Archiwa tagu: folk

Keaton Henson „You Don’t Know How Lucky You Are”

Nie do końca jeszcze wiem, kto to, ale ten pierwszy utwór brzmi napradę nieźle. Skromny i spokojny, ale z ukrytą lawą pod twardą skorupą. A jaki teledysk! Przejmujący, nie pozwalający oderwać wzroku w wyczekiwaniu i napięciu, naprawdę mądrze skonstruowany aż do samego końca. Idealnie koresponduje tu obraz z muzyką, korzystajcie!

Alina Orlova „LRT Opus Ore”

Alina Orlova

Przyjemnostki mam dla Was dzisiaj. Zapis koncertu Aliny Orlovej z kwietnia 2013. Dawno, dawno jej nie słuchałem, a chwila przypomnienia wystarczyła, by wciąż być zachwyconym. Ta lekkość, charyzma jazzowej pieśniarki, klasycznie zagrane piosenki, żywe, mocne melodie. Ale za to często inne wersje niż w oryginale. Czasem mi trochę brzmi jak Gaba Kulka, ale głos ma jednak charakterystyczny i swój z całą pewnością. I miło, że wciąż nie śpiewa wyłącznie po angielsku, bo kto by inaczej poznał, że pochodzi z Litwy? Muszę przyznać, że mocno się rozwinęła od czasów debiutanckiej płyty „Laukinis šuo dingo”, swoją drogą świetnej – wyraźnie scena to jej żywioł, jest daleko stąd, w swoim świecie, to widać na twarzy. No a jaka ładna ta Alina! Ach!

Poskromienie żywiołaka

Wciąż dostajemy wszyscy doniesienia o kolejnych tragediach muzycznych. Pomimo nauki płynącej z historii, wiele zespołów wciąż nieopatrznie oddaje swoje utwory DJ-om w celu zmasakrowania ich niemal nie do poznania. Najgorsze w tym jednak jest, że te nieatrakcyjne trupy pojawiają się później na półkach sklepowych w postaci albumów, chełpiących się jeszcze nowoczesnością.

Podobnie, jak niegdyś w przypadku „Wymixowania” Kapeli ze wsi Warszawa, tak teraz jestem rozbity. Bo z jednej strony dobrze, że zespoły się nie zamykają w swoim gatunku, że pozwalają innym majstrować przy swoich dziełach, dając podstawy nowej jakości. Ale też rodzi się zawsze wtedy pytanie odwieczne: ile tam jeszcze jest oryginalnego zespołu, a ile DJ-ów i innych mixiarzy. Zacząłem dość dramatycznie, ale jednak płyta Żywiołaka z tej zawieruchy wychodzi w lepszej kondycji niż Kapela. Może to ze względu na inną, pogańską stylistykę, która bardziej pasuje do ciężkich, klubowych brzmień.

Nie zmienia to faktu, że najlepsza na płycie pozostaje piosenka dodana jako bonus – „Mój miły rolniku”, znana miłośnikom od dawien dawna, świetna, taneczna raga poruszająca, jakże ważki, wiosenny problem wypalania trawy (z całą radością płynącą z dwuznaczności tejże czynności). A reszta piosenek… Bywa, że świetna, psychodeliczna, wypełniona potrzaskanymi elektronicznymi dźwiękami. Bywa, że nudna i ciągnąca się długimi pasażami. Bywa, że żywiołowa, ale wciąż nie bardzo żywiołakowa. Brak tu zawadiackich i nieprzewidywalnych śpiewów Izabeli Byry i Anny Piotrowskiej, brak bezpretensjonalnego śmiania się i zabawy, gdzie tylko się da. Ciekawy eksperyment, ale mało już z folkiem związany. Może spodoba się miłośnikom klubowych brzmień, o ile nie wystraszą ich liry korbowe, lutnie, skrzypce i ludowe zawodzenia.

Żywiołak „Nowa mix-tradycja”

Jakub Knoll


Bij panów cepami, bij!

Czy da się połączyć punk z muzyką ludową? Wydaje się to niemożliwe, a jednak zespół R.U.T.A. dowodzi, że można i to z nienajgorszym skutkiem.

R.U.T.A., czyli Ruch Utopii, Transcendencji, Anarchii (lub inaczej: Reakcyjna Unia Terrorystyczno-Artystowska), to projekt założony przez Macieja Szajkowskiego z Kapeli ze wsi Warszawa. Po tym bowiem, jak znalazł w różnych źródłach pieśni uciśnionych feudalnych chłopów polskich, wiedział, że musi je nagrać w formie piosenek, a do stylistyki Kapeli się nie nadawały. Skrzyknął więc Pawła „Gumę” Gumola z zespołu Moskwa, Roberta „Robala” Materę z Dezertera, Nikę z Post Regimentu oraz Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego z Lao Che. W efekcie archaiczne teksty i muzyka ludowych instrumentów brzmią tu nad wyraz współcześnie i energetycznie. Po prostu punkowo. Ale…

Nie może być jednak tak pięknie. Pomysł jest bowiem świeży i świetny, zaangażowanie pełne podziwu, ale ostatecznie dostajemy po prostu ciekawszą płytę punkową. Z całą jej męczącą, wrzeszczaną, naiwną otoczką. Płytę dynamiczną, ale krótką, bo półgodzinną. Niemelodyjną, bo zakrzyczaną, z nielicznymi smaczkami w rodzaju świetnego, recytowanego przez „Spiętego” „Lamentu chłopskiego”, transowych „Pieśni o Jakubie Szali” i „Pieśni robotników leśnych Warmii” oraz dodatku po tej ostatniej w postaci – fragmentów oryginalnych, „ludowych” nagrań dwóch utworów z płyty. Prawdę powiedziawszy, najbardziej na płycie podobały mi się instrumentalne początki utworów, rodem z wiejskiej potańcówki, zagrane na imponującym folkowym instrumentarium. Dość wymienić lirę korbową, fidele płockie, sukę biłgorajską, sazy, tradycyjne barabany, bębny obręczowe, kontrabas i piłę. Gorzej już było, gdy wchodziły wokale – jakkolwiek zaangażowane by one nie były, irytowały i tak. Choć nie bez znaczenia jest tu pewnie moje przedkładanie folku nad punk.

Muszę przyznać, że projekt to ciekawy i warty powstania. Mam tylko nadzieję, że kolejne tego typu mariaże muzyczne będą mniej nudne, wszak chociażby Kapeli się one udają. Sam temat tu nie wystarczy, ale każde poszukiwanie formy jest godne pochwały .

R.U.T.A. „Pieśni buntu i niedoli XV-XX w.”

Jakub Knoll

Bij panów cepami, bij!

Czy da się połączyć punk z muzyką ludową? Wydaje się to niemożliwe, a jednak zespół R.U.T.A. dowodzi, że można i to z nienajgorszym skutkiem.

R.U.T.A., czyli Ruch Utopii, Transcendencji, Anarchii (lub inaczej: Reakcyjna Unia Terrorystyczno-Artystowska), to projekt założony przez Macieja Szajkowskiego z Kapeli ze wsi Warszawa. Po tym bowiem, jak znalazł w różnych źródłach pieśni uciśnionych feudalnych chłopów polskich, wiedział, że musi je nagrać w formie piosenek, a do stylistyki Kapeli się nie nadawały. Skrzyknął więc Pawła „Gumę” Gumola z zespołu Moskwa, Roberta „Robala” Materę z Dezertera, Nikę z Post Regimentu oraz Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego z Lao Che. W efekcie archaiczne teksty i muzyka ludowych instrumentów brzmią tu nad wyraz współcześnie i energetycznie. Po prostu punkowo. Ale…

Nie może być jednak tak pięknie. Pomysł jest bowiem świeży i świetny, zaangażowanie pełne podziwu, ale ostatecznie dostajemy po prostu ciekawszą płytę punkową. Z całą jej męczącą, wrzeszczaną, naiwną otoczką. Płytę dynamiczną, ale krótką, bo półgodzinną. Niemelodyjną, bo zakrzyczaną, z nielicznymi smaczkami w rodzaju świetnego, recytowanego przez „Spiętego” „Lamentu chłopskiego”, transowych „Pieśni o Jakubie Szali” i „Pieśni robotników leśnych Warmii” oraz dodatku po tej ostatniej w postaci – fragmentów oryginalnych, „ludowych” nagrań dwóch utworów z płyty. Prawdę powiedziawszy, najbardziej na płycie podobały mi się instrumentalne początki utworów, rodem z wiejskiej potańcówki, zagrane na imponującym folkowym instrumentarium. Dość wymienić lirę korbową, fidele płockie, sukę biłgorajską, sazy, tradycyjne barabany, bębny obręczowe, kontrabas i piłę[M1] . Gorzej już było, gdy wchodziły wokale – jakkolwiek zaangażowane by one nie były, irytowały i tak. Choć nie bez znaczenia jest tu pewnie moje przedkładanie folku nad punk.

Muszę przyznać, że projekt to ciekawy i warty powstania. Mam tylko nadzieję, że kolejne tego typu mariaże muzyczne będą mniej nudne, wszak chociażby Kapeli się one udają. Sam temat tu nie wystarczy, ale każde poszukiwanie formy jest godne pochwały .

R.U.T.A. „Pieśni buntu i niedoli XV-XX w.”

Jakub Knoll


[M1]czy piłę?

PS Niezłe nazwy:D

Żywot człowieka poczciwego

Album The Decemberists – wbrew nazwie wykonawców – przypomina mi moje dziecięce wakacje na wsi u dziadków. Wcale nie beztroskie, ale wspaniałe, pełne natury i przygód, radości życia. Tyle i aż tyle na płycie znajdziecie. Więcej nie trzeba.

Grudniowcy, co godne pochwał, nagrali płytę, która do niczego i nikogo nie rości sobie pretensji. Prostą, spokojną afirmację codzienności. To dobre, zwykłe country, bez uciekania w niepotrzebne eksperymenty. Cieszy to tym bardziej, że poprzednie albumy były bardziej indie popem, bardziej nijakie, teraz efekt przypomina skrzyżowanie Boba Dylana z Wolną Grupą Bukowiną. Zwłaszcza sielankowe June Hymn, które sprawia, że lato w Springfield zawsze będzie mi się dobrze kojarzyło. Znajdziecie tu też elementy klasycznych szant (Rox In The Box), czy nawiązania do jednego z króli gatunku – Neila Younga w Down By The River (choć i R.E.M. tu słychać).

Nie ma co się rozwlekać – to po prostu zbiór dobrych piosenek, nastrojowego country, które z powodzeniem mogłoby wykonywane być gdzieś przy ognisku w sudeckich lasach. Zaśpiewane mocnym, charakterystycznym głosem Colina Meloya, rozpisane na gitary, mandolinę, harmonijkę, perkusję i chórki. Dowodzi, że wciąż od tylu już lat zachwyca nas natura wokoło, dając temat do piosenek (śpiewać można nawet o zimowym odśnieżaniu drogi) i, że prostota zawsze pokona wydumane eksperymenty. Umarł król – niech żyje król!

The Decemberists „The King Is Dead”

Jakub Knoll

Analogowa muzyka incarNations

Recenzja będzie nieobiektywna. Wszystko co stworzy Maja Kleszcz z marszu lubię, ale trzeba jej jednak przyznać, że wraz z przyjaciółmi i mężem porusza się po bocznych uliczkach wokół głównego muzycznego nurtu z prawdziwą klasą.

Tytuł płyty „Radio Retro” to ostrzeżenie. Wszystko, co tu usłyszycie jest staroświeckie i nieprzystające do współczesnych realiów. Dodatkowo, jak w radiu, pełna różnorodność – od leniwych dansingów (świetna wersja „Daj mi tę noc” brzmi jak na weselu o 4 nad ranem, gdy garstka skacowanych gości lekko kołysze się na parkiecie), przez swing („Wielkie jest czekanie”, które podnosi z krzeseł, sprawiając, że chce się pstrykać palcami, nawet jeśli się nie umie), soul, jazz, blues, reggae czy w końcu folk. A wszystko to spaja w jedno charyzmatyczny głos Mai, przywodzący na myśl ten dawny, magnetyzujący sposób, w jaki śpiewały prawdziwe diwy, z lekka zblazowany, ochrypły i znudzony, której jednak słuchamy z przejęciem. Głos śpiewaczki, która niczego nie musi, a już zwłaszcza udowadniać swojego talentu. Dodam jeszcze, że cały materiał nagrywany był „na raz”, a więc zespół w studiu po prostu się zebrał i zagrał w starym stylu, a i solówek sobie nie oszczędzał. Instrumentarium także zachęca: gitara, skrzypce, kontrabas, organy Hammonda, perkusja, fortepian, klarnet, saksofon. Bogato i tradycyjnie.

Bardzo ciekawa to odmiana po dotychczasowych dokonaniach Mai Kleszcz i Wojtka Krzaka, którzy grali i grają nadal w Kapeli ze wsi Warszawa. Ich wspólny projekt incarNations był zresztą odpowiedzialny już za ostatni album Kapeli „Infinity”, łącząc wiele wpływów folku z całego świata. Tu jest podobnie, idea się więc nie zmienia, zmieniają się natomiast inspiracje i korzenie, do których artyści sięgają, tu przeważa blues. A zespół, którego płyty są niespodziewane, ma plusa już na samym wstępie.

Gdy otworzyłem nowiutką, świeżutką płytę zaraz rzucił mi się w oczy wstęp Wojtka Krzaka, męża Mai, drugiej połówki projektu incarNations: „W czasach wszechobecnej cyfryzacji i digitalizacji zakup fizycznie namacalnego nośnika jest nie lada wyczynem, za co chylimy czoła i ściskamy dłoń.” Od razu zrobiło się miło. Zachęcam więc, bądźcie też takimi niedzisiejszymi typami, cieszcie się tą muzyką nieśpieszną i pełną bluesa. Myślę, że nie pożałujecie.

incarNations „Radio Retro”

Jakub Knoll