Archiwa tagu: indie rock

The National „High Violet”- na emocjonalnym haju

Wreszcie są. Nowi, ale w dobrze znanym wcieleniu. The National i High Violet, czyli zniewalająca prostota, zawieszony w przestrzeni, mruczący wokal Matta Berningera i dźwiękowe podróżowanie po krainie łagodności

Płyta w całości utrzymuje klimat, który najbardziej zbliżony jest do The Virginia EP – zniewalającej mieszanki nastroju zdrowej melancholii i bolesnego szczęścia. Już inaugurujące album Terrible Love zapowiada dobrą jakość. Sorrow momentalnie wstrzykuje się do krwioobiegu, narkotyzując umysł. Wycieczkę po wertepach sentymentu zapewnia też Little Faith. Sporo energii wnosi Bloodbuzz Ohio, a w England perkusja przyjemnie unosi duszę. Album kończy niezwykle melodyjny  kawałek Vanderlyle Crybaby Geeks.

The National to zespół, który od początku kojarzony jest z zaawansowaną emocjonalnością, zaprawianą gęstą martyrologią i sentymentalizmem. Dodałabym do tego poetyckość, wzniosłość i nieprzystawalność do reszty muzycznego świata we współczesnej dźwiękowej cywilizacji. Można próbować oprzeć się tej poruszającej dramaturgii, ale po co bać się triumfu własnej wrażliwości? To takie ludzkie.

THE NATIONAL „High Violet”

Magda Kotowska

Sorrow – The  National:

Reklamy

Emocjonalna wiosna z Delphic

Łapię się na tym, że wiosny pożądam, wizualizując skrycie rozkwit ciała, umysłu i natury. I chyba dojrzewam, bo powściągliwie stopuję z chceniem, próbując rozkoszować się samym stanem oczekiwania – wiadomo bowiem, że to, co prekonsumpcyjne (fizycznie i duchowo) jest najbardziej ekscytujące.

Kultywację tego, co ma nadejść, a bardziej nawet tego, co jest, niezwykle świeżo stymuluje „Acolyte” – debiutancki album grupy Delphic z Manchesteru. Pomijając jego elektroniczne walory, jest przede wszystkim energetyzującym przedsmakiem pory uniesień, buzujących emocji i wyimaginowaną namiastką cieplejszego powietrza pachnącego żywiołem aktywności. Każda kompozycja porywa uśpione zimą zmysły, sprawiając, że wewnętrzny szept zamienia się w witalny okrzyk.

Rzetelnie i nakręcająco o debiucie Delphic u Chimeryka: http://sublimacje.blogspot.com/2010/01/delphic-acolyte-album.html

Delphic  „Acolyte”

Magda Kotowska

A u nas utwór „Counterpoint” – na pokuszenie:

Pearl’s Dream. Your dream?

Jestem wkręcona. Poruszona. Wzruszona. Oczarowana. Piszę, póki jeszcze dostrzegam cień obiektywizmu. Cień nie od słońca pochodzący, ale baśniowo księżycowy. Tak jak muzyka Bat For Lashes. Pewnie znowu przyjdzie mi się tłumaczyć z nadmiaru emocji, nieprzyzwoitej admiracji i  niekontrolowanego zachwytu, ale trudno. Inaczej się nie da.

Myślałam, że wyrosłam już z bajek o rycerzu w lśniącej zbroi, ale oniryczna opowieść Natashy Khan mimowolnie zabrała moją duszę w fantazyjno–barokowe przestrzenie kosmicznej nieprzystawalności do tego, co tu i teraz. Nie wiem, co najpierw uwodzi: jej wyjątkowy głos czy dźwięki, których wykopaliska znajdować się muszą poza obszarem Ziemi. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Natasha Khan duchem i umysłem obcuje w tajemniczej grocie swojego mistycznego jestestwa. Jak magiczna musi to być przestrzeń! Na podstawie krążka „Two Suns” zgaduję, że pełna kreatywnej energii, skarbów wyobraźni, mgliście mroczna, niespokojna i ezoteryczna, napędzana kobiecą siłą, inteligencją i wrażliwością jednocześnie.

Klimat płyty przywodzi na myśl spektakl teatralny jak u Dresden Dolls utrzymany w  eterycznym nurcie twórczości Cocteau Twins z pogranicza snu i jawy, wprowadzający dynamiczną niezależność i irlandzki mistycyzm młodziutkiej Sinead O’Connor z okresu The Lion & The Cobra, a momentami też romantyczną ckliwość Kate Bush i temperament Tori Amos. Niemniej jednak, klimat to niepodrabialny, lekko psychodeliczny i absolutnie wyjątkowy, łączący folkową tradycję brytyjską z nowoczesną elektroniką, której wyrafinowanie porównywane jest czasem do wyczynów Thoma Yorke’a. Możliwe, że Natasha to jego żeńskie wcielenie. Wszystkie jej multi-instrumentalne eksperymenty wydają się przemyślane, starannie mamiące zmysły kuszącym zapachem oniryczności i subtelnie hipnotyzujące. Nie sposób nie otworzyć serca na dźwięk tego głosu. Moje nie opierało się nawet, gdy w  drgania wprowadziły je wyraźne disco beaty rodem z ATB zalatujące we wstępie do świetnego „Pearl’s Dream”.

Utwory na płycie są jak zdania wielokrotnie złożone, pełne literackich ozdobników, beletrystycznych epitetów. Dawno nie słuchałam albumu, w którym słowa tak pięknie zlewałyby się z muzyką. Warto docenić  tę pełną metafor poezję, by poczuć intensywniej towarzyszące jej dźwięki i uchwycić urokliwość całokształtu.

Nie jestem w stanie wskazać utworów–faworytów. Każdy indywidualnie zachwyca, jest osobnym przeżyciem muzycznym. Od początku w ucho rzuca się „Daniel”, a osobiście wzrusza „Travelling Woman”. „Two Planets” porusza dynamiką, podobnie jak inaugurujące album „Glass”. W „Peace Of Mind” słychać gospel, a „Siren Song” zaskakuje gradacją emocji. Płytę kończy „The Big Sleep” z udziałem Scotta Walkera.

Bat For Lashes. Natasha Khan. Piekielnie zdolna instrumentalistka z pakistańskimi korzeniami. Moja nowa muza. Dzięki, Chimeryku.

Bat For Lashes „Two Suns”

Autorka zapomniała jak się nazywa.

Nie-parszywa dwunastka

Trzydzieści dwa lata po swoim głośnym debiucie płytą „Horses” gwiazda rocka, Patti Smith, wydała swoją dziesiątą płytę. Jak zwykle świetną.

Nie usłyszycie na niej, że Patti ma już 62 lata, o nie! Co prawda nie ma tu już punkowej dynamiki, a bardziej folkowa melancholia, ale za to jakiej klasy! Poza tym poziom zróżnicowania piosenek naprawdę godny podziwu, a jednak wciąż trzymający się w granicach rozpoznawalności stylu Patti Smith.

Najnowszy album wokalistki punkowej i poetki to hołd złożony ważnym dla niej artystom. I to naprawdę różnorodnym, bo od rockowego Jimiego Henrixa (śpiewa jego „Are You Experienced?”), Rolling Stonesów (genialna wersja „Gimme Shelter”), poprzez folkowego Neila Younga (dekadenckie „Helpless”), aż do Beatlesów („Within You Without You”) czy ewidentnie popowego Tears For Fears („Everybody Wants To Rule The World”). Na mnie jednak największe wrażenie zrobił cover Nirvany „Smells Like Teen Spirit” zagrany jedynie na gitarze akustycznej, basie i banjo, przez co brzmi, jakby była to typowa piosenka amerykańskiego południa. Z „wielkich” pojawiają się tu też Paul Simon, The Doors, Bob Dylan, Jefferson Airplane, Stevie Wonder. A jako bonus uzupełniający tuzin hitów – całkiem szczęśliwa „trzynastka” – piosenka R.E.M.

Rozpiętość stylistyczna oraz okresów, z których piosenki pochodzą, mogła być niebezpieczna. Ale w końcu nie byle kto wziął się za nagranie tych przebojów. Oczywiście nie wszystkie są równie udane, ale to zrozumiałe. „Twelve” to nie tylko zbiór coverów śpiewanych przez jedną osobę, a prawdziwy hołd, piosenki znane i ważne zaśpiewane w charakterystycznym stylu Patti. Nie znając ich wcześniej można z łatwością pomyśleć, że to ona je skomponowała (podobnie, jak to było w przypadku płyty „Strange Little Girl” Tori Amos – widać mocne, wyraziste wokalistki potrafią oznaczyć swym stylem nawet znane i nie swoje piosenki). Dzięki temu widać, że to naprawdę świadomie nagrana płyta. A przede wszystkim, to słychać.

Patti Smith „Twelve”

Kuba Knoll

Etnicznymi wertepami po utracone wartości. DeVotchKa!

Kabaretowa biesiada w wielkim stylu. Właściwie tak można określić wokalno–dźwiękowe popisy DeVotchKi. Dynamizmem przypomina nieco Gogol Bordello, perfomance’ową stylistyką nawiązuje do Dresden Dolls, a doborem instrumentów i folkową swojskością skłania się ku Calexico. Czuć tu meksykańskich Mariachi, rumuńską cyganerię, amerykański blues, międzynarodową mieszkankę jazzu i indie-rocka. Na pewno jest to twórczość eksperymentalna, wykraczająca poza przyjęte konwenanse, stroniąca od monotonii, wykorzystująca esencję każdej z muzycznych tradycji, z których czerpie, a co najistotniejsze – niosąca przesłanie.

Nick Urata zaprasza na refleksyjną i dość poetycką wycieczkę po życiowych wartościach. Wyprawę inauguruje porywający taniec w „Basso Profundo”, odzwierciedlający materialistyczne pobudki ludzkości zatracającej się w fascynacji pieniądzem, ale wykazującej jeszcze przebłyski wrażliwości i krzyczącej z hiszpańką mocą „ No mas!”. Od tej deklaracji zaczyna się właściwa droga do oczyszczenia. Każdy kolejny utwór traktuje w zasadzie o tym samym, czyli potrzebie czystej, nieskażonej obojętnością miłości. Brzmi banalnie, ale czy nie o fundamenty człowieczeństwa tu się rozchodzi?

DeVotchKa pobudza duszę wielką energią dźwięków, nie smęci, nie narzeka, nie roztkliwia się nad kondycją cywilizacji. Raczej buntuje się przeciwko uzależnieniu od korporacyjnego upupiania, twardym regułom istnienia, szczurzej rywalizacji, nakłaniając do uczuciowej prostoty i pokory. Żonglując wstawkami sentymentalnego akordeonu, subtelnie płynących skrzypiec, gitarowych szarpnięć na zmianę z dynamiczną perkusją, rozbestwioną trąbką i strzelającą dźwiękami buzuki, prowadzi przez rozmaite stany czucia, od biesiadnego zawodzenia przez dzikie pląsy myśli i nóg, aż po wyciszenie i puentę doskonałą w „New World” – kawałku, który przywodzi na myśl niewinną, dziewiczą łąkę, porośniętą kwiatami ekscytującej nadziei i wewnętrznego spokoju. Po poruszającym smutku w „The Clockwise Witness”, desperackiej fieście w „Head Hondo” i genialnym instrumentalnie „Comrade Z” przychodzi czas na katharsis. Światło miłości czuć w kościach, a dusza w uniesieniu śpiewa codzienną mantrę: „La luz de cada dia, te siento conmigo!”.

DeVotchKa od początku okupuje przestrzenie undergroundu, ale zapotrzebowanie na muzykę tej kapeli rośnie, pewnie proporcjonalnie do ludzkiej potrzeby szczerości, przynajmniej w muzyce. Świadczy o tym choćby nominacja do nagrody Grammy za soundtrack do filmu „Little Miss Sunshine”. W zeszłym roku mogliśmy podziwiać ich energię na polskim Open’erze. Mam nadzieję, że jeszcze do nas wrócą. Aksjologicznych rewolucji nigdy dość!

DeVotchKa  „A Mad & Faithful Telling”

Magda Kotowska

Gdy emocje dostają zadyszki…

Kopniak w duszę. Kij w emocjonalne mrowisko. Muzyczny Mount Everest. Zastrzyk ekstazy. Łyk piekielnie mocnej kawy. Można mnożyć boskie doznania po przesłuchaniu najnowszego dzieła Kings Of Leon. To nie jest płyta dla zmysłowo niezahartowanych, bo już na starcie dostać można zadyszki.

„Closer” wprowadza w miejski i duszny klimat skołowanego emocjami umysłu w sposób podstępny, bo pierwotna oszczędność dźwięków okazuje się przyjemnie bolesnym szarpaniem duchowych strun. Boskie, lekko chrypiące zawodzenie Followilla wprawia w niewytłumaczalny nastrój euforii, smutku w radości. Razem z gitarowymi odgłosami w „Crawl” ma się ochotę czołgać ku chwale doznań muzycznych. „Sex on fire” to już cios poniżej pasa, ale zakładając, że każdy bywa dźwiękowym masochistą, to uderzenie jest odpowiedzią na pożądanie. Podobny rodzaj poddaństwa z woli własnej odczuwamy w przypadku „Manhattan”, doskonale brzmiącego zresztą w wersji live. Chwila relaksującego oddechu możliwa jest przy okazji „Revelry” i „I Want You”, nieco balladowych, ale tak samo przejmujących. Kolejnego szturchańca chłopaki serwują nam w „Be Somebody”, w którym perkusja gra rolę pierwszoplanową, genialnie dynamizując przekaz, a doprawiona energiczną gitarą nastraja absolutnie odżywczo. Płytę kończy „Cold Desert”. Nie bez powodu, bo właśnie ciszę, która zostaje po ostatnim dźwięku można porównać do zimnej pustyni, zaraz po zachodzie słońca. Dlatego tak trudno oderwać się od nowego albumu lwów indie rocka. Nikt nie lubi fazy spadania ze szczytu emocji, zwłaszcza tak intensywnych. Każda przyjemność uzależnia. W przypadku tej rozkoszy marzy się, by trwała wiecznie.

Kings Of Leon zaczynali od dźwięków rockowych z lekką domieszką bluesa. Każdy kolejny album zawierał muzyczne perełki i wyróżniał się oryginalnością i niebanalnym podejściem do emocjonalnej ekspresji, instrumentalnie i wokalnie. Najnowsza płyta też jest wyjątkowa. Bo świeża i tak bardzo różna od tego, co proponują nam skomercjalizowane kapele. Kings Of Leon to bohaterowie współczesnej sceny muzycznej. Od dawna nikt nie zaserwował tak ekscytującej przygody z dźwiękiem, porażającej szczerością i prawdziwością. Oby kontynuowali dzieło zbawienia ludzkości, rozrywając na koncertach zesztywniałe materializmem uczuciowe pancerze.

P.S. Recenzja należy do tych z gatunku: pierwsze wrażenie – oszołomienie – eksplozja emocji. 😉

Kings Of Leon „Only By The Night”

Magda Kotowska

Piknik ze śmiercią

Rzadko mi się to zdarza, a i nie spodziewałem się, że będę musiał to przyznać, ale The Dead Weather to miłość od pierwszego przesłuchania.

Co prawda dowiedziawszy się, że Jack White, człowiek, który gra na wszystkim i wszędzie, założył nowy zespół i już wydał z nim pierwszą płytę, pomyślałem, że przesłuchać ją muszę, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobra! Już pierwsze dźwięki „60 Feet Tall” zapowiadają kunszt dopracowanej całości, powolną grą perkusji (sam White) z monotonną, niepokojącą gitarą i powoli wchodzącym głosem Alison Mosshart z The Kills. Jak to fantastyczne stopniuje napięcie!

Świetna, rytmiczna perkusja, brudne przestery gitar, zachrypnięty, nieco znudzony głos, czasem przeradzający się w jakieś szatańskie bezsłowne dźwięki, chór jak z budki z piwem, kwiki, chrzęsty i krztuszenia gitary – to wszystko razem nadaje osobowości płyty i temu niezwykłemu poczuciu, że oto odwiedza nas sam Woland od Bułhakowa. Nie każdemu udałby się taki mariaż alternatywnego rocka z muzyką country, bluesa i wszelkiego wokoło, ale czy kogoś dziwi, że grupa zebrana właśnie przez Jacka White’a – z całą pamięcią The White Stripes czy The Racounters – nie dała rady? I gdzieżby mogła powstać takowa, jak nie w Nashville? To musiało się udać!

Swoją drogą to dziwny zespół, na perkusji i gitarze gra tu każdy, każdy też śpiewa, czy to na pierwszym czy drugim planie. Wychodzi na to, Szanowne Koleżeństwo, że we współpracy moc.

Całość, zarówno muzycznie, jak i graficznie, stylizowana jest na Południe Stanów, ale nie jakieś wyidealizowane z filmów o Wuju Samie, tylko mroczne, współczesne, pełne psychodeli i rocka. O klimacie zawiesistym niczym z „Truposza” Jarmushowego. Prawdziwy piknik ze śmiercią na kocyku teksańskiej pustyni.

The Dead Weather „Horehound”

Kuba Knoll