Archiwa tagu: Kapela ze wsi Warszawa

Kapela ze wsi Warszawa i Mercedes Peon – Fly My Voice

Jest siła i to jaka siła! Nieźle zapowiada się nowy album Kapeli ze wsi Warszawa.

Tu trochę więcej o tym projekcie (kliknij własnie tu).

Poskromienie żywiołaka

Wciąż dostajemy wszyscy doniesienia o kolejnych tragediach muzycznych. Pomimo nauki płynącej z historii, wiele zespołów wciąż nieopatrznie oddaje swoje utwory DJ-om w celu zmasakrowania ich niemal nie do poznania. Najgorsze w tym jednak jest, że te nieatrakcyjne trupy pojawiają się później na półkach sklepowych w postaci albumów, chełpiących się jeszcze nowoczesnością.

Podobnie, jak niegdyś w przypadku „Wymixowania” Kapeli ze wsi Warszawa, tak teraz jestem rozbity. Bo z jednej strony dobrze, że zespoły się nie zamykają w swoim gatunku, że pozwalają innym majstrować przy swoich dziełach, dając podstawy nowej jakości. Ale też rodzi się zawsze wtedy pytanie odwieczne: ile tam jeszcze jest oryginalnego zespołu, a ile DJ-ów i innych mixiarzy. Zacząłem dość dramatycznie, ale jednak płyta Żywiołaka z tej zawieruchy wychodzi w lepszej kondycji niż Kapela. Może to ze względu na inną, pogańską stylistykę, która bardziej pasuje do ciężkich, klubowych brzmień.

Nie zmienia to faktu, że najlepsza na płycie pozostaje piosenka dodana jako bonus – „Mój miły rolniku”, znana miłośnikom od dawien dawna, świetna, taneczna raga poruszająca, jakże ważki, wiosenny problem wypalania trawy (z całą radością płynącą z dwuznaczności tejże czynności). A reszta piosenek… Bywa, że świetna, psychodeliczna, wypełniona potrzaskanymi elektronicznymi dźwiękami. Bywa, że nudna i ciągnąca się długimi pasażami. Bywa, że żywiołowa, ale wciąż nie bardzo żywiołakowa. Brak tu zawadiackich i nieprzewidywalnych śpiewów Izabeli Byry i Anny Piotrowskiej, brak bezpretensjonalnego śmiania się i zabawy, gdzie tylko się da. Ciekawy eksperyment, ale mało już z folkiem związany. Może spodoba się miłośnikom klubowych brzmień, o ile nie wystraszą ich liry korbowe, lutnie, skrzypce i ludowe zawodzenia.

Żywiołak „Nowa mix-tradycja”

Jakub Knoll


Bij panów cepami, bij!

Czy da się połączyć punk z muzyką ludową? Wydaje się to niemożliwe, a jednak zespół R.U.T.A. dowodzi, że można i to z nienajgorszym skutkiem.

R.U.T.A., czyli Ruch Utopii, Transcendencji, Anarchii (lub inaczej: Reakcyjna Unia Terrorystyczno-Artystowska), to projekt założony przez Macieja Szajkowskiego z Kapeli ze wsi Warszawa. Po tym bowiem, jak znalazł w różnych źródłach pieśni uciśnionych feudalnych chłopów polskich, wiedział, że musi je nagrać w formie piosenek, a do stylistyki Kapeli się nie nadawały. Skrzyknął więc Pawła „Gumę” Gumola z zespołu Moskwa, Roberta „Robala” Materę z Dezertera, Nikę z Post Regimentu oraz Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego z Lao Che. W efekcie archaiczne teksty i muzyka ludowych instrumentów brzmią tu nad wyraz współcześnie i energetycznie. Po prostu punkowo. Ale…

Nie może być jednak tak pięknie. Pomysł jest bowiem świeży i świetny, zaangażowanie pełne podziwu, ale ostatecznie dostajemy po prostu ciekawszą płytę punkową. Z całą jej męczącą, wrzeszczaną, naiwną otoczką. Płytę dynamiczną, ale krótką, bo półgodzinną. Niemelodyjną, bo zakrzyczaną, z nielicznymi smaczkami w rodzaju świetnego, recytowanego przez „Spiętego” „Lamentu chłopskiego”, transowych „Pieśni o Jakubie Szali” i „Pieśni robotników leśnych Warmii” oraz dodatku po tej ostatniej w postaci – fragmentów oryginalnych, „ludowych” nagrań dwóch utworów z płyty. Prawdę powiedziawszy, najbardziej na płycie podobały mi się instrumentalne początki utworów, rodem z wiejskiej potańcówki, zagrane na imponującym folkowym instrumentarium. Dość wymienić lirę korbową, fidele płockie, sukę biłgorajską, sazy, tradycyjne barabany, bębny obręczowe, kontrabas i piłę. Gorzej już było, gdy wchodziły wokale – jakkolwiek zaangażowane by one nie były, irytowały i tak. Choć nie bez znaczenia jest tu pewnie moje przedkładanie folku nad punk.

Muszę przyznać, że projekt to ciekawy i warty powstania. Mam tylko nadzieję, że kolejne tego typu mariaże muzyczne będą mniej nudne, wszak chociażby Kapeli się one udają. Sam temat tu nie wystarczy, ale każde poszukiwanie formy jest godne pochwały .

R.U.T.A. „Pieśni buntu i niedoli XV-XX w.”

Jakub Knoll

Bij panów cepami, bij!

Czy da się połączyć punk z muzyką ludową? Wydaje się to niemożliwe, a jednak zespół R.U.T.A. dowodzi, że można i to z nienajgorszym skutkiem.

R.U.T.A., czyli Ruch Utopii, Transcendencji, Anarchii (lub inaczej: Reakcyjna Unia Terrorystyczno-Artystowska), to projekt założony przez Macieja Szajkowskiego z Kapeli ze wsi Warszawa. Po tym bowiem, jak znalazł w różnych źródłach pieśni uciśnionych feudalnych chłopów polskich, wiedział, że musi je nagrać w formie piosenek, a do stylistyki Kapeli się nie nadawały. Skrzyknął więc Pawła „Gumę” Gumola z zespołu Moskwa, Roberta „Robala” Materę z Dezertera, Nikę z Post Regimentu oraz Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego z Lao Che. W efekcie archaiczne teksty i muzyka ludowych instrumentów brzmią tu nad wyraz współcześnie i energetycznie. Po prostu punkowo. Ale…

Nie może być jednak tak pięknie. Pomysł jest bowiem świeży i świetny, zaangażowanie pełne podziwu, ale ostatecznie dostajemy po prostu ciekawszą płytę punkową. Z całą jej męczącą, wrzeszczaną, naiwną otoczką. Płytę dynamiczną, ale krótką, bo półgodzinną. Niemelodyjną, bo zakrzyczaną, z nielicznymi smaczkami w rodzaju świetnego, recytowanego przez „Spiętego” „Lamentu chłopskiego”, transowych „Pieśni o Jakubie Szali” i „Pieśni robotników leśnych Warmii” oraz dodatku po tej ostatniej w postaci – fragmentów oryginalnych, „ludowych” nagrań dwóch utworów z płyty. Prawdę powiedziawszy, najbardziej na płycie podobały mi się instrumentalne początki utworów, rodem z wiejskiej potańcówki, zagrane na imponującym folkowym instrumentarium. Dość wymienić lirę korbową, fidele płockie, sukę biłgorajską, sazy, tradycyjne barabany, bębny obręczowe, kontrabas i piłę[M1] . Gorzej już było, gdy wchodziły wokale – jakkolwiek zaangażowane by one nie były, irytowały i tak. Choć nie bez znaczenia jest tu pewnie moje przedkładanie folku nad punk.

Muszę przyznać, że projekt to ciekawy i warty powstania. Mam tylko nadzieję, że kolejne tego typu mariaże muzyczne będą mniej nudne, wszak chociażby Kapeli się one udają. Sam temat tu nie wystarczy, ale każde poszukiwanie formy jest godne pochwały .

R.U.T.A. „Pieśni buntu i niedoli XV-XX w.”

Jakub Knoll


[M1]czy piłę?

PS Niezłe nazwy:D

Analogowa muzyka incarNations

Recenzja będzie nieobiektywna. Wszystko co stworzy Maja Kleszcz z marszu lubię, ale trzeba jej jednak przyznać, że wraz z przyjaciółmi i mężem porusza się po bocznych uliczkach wokół głównego muzycznego nurtu z prawdziwą klasą.

Tytuł płyty „Radio Retro” to ostrzeżenie. Wszystko, co tu usłyszycie jest staroświeckie i nieprzystające do współczesnych realiów. Dodatkowo, jak w radiu, pełna różnorodność – od leniwych dansingów (świetna wersja „Daj mi tę noc” brzmi jak na weselu o 4 nad ranem, gdy garstka skacowanych gości lekko kołysze się na parkiecie), przez swing („Wielkie jest czekanie”, które podnosi z krzeseł, sprawiając, że chce się pstrykać palcami, nawet jeśli się nie umie), soul, jazz, blues, reggae czy w końcu folk. A wszystko to spaja w jedno charyzmatyczny głos Mai, przywodzący na myśl ten dawny, magnetyzujący sposób, w jaki śpiewały prawdziwe diwy, z lekka zblazowany, ochrypły i znudzony, której jednak słuchamy z przejęciem. Głos śpiewaczki, która niczego nie musi, a już zwłaszcza udowadniać swojego talentu. Dodam jeszcze, że cały materiał nagrywany był „na raz”, a więc zespół w studiu po prostu się zebrał i zagrał w starym stylu, a i solówek sobie nie oszczędzał. Instrumentarium także zachęca: gitara, skrzypce, kontrabas, organy Hammonda, perkusja, fortepian, klarnet, saksofon. Bogato i tradycyjnie.

Bardzo ciekawa to odmiana po dotychczasowych dokonaniach Mai Kleszcz i Wojtka Krzaka, którzy grali i grają nadal w Kapeli ze wsi Warszawa. Ich wspólny projekt incarNations był zresztą odpowiedzialny już za ostatni album Kapeli „Infinity”, łącząc wiele wpływów folku z całego świata. Tu jest podobnie, idea się więc nie zmienia, zmieniają się natomiast inspiracje i korzenie, do których artyści sięgają, tu przeważa blues. A zespół, którego płyty są niespodziewane, ma plusa już na samym wstępie.

Gdy otworzyłem nowiutką, świeżutką płytę zaraz rzucił mi się w oczy wstęp Wojtka Krzaka, męża Mai, drugiej połówki projektu incarNations: „W czasach wszechobecnej cyfryzacji i digitalizacji zakup fizycznie namacalnego nośnika jest nie lada wyczynem, za co chylimy czoła i ściskamy dłoń.” Od razu zrobiło się miło. Zachęcam więc, bądźcie też takimi niedzisiejszymi typami, cieszcie się tą muzyką nieśpieszną i pełną bluesa. Myślę, że nie pożałujecie.

incarNations „Radio Retro”

Jakub Knoll

Folk is not dead

„Wieś to odwieczny porządek, drewno, nożyce i kamień. Drew nie nazbierasz na opał, w zimie zamarzniesz na amen” – śpiewa Maja Kleszcz, oddając tym samym hołd całej kulturze ludowej, z jej prostymi, lecz surowymi zasadami, która nie jest już tylko skansenem, a stanowi inspirację do tworzenia nowych jakości.

Kapela ze wsi Warszawa jest znana nie od dziś. Istnieje od 1997 roku, ale popularna bardziej zagranicą niż w Polsce. „Swego nie znacie, a cudze chwalicie” możnaby rzec, bo zespół święci triumfy na międzynarodowych festiwalach, koncertuje na całym świecie, od Stanów Zjednoczonych, przez Algierię, Moskwę, aż po Japonię. Nagrywał obok Petera Gabriela muzykę do gry komputerowej „Myst IV”. W 2008 roku stworzyła muzykę do spektaklu teatralnego „Muzykanty Wielkiego Pola” z tekstami Tymona Tymańskiego. Powoli jednak ugruntowują swoją silną pozycję także i w Polsce. A teraz nagrali najlepszą płytę w ich karierze.

Tym razem za produkcję odpowiedzialni byli muzycy Kapeli ze wsi Warszawa – Maja Kleszcz i Wojciech Krzak, twórcy międzynarodowego projektu muzycznego IncarNations, prywatnie związani ze sobą świeżo upieczeni rodzice. I to właśnie owo nowe życie, jak twierdzą, było dla nich inspiracją do powstania albumu. Oni też zaaranżowali większość utworów. Teksty są w większości tradycyjne, resztę napisał Tymon Tymański, Maja Kleszcz lub Natalia Przybysz. Awangardowe granie na skrzypcach i wiolonczeli, świetny i niepowtarzalny głos Mai (tu jestem całkowicie nieobiektywny, kocham się w tym głosie już dobrych kilka lat), bluesowy, a nawet trochę funkowy nastrój, obok tradycyjnych instrumentów także gramofony. Wszystko, co znane z dokonań Kapeli jeszcze bardziej nowatorskie, dojrzałe i autorskie. Inspirowane kulturą ludową, a nie tylko z niej zapożyczane.

Nastrój Infinity jest o wiele bardziej spokojny, niemal misteryjny, mniej tu już wiejskiej potańcówki. Pojawiają się akcenty jak z muzyki afrykańskiej (zwłaszcza w szantowym „Gospodarz„), soul („Serce” z Natalią Przybysz), blues (surowe „Baby Blues” z Janem Trebunim Tutką), hip-hopowy beat (podkład pod funkowy Chmiel z DJ Feel-Xem). Zespół wspomaga też swoim charakterystycznym głosem muzyk klezmerskiego Kroke, Tomasz Karkuba („21 h”). Żywiołowe „Polska na Trzy” w „starym” stylu Kapeli przywodzi na myśl „Polka folk is dead” z albumu Wiosna Ludu. Płyta jest bardzo emocjonalna, niektóre utwory przeszywają całe ciało, przyprawiając o gęsią skórkę (zwłaszcza „Poznałem” słuchane w słuchawkach!).

Po bardzo obcej, niakapelowej płycie Wymixowanie (na którą żółć wylewałem już kiedyś) pojawiła się teraz ta najbardziej osobista. Prawdziwie eksportowa, na światowym poziomie i silnie uczepiona polskich korzeni. Dowód na to, że polska wieś żyć będzie na wieczność.

Kapela ze wsi Warszawa „Infinity”

Kuba Knoll