach, ale dzięki temu ujawnia całe bogactwo peruwiańskiego folkloru – uniwersalnie prostego, ale kulturowo unikalnego. Zestawienie wiejskiego kramu rodzinnych bagatelek z poważną postacią Fausty uwydatnia uczucia kobiety skrzywdzonej i zalęknionej, ale jednocześnie spragnionej miłości, bezpieczeństwa i swobodnego oddechu.  Chęć życia sprawia, że katharsis jest możliwy…

„Gorzkie mleko” (La teta asustada) reż. Claudia Llosa

Magda Kotowska

Ludzie na TAK

Oto świetny dokument następców Michaela Moore’a. O tyle lepszych, że bardziej autoironicznych i obdarzonych wielkim poczuciem absurdalnego humoru.

Yes-mani to antyglobaliści, jakich powinno być więcej. Działają poprzez happeningi, ale przygotowywane z wielkim rozmachem. Podszywają się, w szczytnych celach wykorzystując kłamstwo, za ważne osobistości z rządu czy przedstawicieli prywatnych, wielkich korporacji, obnażając ich obłudę i brak szacunku dla ludzi. Dowodzą, że ci, którzy mają istotny wpływ na świat, środowisko czy społeczeństwa, wyznają kult wolnego rynku, za wszelką cenę chcąc uniknąć interwencji „przeszkadzającego” rządu. A co najważniejsze – robią to prześmiewczo, w szalonym stylu znanym z dokonań choćby Pomarańczowej Alternatywy.

Co ciekawe – Yes-meni, jak sama ich nazwa wskazuje, stosują metodę przytakiwania rozmówcom, przez co ci – zachęceni, że ktoś się z nimi zgadza – mówią więcej, zdradzając przy tym swoje prawdziwe opinie. Oto dowód, że sztuka słuchania popłaca. Okazuje się też, że nawet poważna stacja telewizyjna BBC bez żadnej weryfikacji wierzy, że człowiek podający się za ważną szychę, jest nią w rzeczywistości. Z kina wychodzi się więc pełnym energii, że każdy z nas może coś zmienić.

I tu rodzi się pytanie, czy cel uświęca środki? Czy kłamstwo jest usprawiedliwione poprzez skutki? Temat to znany filozofom od dawien dawna, a wciąż pozostający nierozstrzygniętym. Odpowiedzieć na te wątpliwości musi więc sobie każdy z nas z osobna.

Przyczepić mógłbym się właściwie do jednego – nieco irytującej bezstronności i hurra-optymizmu. Yes-meni są daleko bardziej skorzy do przyznawania się do własnych błędów, dopuszczając do głosu innych w przeciwieństwie np. do wspomnianego Michaela Moore’a, ale jednak z filmu bije przekaz, że to oni są tymi dobrymi, a ludzie, przeciwko którym protestują, są po prostu źli i śmieszni, bo głupi. Na szczęście nie jest to aż tak natarczywe, autorzy dokumentu starają się zachowywać jednak jako taki obiektywizm, a i rozumiem ich podejście – wszak to swego rodzaju dokumentalna burleska.

„Myślisz, że naprawiliśmy świat?”, pyta na końcu filmu główny bohater drugiego. „Jasne, że nie. Minęło tylko półtorej godziny, tyle trwa ten film. Nie da się w takim czasie naprawić świata”. A więc do dzieła! Naprawiajmy świat codziennie po kawałku. Każdy z nas może być Yes-menem.

PS A tu jeszcze ciekawy tekst o Yes-menach.

„Yes-meni naprawiają świat”, reż. Andy Bichlbaum, Mike Bonanno, Kurt Engfehr

Kuba Knoll

„Heima”. Islandia, Sigur Rós i źródło ludzkiej natury.

Prawdą jest, że do pewnych rzeczy trzeba w życiu dojrzeć. Popularne stwierdzenie głoszące, że na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce spełnia się każdorazowo, także w przypadku przekazów kulturowych, które rzucają nowe światło na naszą percepcję, poszerzają horyzont widzenia, zwiększają zasięg marzeń o kolejne cele i punkty na mapie doznań, a wreszcie unoszą w radosnym podekscytowaniu, bo okazuje się, że naszym udziałem stał się świeży zachwyt windujący duszę w niebiańskie przestrzenie nadziei na spełnienie błyskotliwego zamiaru, zbliżającego nas do stanu chwilowej szczęśliwości i wyzwolenia.

I ja dojrzewałam przez długie miesiące, by zachwycić się absolutnie Sigur Rós i Islandią – puszczą amazońską Północy, konserwującą naturalne środowisko życia człowieka i jego pierwotne wnętrze zarazem. „Heima”, bo o tym filmie mowa, jest chyba najwspanialszą wizytówką tej mistycznej wyspy pozostającej w nastroju wstrzemięźliwości wobec znowocześnionej, ztechnologizowanej, mechanicznej, zurbanizowanej, zagubionej i pogrążonej w chaosie Reszty Świata.

Obraz pokazał, że „cywilizowany” nie musi oznaczać zmaterializowany, wrzaskliwy i w ciągłym pośpiechu. Urzekająco proste i skromne sylwetki członków Sigur Rós wzruszają dogłębnie, bo niewiarygodną wydaje się tak szczera i pozbawiona szpanerstwa postawa wobec życia, świata i pokus sławy, zwłaszcza po odbyciu światowej trasy koncertowej. Po serii pięknych występów zespół powrócił na Islandię z poczuciem spełnienia, ale i wielką radością człowieka spragnionego domu, kontaktu z żywą Naturą, spokojem, kojącym pejzażem i… źródłem natchnień niebiańskiej muzyki, która zahipnotyzowała miliony ludzi spoza wyspy.

Sigur Rós nie jest kolejną kapelą grającą jakieś dźwięki. To zjawisko. Każda nuta opisująca te melodie wypływa z głębin duszy, bierze początek w naturze ludzkiej – czystej, nieskażonej konserwantami zmagdonaldyzowanego świata i napędem koni mechanicznych. Urbanizacja, pomimo mnóstwa profitów, tworzy przecież sztuczne środowisko dla Życia, budowane na potrzeby rozwoju, materializacji bytu i funkcji myślenia, której krzywa niebezpiecznie oddala się od osi najważniejszych wartości. A i ten system ulega załamaniu. Tradycyjna i uniwersalna etyka dopasowywana jest obecnie do kultury korporacyjnej, tracąc pierwiastki ludzkie, naturalne, prawdziwe. To paradoks, bo przecież  rdzennych wartości ludziom właśnie brakuje! Zamknięci w ciasnych klatkach, spacerujący po betonowych chodnikach, wyalienowani, obawiający się uzewnętrznia gubią sens, bo nie potrafią się zatrzymać, a nawet jeśli próbują, to nie pamiętają już, co znaczy głośna cisza…

Dlatego ludzie ci,  zetknięci z muzyką Sigur Rós, zatapiają się w czymś, co jest im bliskie, co porusza nie nastrojony od lat wewnętrzny instrument wrażliwości; wpadają w trans islandzkiego seansu z pierwotną naturą i ponadczasowością, dokonując wizualizacji refleksji nad własnym bytem, czasem rewolucjonizując system etyczny i zawracając z bezdusznej ścieżki wiodącej do krainy posiadania. Przynajmniej na czas projekcji zapisu trasy koncertowej Sigur Rós po swojskich i magicznych miejscach Islandii.

Czy ktoś po takim seansie nie chciałby przywdziać wełnianego swetra, usiąść wśród zielonych wzgórz przy ognisku, wdychając rześkie, czyste powietrze krążące w przestrzeni nieograniczonej surowością tkanki miejskiej i zatapiając się w dźwiękach niebiańskiej muzyki, usłyszeć siebie i dotknąć odłamka szczęścia? Albo zagrać na instrumencie zrobionym ze stuletniego rabarbaru i nie zostać uznanym za dziwaka? Na Islandii można „być sobą”.

„Heima” reż. Dean DeBlois

Magda Kotowska

Trwa właśnie tournée Ery Nowe Horyzonty. Polecam skromny, niskobudżetowy obraz „Każdy myśli swoje” – stworzony przez współczesnych freaków, tj. tych, którzy za Thoreau przypominają o nierozerwalnym związku człowieka z Naturą. Niech to będzie kontynuacja przesłań „Heimy” albo ich prolog.

„Gigante”, czyli zwyczajnie o zakochaniu

Adrian Biniez debiutuje kinematograficznym minimalizmem nacechowanym zwyczajnością bytu, przeciętnością sylwetek bohaterów oraz ich ambicji zawodowych. W opozycji do komercyjnych komedii romantycznych argentyński reżyser zainwestował w mało atrakcyjną obyczajowość, rezygnując z mydlenia oczu słodyczą pięknych aktorów, niesamowitością ich przygód, zbiegów okoliczności, intryg i bajkowej konwencji w ogóle. I co? Okazało się, że na tę szarość bytu jest popyt, bo film triumfował na festiwalu w Berlinie.

Biniez kreśli portret ochroniarza supermarketu, podkreślając banalność jego życia opartego na szeregu rytuałów, monotonii, powtarzalności i emocjonalnej nudzie. Co ciekawe i w jakiś sposób ujmujące, bohater daleki jest od malkontenctwa. Można uznać, że „robi swoje”, godząc się na schematyczność codzienności. Ma dobre i wielkie serce, proporcjonalnie do swojego wzrostu oraz rozmiarów bicepsa. Słucha ciężkiego rocka, rozwiązuje krzyżowki, zdarza mu się nastawiać kręgi szyjne. Utajonej rewolucji wewnętrznej doznaje dopiero, gdy zakochuje się w sprzątaczce – koleżance z pracy. I tu zaczyna się interesujące studium przypadku człowieka samotnego, który poczuł iskrę nadziei na wyczekiwaną miłość. Jara popada w niegroźną obsesję. Śledzi kobietę, monitoruje każdy jej ruch mopem, wie, gdzie mieszka, jak spędza popołudnia w Montevideo, z kim umawia się na randki. Cała ta inwestygacja jest jednak ujmująca i daleka od fanatyzmu, przeplatana zabawnymi incydentami i niezmiennie zwyczajna.

Właściwie nic w tym filmie nie zaskakuje; brak jakichkolwiek zwrotów akcji. Wiadomo, do czego zmierza bohater, widz życzy mu powodzenia i odwagi. Taka sobie prosta historyjka, która zostawia odbiorę z miłym przeczuciem, że tożsamość muzycznych upodobań może być dobrym początkiem kształtowania relacji. Ciekawy obraz, choć mam wrażenie, że pod prostotą (uznaną w Berlinie za innowacyjność) zabrakło głębszego fundamentu. Biniez, prócz reżyserowania, gra ze swoim zespołem tzw. niezależny pop i wygląda na to, że właśnie ten gatunek przeniósł na ekran. Film jest strawny, lekko undergroundowy, ale nie wybitny.

„Gigante” reż. Adrian Biniez

Magda Kotowska

Nowe Horyzonty filmu

Po raz kolejny stwierdzić trzeba fakt: wszystko, co dobre szybko się kończy. Po tygodniowej okupacji kina, wnikania w poszczególne wątki obcego życia, utożsamiania się z emocjami bohaterów, wdrażania w codzienny rytm kolejek na seans i do toalety, zmagania się z klimatyzacją, dzielenia jednej przestrzeni powietrznej z setką regularnych oddechów, tożsamości odczuwania specyficznego klimatu ekscytującej swojskości, gdy gasną światła i startuje film –  trudno powrócić do szarówki, zmierzyć się z jasnością dnia, nie wspominając o doskwierającym braku wrażeń kinematograficznych.

Tu zbawieniem okazuje się forum dyskusyjne (forum.enh.pl) umożliwiające trwanie w uzależniającym stanie oszołomienia, jednoczące wszystkich, dla których festiwal mógłby się nie kończyć. O tym jak wielkie psychologicznie znaczenie posiada świadczy fakt, że po wyczerpaniu wątków konkretnie filmowych, porusza się tematy dość abstrakcyjne, celowo pobudzające aktywność uczestników, pozwalając tym samym regularnie odrywać się od uciążliwej monotonii obowiązków jednostkowego życia – dalekiej od przestrzeni kina.

Najbardziej satysfakcjonująca jest świadomość, że uczestniczyło się w zjawisku zaawansowanym jakościowo, dalekim od filmowych pop-pomyłek (vel pomyjek) oraz gastronomicznych pop-atrybutów. I o ile skomercjalizowanym (trudno tego uniknąć), to nadal alternatywnym, eliminującym wielbicieli podrzędnych hollywódzkich romansideł. Nawet pojęcie masowości nabiera tu pozytywnego znaczenia, bo frekwencja świadczy przecież o tym, że społeczeństwo pragnie uczestniczyć w Kulturze.

Członkowi tej „masowej elity” nie wypada introwertycznie tłumić spostrzeżeń filmowych, więc poniżej prezentuję listę obowiązkową i obliguję wszystkich fanów odkrywania nowych horyzontów do penetracji rzeczywistości w poszukiwaniu tych dzieł. W konkretnych przypadkach wystarczy stały kontakt z repertuarem filmowym, bo niektóre obrazy wejdą wkrótce do dystrybucji w Polsce.

Guy Maddin – geniusz kreatywności, poczucia humoru i czarno – białej estetyki.


Jego „Piętno na umyśle” totalnie zrewolucjonizowało moją percepcję kina. W filmie imponuje przede wszystkim błyskotliwość, która ujawnia się zarówno w dialogach jak i w abstrakcyjności zdarzeń. Pod przykrywką czarnego humoru skrywa się ludzka potrzeba odnalezienia spokoju i dystansu do zwichrowanej przeszłości, dotarcia do źródeł tytułowego piętna.

Tylko u Maddina tęsknotę po zmarłym ojcu rekompensuje szalejący w kołowrotku chomik, a skutki matriarchatu uznane są za nieśmiertelne , niemożliwe do pokrycia nawet przez dziewiczo białe warstwy farby. Powrót bohatera do latarni morskiej, w której się wychował, niesie za sobą zaskakujące wspomnienia, eskalację wielkich emocji i pragnień, prowadzących do przestępstw, występków, zabójstw i innych patologicznych przejawów miłości i jej siostry – nienawiści.

Już nie o latarni morskiej, ale o potędze rodzinnego grajdołka opowiada Maddin w „Moim Winnipeg” – hipnotyzującej historii przestrzeni z dzieciństwa – miasta sypialni – ukołysanej tajemniczym położeniem na skrzyżowaniu żył wodnych. Tu też powraca motyw matki jako piętna na umyśle (jednego z wielu zresztą) i typowy dla reżysera humor. Wiem, że niektórzy są tym filmem absolutnie zachwyceni. Mnie aż tak nie powalił. Bo o ile rzeczywiście wprowadził mnie w stan sennej hipnozy, to stan ten, skutkiem nocnej pory projekcji, okazał się zbyt głęboki 😉 . Ale już w „Najsmutniejszej muzyce świata” w pełni świadomie zachwycałam się pomysłem na szklane nogi wypełnione piwem i ideą konkursu na najsmutniejszą muzykę świata (w którym Polska wygrała z Niemcami;)). Z maddinowskim stylem trzeba się oswoić. Amputować nadmiary wrażliwości i realizmu, a przyłatać do percepcji abstrakcję i dystans. Wówczas odbiór jego filmów będzie naprawdę przednim doświadczeniem.

Tsai Ming -Liang – mistrz minimalizmu i kino azjatyckie


W jego filmach każdorazowo pojawiają się te same motywy, ujęcia, aktorzy, przestrzenie. Zawsze chodzi o samotność, potrzebę ciepła, miłości, zgubną introwertyczność, inność, nieprzystawalność do świata, głupotę religijnych rytuałów i wierzeń. Taka powtarzalność może nudzić i dziwić, ale okazuje się, że wszystko to składa się na swojskość, której widz od kolejnych jego filmów oczekuje. Poza tym, powielające się symboliczne sceny nabierają znaczenia w poszczególnych projekcjach. Odbiorca zaczyna je rozumieć i doceniać ich alegoryczną trafność. Typowe dla Tsaia jest też niesięniedzianie, częstsze w przypadku nowszych dzieł, wieczne ujęcia, przydługie sceny. Można się tym nużącym, na co dzień wywołującym irytację, zjawiskiem zauroczyć i potraktować jako remedium na stałą towarzyszkę życia – niecierpliwość.

Ostrzec muszę od razu przed rozpoczynaniem przygody z Tsaiem od jego najnowszego filmu pt. „Twarz” –  obrazu zrealizowanego na prośbę Luwru, inaugurującego cykl filmów muzealnych. Może właśnie skutkiem artystycznego charakteru zleceniodawcy reżyser zarzucił uwielbiany, skromny minimalizm na rzecz totalnie abstrakcyjnego, przestylizowanego, niezrozumiałego kina. Nawet estetyczne piękno scen i bohaterów nie jest w stanie uratować tego filmu. Tym bardziej warto skupić się na wcześniejszych dokonaniach, choćby „Buntownikach neonowego boga” – z dość wartką akcją czy na projekcji „Która tam jest godzina”, obfitującej w wątki paryskie.

W ramach poznawania kina azjatyckiego polecić wypada również „Nimfę” Pen-Eka Ratanaruanga – obraz nasycony silnymi emocjami, erotyzmem. Uwagę przykuwa jego oniryczny, baśniowy charakter, atmosfera dusznej eteryczności. Ciekawe jest, że właściwym protagonistą w filmie jest drzewo – tajski symbol kobiecej duszy, posiadający tajemniczą moc uwodzenia, jednocześnie kojarzony ze spełnieniem i emocjonalnym niebem. Tu też mamy do czynienia z minimalizmem, co skutkuje wyostrzeniem zmysłów i wrażliwością na najcichszy oddech (w filmie pobudzająco głośny ).

Tyle z retrospektyw. Pora poroztkliwiać się nad obrazami, które publiczność w Polsce będzie miała szansę zobaczyć.

„Tlen” Iwana Wyrypajewa – nagroda publiczności


Nagroda oznacza, że film ma zapewnioną dystrybucję w naszym kraju, pomimo wątpliwości samego reżysera, który obawiał się niezrozumienia filmu skutkiem braku dubbingu. A dubbing jest zbędny! Więcej. On jest niepożądany. W związku tym, że film nakręcono w formie kilkunastu teledysków z powtarzającymi się refrenami, widz nie ma żadnej trudności z jednoczesnym czytaniem napisów, słuchaniem piosenek w rdzennym języku rosyjskim i obserwowaniem poszczególnych scen, a nawet dostrzeganiem ich symboliki i metaforyczności. Całość jest dynamiczna, wymowna i bardzo emocjonalna, tytułowy tlen porównywany natomiast do miłości bliskiej nienawiści (popularny motyw na tegorocznym ENH). Okazuje się, że tlenem też można się zatruć. Na zachętę dodam, że jedną z głównych ról gra nasza rodaczka – Karolina Gruszka.

„Głód” Steve’a McQueenazwycięzca Międzynarodowego Konkursu ENH


To reżyserski debiut doskonały. Film zobrazowuje bolesną drogę do wolności irlandzkich bojowników IRA, wiodącą przez więzienne upokorzenie, regularne naruszanie zasad człowieczeństwa, zwalczanie godności jednostki i epatowanie nieludzkim okrucieństwem przez angielskie służby więzienne aż po śmierć głodową. McQueen przedstawia dramat ludzi honoru, ich wielką determinację w walce o tożsamość, szacunek i przynajmniej ideologiczną niepodległość. Kluczem do zrozumienia kontrowersyjnych metod perswazji więźniów było tu skupienie się na problemie idei w ogóle, ludzkiej godności i patriotyzmu. Człowiekowi, któremu obca jest kwestia walki o wyzwolenie trudno wyobrazić sobie, że honor, ojczyzna i wolność mogą być cenniejsze niż życie. Wbrew pozorom te pojęcia nigdy się nie zdewaluują. W sytuacji zagrożenia zawsze wracają do mentalnego słownika.

O tym przypomina „Głód”, a ja przypominam, by nie zapomnieć o „Głodzie”.

„Każdy myśli swoje” Henrika Hellströma i Fredrika Wenzela – szwedzki hołd Naturze, także ludzkiej


To jedna z pozycji konkursowych. Film o tyle oryginalny, że prezentując grę aktorów – amatorów i mając do dyspozycji bardzo niewielki budżet,  reżyserom udało się tą skromnością trafić do widza, a nawet go zauroczyć. To obraz nakręcony w hołdzie przyrodzie, przywracający moc i prawo bytu wewnętrznym instynktom, inności, aspołeczności, przypominający za Thoreau o prawdziwej naturze człowieka, którego pierwotnym środowiskiem życia nie jest przecież betonowy plac czy supermarket a do obowiązków nie należy dobra zabawa na imieninach ciotki. Ludzka jednostka przypisana jest do leśnych łąk, prastarych drzew i to z nich czerpie energię i spokój, dzięki nim osiąga harmonię. Film wzbogacony jest przepiękną muzyką Erike Nockssona (www.myspace.com/erikenocksson).

„$9.99”, czyli cena sensu życia


Obraz to wartościowy, bo celnie uderza w głupotę współczesnego świata. Wymowna jest już pierwsza scena z biedakiem, który prosi o dolara na kawę i spotyka się z zaskakującą reakcją biznesmana, który w ostatniej chwili rezygnuje z ludzkiego odruchu, bo zapala się w nim lampka „Uwaga, to manipulacja. Nie pozwól zrobić z siebie ofiary”. To doskonała parodia modnych i popularnych szkoleń, kursów, treningów asertywności, bez których dzisiaj człowiek podobno sobie nie poradzi. Pojawia się również motyw ślepego uwielbienia dla totalnego bezwłosia i bezkości jako zobrazowanie smutnego trendu metro, zatracania naturalności, żałosnego poddaństwa utopii gładkości życia i próżności, ulegania obsesji wiecznej młodości i nieskazitelności aparycyjnej. W filmie poruszona jest też kwestia samotności i bezużyteczności wieku starczego oraz powszechny problem wiecznego chłopca i pragmatycznej kobiety, a to i tak nie wszystko, bo przecież motywem przewodnim jest pytanie o sens życia. I po odpowiedź na nie warto iść do kina.

Aha, to animacja, w dodatku na podstawie prozy Kereta, więc jest zabawnie. Do sprawdzenia.

Era Nowe Horyzonty 2009

Magda Kotowska