Archiwa tagu: Jack White

Radość rzępolenia

Kiedy dookoła wszystko wymuskane i doskonałe, to co najbardziej cieszy, to porządna kakofonia.

Płyta nowego projektu braci Waglewskich – Fisza (bas, głos) i Emade (perkusja), zaskoczyła. Nie ma tu rapu, nie ma nawet jego obietnicy. Jest za to dużo żywiołowego, brudnego grania rodem z czasów hipisów. Nie ma tu komputerów, trzaski z nagrań specjalnie zostawiono, a partie gitarowe przywodzą na myśl stare, dobre, garażowe granie. Teksty to – charakterystyczna dla Fisza – słowna ekwilibrystyka, niemniej jednak tematyka jest poważna: od miłości, przez niedojrzałość, aż po przemijanie i śmierć. Nie brakuje na szczęście ironii i zaskakujących porównań.

W dobie coraz doskonalszej technologii wróżę zespołowi sukces, choć może głównie wśród tych „wyrzutków”, którzy wciąż wolą prawdziwą, żywą muzykę, psychodeliczne, przesterowane gitary, luźne podejście do idei piosenki w stylu Sonic Youth (które udowodniło płytą sprzed roku, że wciąż, od prawie 30 lat, idzie swoją drogą). O kształcie zespołu zadecydował też gitarzysta Michał Sobolewski, znawca muzyki z lat 60.

Nad tym wszystkim unosi się aura Jacka White’a. Wyczuwa się też, że zespół tworzy dla samej radości płynącej z tego procesu.. Ta radość udzieliła się także i mi, bo choć utwory są może trochę nudnawe, leniwe i niedopracowane, tworzą niepowtarzalny klimat. Nie wszystko, co dobre, musi być doskonałe, ot co!

Kim Nowak „Kim Nowak”

Jakub Knoll

Reklamy

Czysta dawka brudnego rocka

Słuchanie drugiej płyty The Dead Weather, to jak przebywanie na nieznanym terenie w samym środku porządnego rockowego sabatu.

Już nie jest tak przebojowo, jak na pierwszym „Horehound”, za to klimat jest o wiele bardziej zawiesisty i ciężki. A jednak trudno się recenzentowi nie kołysać, a właściwie ruszać po całym krześle, przy jej słuchaniu. Muzyka „martwej pogody” znów przypomina mi tu dziwny, niezrozumiały nastrój jarmuschowego „Truposza”, jakże jednak żywszy od nastrojowej oryginalnej ścieżki dźwiękowej Neila Younga – różne ścieżki prowadzą do tych samych miejsc. Klimat to zdecydowanie to, co drużyna lidera The White Stripes robić potrafi.

Są tu szaleńcze krzyki Jacka White’a (czasem przyprawiają o gęsią skórkę, zwłaszcza chory śmiech z „I’m Mad”) i charakterystyczne przestery, psychodeliczne i dodające patosu organy Hammonda, skrzeczący, zadziorny głos Alison Mosshart z The Kills, za którym można pójść do piekieł. Do tego jeszcze bas Jacka Lawrence z The Racounters i gitary Deana Fertita (Queen of the Stone Ages). Super grupa, która nie spoczywa na laurach i nie odcina kuponów, tworząc czysty “brudny” rock’n’roll, dodatkowo wzmacniany ogólnym wizerunkiem grupy i świetnym teledyskiem. Wszystko sprawia, że mroczna pogoda za oknem staje się jeszcze bardziej posępna i nie daj, by się miało rozpogodzić!

Nowość na „Sea of Cowards”, to elektronika. Swoją drogą, czy teraz wszyscy muszą po nią sięgać? Jeśli robią to jednak w takim stylu jak The Dead Weather, czy choćby ostatnio Lao Che, to niech czynią to nadal, daję błogosławieństwo. Zwłaszcza ten klimat z „The Difference Between Us” rodem ze współczesnej ścieżki dźwiękowej do filmu s-f z lat ’40. Może i jednak zespół niewiele wprowadza albumem nowego, tworząc nieco jednolite utwory, ale czy koniecznie trzeba na siłę zmieniać to, co dobre?

Po świetnym koncercie The White Stripes, „Sea of Cowards”, to kolejna płyta, która dowodzi, że świat bez Jacka White’a byłby „tylko martwym naskórkiem dawnych wspomnień” o muzyce z krwi i kości. Mój współlokator, słysząc ją przez ścianę, powiedział, że nagrali ją chyba w wariatkowie podczas remontu. Nikt by tego lepiej nie ujął. Czysta słodycz słuchania.

The Dead Weather „Sea of Cowards”

Jakub Knoll

Piknik ze śmiercią

Rzadko mi się to zdarza, a i nie spodziewałem się, że będę musiał to przyznać, ale The Dead Weather to miłość od pierwszego przesłuchania.

Co prawda dowiedziawszy się, że Jack White, człowiek, który gra na wszystkim i wszędzie, założył nowy zespół i już wydał z nim pierwszą płytę, pomyślałem, że przesłuchać ją muszę, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobra! Już pierwsze dźwięki „60 Feet Tall” zapowiadają kunszt dopracowanej całości, powolną grą perkusji (sam White) z monotonną, niepokojącą gitarą i powoli wchodzącym głosem Alison Mosshart z The Kills. Jak to fantastyczne stopniuje napięcie!

Świetna, rytmiczna perkusja, brudne przestery gitar, zachrypnięty, nieco znudzony głos, czasem przeradzający się w jakieś szatańskie bezsłowne dźwięki, chór jak z budki z piwem, kwiki, chrzęsty i krztuszenia gitary – to wszystko razem nadaje osobowości płyty i temu niezwykłemu poczuciu, że oto odwiedza nas sam Woland od Bułhakowa. Nie każdemu udałby się taki mariaż alternatywnego rocka z muzyką country, bluesa i wszelkiego wokoło, ale czy kogoś dziwi, że grupa zebrana właśnie przez Jacka White’a – z całą pamięcią The White Stripes czy The Racounters – nie dała rady? I gdzieżby mogła powstać takowa, jak nie w Nashville? To musiało się udać!

Swoją drogą to dziwny zespół, na perkusji i gitarze gra tu każdy, każdy też śpiewa, czy to na pierwszym czy drugim planie. Wychodzi na to, Szanowne Koleżeństwo, że we współpracy moc.

Całość, zarówno muzycznie, jak i graficznie, stylizowana jest na Południe Stanów, ale nie jakieś wyidealizowane z filmów o Wuju Samie, tylko mroczne, współczesne, pełne psychodeli i rocka. O klimacie zawiesistym niczym z „Truposza” Jarmushowego. Prawdziwy piknik ze śmiercią na kocyku teksańskiej pustyni.

The Dead Weather „Horehound”

Kuba Knoll