Archiwa tagu: kryminał

Duchy przeszłości

Arnaldur Indriđason znów wprowadza czytelnika w stan hipnozy. Zmusza go do przesiadywania po nocach z książką w ręku, a gdy uda mu się oderwać od niej i usnąć, to nakazuje wstać wcześnie rano i dokończyć dzieła. Tajną bronią Arnaldura jest książka „Grobowa cisza”.

„Grobowa cisza” jest kolejnym – po „W bagnie” –  tomem poświęconym islandzkiemu komisarzowi Erlendurowi. Tym razem musi wraz ze swymi współpracownikami Elinborg i Sigurgurem Olim, rozwikłać zagadkę przypadkowo znalezionego szkieletu. Cała historia zaczyna się tym, że na przyjęciu urodzinowym student medycyny rozpoznaje, że zabawką, którą z lubością gryzie niemowlę, jest kawałek ludzkiego żebra. To odkrycie prowadzi do odnalezienia na placu budowy osiedla mieszkaniowego grobu. Co ciekawe, ułożenie szkieletu w nim znajdującego się, sugeruje, że pochowana osoba nie do końca musiała być martwa – leży z ręką wyciągniętą ku powierzchni, jakby próbowała się wydostać. Wstępne oględziny dają informację, że grób musiał powstać około siedemdziesiąt lat temu. To powoduje, że policjanci mają trudne zadanie poznania historii sprzed lat, nie wiedząc nawet, czy jeszcze jacyś potencjalni świadkowie żyją. Jedynym tropem w ich śledztwie są krzaki porzeczek oraz informacja umierającego człowieka, że kiedyś przychodziła do  nich „krzywa” kobieta.

Podobnie skomplikowana sytuacja pojawia się w prywatnym życiu Erlendura. Znów ma kłopoty z córką narkomanką. Od ostatniego spotkania, opisanego w książce „W bagnie”, minęło kilka miesięcy, córka Eva Lind jest już w zaawansowanej ciąży i znów straciła kontakt z ojcem. Jednak w końcu dostaje od niej wiadomość, że potrzebuje pomocy. Erlendur musi wejść w świat narkomanów, przeszukiwać najbardziej obskurne miejsca, by znaleźć córkę. Czytelnik przy okazji otrzymuje sugestywne opisy zaćpanych kobiet, zaniedbanych dzieci i warunków panujących w ich otoczeniu. Gdy ją znajduje, okazuje się, że Eva Lind jest w ciężkim stanie. Odwiedziny u córki w szpitalu są dla komisarza bodźcem do zmierzenia się ze swoją przeszłością, oceną siebie jako ojca i męża. Czytelnik poznaje też dzieciństwo Erlendura.

Obok wątków z prywatnego i zawodowego życia Erlendura, ukazana jest też historia, która jest z całej książki najbardziej wstrząsająca, stanowiąc najważniejszy temat poruszany w „Grobowej ciszy”. Śledztwo, które ma tak naprawdę na celu tylko wyjaśnić, jak doszło do tego, że ktoś znalazł się w tym grobie, a nie na złapaniu mordercy, odsuwa się na bok, jest mało istotne, prowadzone jakby dla formalności, a cała książka jest zdominowana przez opowieść o rodzinie gnębionej przez sadystycznego ojca. Czytanie o tym, jaką przyjemność może ktoś czerpać z katowania słabszych, jest niesamowicie ciężkim zadaniem. Emocje, jakie wywołuje ta historia, kontrastują z surowym językiem, jakim jest ona napisana. Człowiek czuje się strasznie bezsilny, gdy czyta, w jak beznadziejnej sytuacji znajduje się matka z trójką dzieci. Zwłaszcza wzmaga się to poczucie, jeżeli sobie uświadomi, że takie historie nie dzieją się tylko na kartkach książki. Zamknięcie jej nie spowoduje, że problem zniknie, a wszystko to, co zostało napisane, to nie fantazja dziwaka z Islandii. Ten dziwak nam tylko uświadamia, że takich rodzin pozostawionych sam na sam z tyranem, bez pomocy z zewnątrz, jest więcej – na całym świecie, a nie tylko na oderwanej od reszty krajów, leżącej gdzieś daleko na północy, wyspie.

Arnaldur przekonuje nas po raz kolejny, że Islandia to nie (tylko) kraina wspaniałych lodowców, rozległych zielonych terenów, gejzerów i gorących źródeł. To także kraj ponury, depresyjny, gdzie mieszkańcy skrzętnie chowają swoje tajemnice. I, o czym mówi komisarz Erlendur, ogromne bezludne tereny powodują, że człowiek może wyjść, po prostu zniknąć, a nikt go nigdy nie znajdzie. Cóż, jego książki z pewnością nie są reklamą Islandii i na pewno nie nakręcą nikogo na samotną wizytę na wyspie.

Z niecierpliwością czekam na kolejne książki Arnaldura. Mam nadzieję, że wydawcy nie poprzestaną na tych dwóch, bo to by była wielka strata zarówno dla miłośników kryminałów, jak i fanów książek poruszających kwestie społeczne.

Arnaldur Indriđason „Grobowa cisza”

Magda Pleskacewicz

Bohater od kuchni

To nie są zwykłe kryminały, to żadna tania sensacja. Brak tu brawurowych pościgów za mordercą z tasakiem, zabijającym w coraz bardziej wyrafinowany sposób. Nie zaznacie tu też prężących mięśnie policjantów-herosów, samotnie ratujących z opresji wielomilionowe miasto. Za to dostaniecie policjanta w średnim wieku, w nienajlepszej kondycji zdrowotnej, z prowincji w południowej Szwecji. Warto poznawać? Pewnie! Przedstawiam Wam Kurta Wallandera.

Wallander jest głównym bohaterem serii kryminałów napisanych przez Henninga Mankella. Do tej pory w Polsce wydano osiem powieści z jego udziałem (w przygotowaniu jest dziewiąta, która zakończy cykl) i każda z nich zasługuje na uwagę.

Rynek kryminałów jest już przesycony historiami o dzielnych policjantach bez słabości. Wallander jest człowiekiem z krwi i kości, którego życie nie głaszcze po głowie. Oprócz śledzenia postępów w, często żmudnym, dochodzeniu, jakie prowadzi wraz z innymi policjantami, towarzyszymy mu także w prywatnych rozterkach życiowych – utrata bliskiej osoby, rozwód, skomplikowane relacje ze swoim ojcem, który nie akceptuje tego, że syn został policjantem.

Każde śledztwo jest drobiazgowo opisane, co daje wyobrażenie, jakim ciężkim zadaniem jest praca w policji kryminalnej. Ale książka nie jest nudna, ciężko jest przerwać czytanie nawet wtedy, kiedy opisywane są właśnie narady i picie hektolitrów kawy. Atmosfera się zagęszcza wraz z każdą następną stroną. W niektórych powieściach z tej serii dowiadujemy się, kto jest mordercą już w połowie książki, jednak nieznajomość motywów jego postępowania i chęć odkrycia prawdy wraz z policjantami, nie pozwala odłożyć jej na półkę. Zwłaszcza, że wiedząc, kto jest mordercą, czytamy o tym (często z irytacją), jak policjanci nieporadnie się miotają i wpadają na złe tropy.

Mankell jednak nie pisze zwykłych książek kryminalnych, często zbrodnia jest tylko pretekstem do poruszenia innych ważnych społecznych kwestii. Każda powieść jest o czymś innym – imigracji (Morderca bez twarzy), rozpadzie ZSRR (Psy z Rygi), maltretowaniu kobiet (Piąta kobieta), homoseksualizmie (O krok), przemocy w rodzinie (Fałszywy trop), a nawet o hakerach i terroryzmie z wykorzystaniem Internetu (Zapora) oraz apartheidzie (Biała lwica). Dokonuje też oceny społeczeństwa szwedzkiego wychowanego w państwie socjalnym – a ta jest z książki na książkę coraz bardziej krytyczna.

Dostajemy intrygę kryminalną z drugim dnem. Właściwie, to tylko od nas zależy, czy zostaniemy na wierzchu i będziemy czytali naprawdę dobrą powieść, czy też postanowimy zgłębić się i szukać czegoś więcej – takiej mini rozprawy o kondycji społeczeństwa. A trzeba wiedzieć, że Mankell potrafi dokonywać trafnych spostrzeżeń. Nie bez powodu w jego rodzinnym kraju bardziej poczytne (od serii z Kurtem Wallanderem) są jego książki o tematyce społecznej – głównie o sytuacji w Szwecji, ale także, z racji tego, że co jakiś czas mieszka Mozambiku, to także i o tym kraju (w Polsce wydana została jedna książka o tej problematyce – Comédia infantil).

Nadciągające wakacje są idealnym czasem na zapoznanie się z policjantem z ystadzkiej komendy. Po pierwsze – mózg jest odświeżony i bardziej jesteśmy chętni na głębsze analizowanie tego, „co autor miał na myśli”, a po drugie mamy więcej czasu, by pochłonąć wszystkie książki z serii. Jest to też niezła lektura, by zabrać ją na plażę, ale ostrzeżenie – ona nie pozwoli Wam chociażby nóg w wodzie pomoczyć!

PS. Dla tych, którzy wolą ruchome obrazki – powstało kilka filmów na postawie powieści oraz szwedzki serial – Wallander, w którym są całkiem nowe historie i, do którego scenariusz pisał sam Henning Mankell.

Cykl kryminałów o Wallanderze Henninga Mankella

Magda Pleskacewicz, 21-gramów.blogspot.com

Mała apokalipsa

Powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych” to dziwna książka. I to nie tylko ze względu na charakterystyczny, senny (nie usypiający) styl i nastrój Olgi Tokarczuk, ale również fakt, że choć trup ściele się tam gęsto, chciałoby się mieszkać tam, gdzie toczy się akcja.

Bohaterka też jest dziwna. Zajmuje się astrologią, ale nie jakimiś kartami czy innymi bibelotami, tylko skomplikowanym układem planet i gwiazd, używając do tego profesjonalnego programu w swoim laptopie. Mieszka gdzieś w wiosce u bram Kotliny Kłodzkiej i walczy z kłusownikami, brutalnie mordującymi okoliczne zwierzęta. Można sobie wyobrazić, że do specjalnie lubianych nie należy. Przyjaciół jednak ma. Wszak wszędzie dziwaków zawsze znajdzie się kilku, a lepiej trzymać się razem. Ma także zdecydowane i odbiegające często od typowych (rozsądnych?) poglądy, przez co i sama siebie uważa za niepożytecznego człowieka.

„Ale dlaczego mielibyśmy być pożyteczni i wobec czego? Kto podzielił świat na bezużyteczne i pożyteczne, i jakim prawem? Czy oset nie ma prawa do życia albo Mysz, która zjada ziarno w magazynach, Pszczoły i Trutnie, chwasty i róże. Czyj to rozum odważył się na taki tupet, żeby sądzić, kto jest lepszy, a kto gorszy? Wielkie drzewo, krzywe i dziurawe, przetrwało wieki i nie zostało ścięte, bo w żadnym wypadku nie dałoby się z niego niczego wykonać. Ten przykład powinien podnieść na duchu takich jak my.”

Bohaterka jest trochę jak autorka, ale nigdy do końca nie dowiemy się w jakim stopniu, co daje doskonałą pożywkę wszelkich programom kulturalnym tejże książce poświęconym. Podobny styl, podobna przenikliwość spostrzeżeń (jak choćby przyrównanie ambon kościelnych z tymi myśliwskimi), podobne stanie gdzieś obok, choć nie bierne. Nawet denerwujący w książce bezkrytyczny zachwyt nad Czechami, krainą szczęśliwości, gdzie ludzie się nie kłócą, „bo ich język nie nadaje się do kłótni”, potrafię sobie jakoś przenieść na Olgę Tokarczuk (nawet jeżeli błędnie). To wszystko jednak też trochę irytuje, bo dostajemy wykład w stylu „powinno być tak a tak” oraz, sprawnie napisany, ale jednak propagandowy przekaz, że zwierząt jeść nie należy (choć tu też nie należy popadać w skrajności, silniejszym przekazem jest tu myślę „zwierzęta należy szanować”, a to nie jest tym samym).

Ale jednak chciałbym żyć w tym miejscu. Trochę strasznym, trochę sielankowym, trochę jak z „Wina truskawkowego” i innych stasiukowych światów. Gdzieś na uboczu, gdzie sprawy toczą się nieco inaczej niż w mieście, a na pewno dużo wolniej. Można się przyczepić, że brak tu głębszego przekazu, a jakże! Jednak w połowie książki przekaz postanowiłem odłożyć na bok i skupić się na samej przyjemności przebywania w tym mikroklimacie pani Tokarczuk i jej pani Duszejko. W końcu to najprościej napisana powieść autorki (choć nie prostacko. Prostota ta zwłaszcza widoczna jest w odniesieniu do jej poprzednich „Biegunów”), a przy okazji świetny, trzymający w napięciu po ostatnie strony, kryminał. I to mi wystarcza, bo choć konstruktywny i ciekawy przekaz byłby jak najbardziej wskazany, nikt jednak nie tworzy tak przyjemnych plenerów pełnych trupów. Mrocznych, apokaliptycznych nastrojów niczym z Williama Blake’a, którym bohaterowie się zaczytują, wśród których chciałoby się spacerować.

Olga Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”

Kuba Knoll

Przy dźwiękach klarnetu do jądra ciemności

„Pan Klarnet” zabierze Cię do samego serca ciemności, gdzie nie będzie Ci wcale do śmiechu z powodu tytułu tej książki.

Prawda i kłamstwo mieszają się tak, że już sam czytelnik nie jest w stanie ich odróżnić. Każda następna strona odkrywa kolejne pokłady informacji, wcale nie wyjaśniając, czy są prawdziwe czy fałszywe. Podobnie dobro i zło, żaden bohater nie jest więc jednowymiarową kukiełką w teatrze życia, tylko pełnokrwistym człowiekiem, pełnym sprzeczności, emocji i cierpienia.

Głównym bohaterem powieści nie jest wcale detektyw wynajęty, by odnaleźć zaginione przed laty dziecko. Nie są nimi zleceniodawcy, a więc rodzina porwanego, wpływowa i najbogatsza w kraju. Nie jest nim nawet baron narkotykowy i postrach mieszkańców, główny podejrzany. Główny bohater to Haiti. Ze swoją krwawą historią, przytłaczającą teraźniejszością najbiedniejszego państwa Ameryki Północnej i kiepskimi widokami na przyszłość. To dlatego tak wiele tu opisów dzielnic nędzy, okrucieństwa ludzi, którym już wszystko obojętne, niezrozumiałych dla nas zasad i moralności, czy kultu tutejszej odmiany voodoo – vodou i czarnej magii.

Książka trzyma w napięciu i jako świetny kryminał w stylu noir w klimacie Harry’ego Angela czy nawet Łowcy Androidów (choć do s-f tu daleko), ale także – oferując coś więcej – jako socjologiczno-polityczny obraz kraju zapomnianego przez wszystkich. Autor mówi przy tym językiem prostym, często dosadnym. Widać, że zna się na rzeczy. Pełno tu siarczystej ironii oraz cudny brak politycznej poprawności. Nie jest to jednak szokowanie na siłę, bo tak naprawdę książka promuje jednak zachowywanie twarzy w trudnych momentach, nie wyzbywanie się swojego człowieczeństwa wobec okrucieństwa wokoło. Dzięki temu wszystkiemu historię czyta się świetnie. Prawdziwie przerażająca podróż w głąb nieznanego kraju niczym z „Jądra ciemności”, budzącego grozę i przytłaczającego jak RPA Coetzeego, do źródeł makabrycznej zbrodni i wykorzenienia moralności.

Nick Stone „Pan Klarnet”

Kuba Knoll

Islandia z krwi i błota

BagnoJesień, Reykjavik. W domu usytuowanym na bagiennych terenach dwóch bawiących się chłopców znajduje zwłoki starszego mężczyzny. W mieszkaniu, oprócz ogromnej ilości pornografii i obrzydliwego odoru, policja znajduje stare zdjęcie grobu. Zaczyna się mozolne śledztwo prowadzone przez Erlendura Sveinssona.

Obok wątku śledztwa, obserwujemy historię mężczyzny, który cierpi po utracie pięcioletniej córki. W trakcie trwania filmu dowiadujemy się, w jaki sposób te dwa wydarzenia się łączą, a łączą się dość nieobliczalnie.

„Bagno” jest ekranizacją kryminału islandzkiego pisarza Arnaldura Indriđasona (książka w Polsce jest przetłumaczona jako „W bagnie”). Reżyserii i produkcji podjął się Baltasar Kormákur, reżyser dość znanego u nas filmu (w końcu niewiele islandzkiego kina można w Polsce oglądać) „101 Reykjavik”. Dzięki reżyserowi powstał świetnie sfilmowany, klimatyczny i trzymający w napięciu film. Ciężko się od niego oderwać, chociaż akcja ciągnie się dosyć wolno. Erlendur z mozołem brnie przez zagadkę morderstwa, jednocześnie próbując ogarnąć własne życie – ciągłe problemy sprawia mu ciężarna córka-narkomanka.

Film przez swoją atmosferę jest mocno przygnębiający, zimny jak Islandia. Jesień nie pieści naszego wzroku barwami, jest szara, mroczna, wietrzna. Gdyby chociaż spadł śnieg, który by wybielił ten krajobraz! Nic z tych rzeczy. Przytłaczające są nawet domy – dochodzę do wniosku, że film musiał być chyba kręcony w najbrzydszych częściach Islandii. Widzimy betonowy blok na podmokłych terenach, domki z obdrapanej blachy falistej. Także bohaterowie nie dodają uroku. Być może to, że wyglądają tak ludzko, sprawia, że są odpychający. Nie są odstawieni w garnitury, jak to się zdarza policjantom z amerykańskich filmów. (Swoją drogą, w filmie nawet następuje wyśmianie amerykańskich sposobów ścigania mordercy – policjant, który studiował w Stanach Zjednoczonych kryminalistykę i próbuje naśladować Amerykanów, jest traktowany z przymrużeniem oka.) Są brzydcy, nawet jedzą obrzydliwie – scena posiłku Erlendura jest tego najlepszym dowodem.

„Bagno” pokazuje też jak ważne są wartości rodzinne. Jak z zerwaniem więzi radzą sobie ludzie i do czego są zdolni, kiedy się okaże, że nie do końca są tymi, za których się uważali.

Film to jedno wielkie, tytułowe bagno – szare, brzydkie, śmierdzące, ale jednocześnie bardzo mocno wciągające. Więcej takich bagien, proszę.

„Bagno”,  reż. Baltasar Kormákur

Magda Pleskacewicz, 21-gramów

Potwory za plecami

Karin Fossum jest nazywana „Królową norweskiego kryminału” i często porównują ją wydawcy, co mnie osobiście drażni, do Henninga Mankella. Nie wiem, czy bym się zdecydowała na książki Fossum, właśnie z powodu tych porównań, gdyby, paradoksalnie, nie pewna niepochlebna recenzja, którą przeczytałam.

Autor zarzucał książce, że nie jest kryminałem, bo zbyt słabo skupia się na śledztwie, a bardziej na psychice bohaterów. Dziękuję Ci autorze recenzji! Poznałam dzięki Tobie (na razie) dwie naprawdę interesujące powieści. Pierwszy był kryminał „Oko Ewy”, a drugi „Nie oglądaj się”.

Akcja „Nie oglądaj się” rozgrywa się w małej wiosce, gdzie, zdawałoby się, wszyscy sąsiedzi znają się, wiedzą o sobie wszystko. Właśnie tam dochodzi do morderstwa, a ofiarą jest lubiana przez wszystkich piętnastolatka. Naga, utopiona, porzucona nad jeziorem. Śledztwo prowadzi doświadczony policjant Sejer z młodym, energicznym Skarrem. Razem muszą przeniknąć do hermetycznej społeczności, gdzie ludzie niechętnie współpracują z policją, a śladów i świadków jest niewiele. To potrafi wzbudzić irytację nawet u spokojnego Sejera. W trakcie śledztwa wychodzą na jaw tajemnice, które burzą sielankowy obraz miejscowości.

Po przeczytaniu mogę stwierdzić, że Fossum potrafi nieźle opisać zachowanie jednostki czy małej społeczności sąsiedzkiej. Nikogo nie przedstawia jako krystalicznie czystego albo zepsutego do szpiku kości. Pokazuje, że każdy człowiek ma słabości i, że nawet mieszkańców najbardziej spokojnej miejscowości dotykają problemy przemocy w rodzinie, nietolerancji wobec osób niepełnosprawnych, rozpadu rodziny. Widać też, że tragedia nie jest problemem tylko osoby, której się przydarzyła, ona oddziałuje na całe otoczenie – najbardziej na bliższe, ale również na dalszym zostawia jakieś piętno, które można zatuszować, ale nie da się go pozbyć na zawsze.

W książce nie ma spektakularnych zwrotów akcji, przy których siedzi się z dziwnym wyrazem twarzy, a mordercę można odkryć wcześniej niż Sejer, mimo tego czyta się ją dobrze i nie nudzi się. Od rozwiązywania zagadki morderstwa ważniejsza jest obserwacja ludzkich zachowań, odkrywanie mrocznych sekretów sąsiadów i, co za tym idzie, niszczenie wizerunku bezpiecznej norweskiej wioski. Myślę, że jest to książka dla ludzi, którzy oczekują od kryminałów czegoś więcej niż tylko krwawych opisów morderstw, popełnianych przez psychopatę.

Karin Fossum „Nie oglądaj się”

Magda Pleskacewicz