Archiwa tagu: LAF

W świecie anonimów

Lubię takie filmy. Proste, klarowne, ale pełne niedopowiedzeń. Delikatne, ale dotykające jakichś ukrytych intymnych obszarów duszy. Banalne w treści, ale zrealizowane z taką naturalnością, że piękne i mądre.

Ten pachniał mi świeżym prześcieradłem (może to sugestia z plakatu) i miał pastelowe, jasne kolory. Uspokajał i wyciszał. Niby nic – dziewczyna, o której nic nie wiemy, wyrusza z Holandii, zostawiając za sobą dawne życie, i z namiotem włóczy się po irlandzkich wzgórzach. W pewnym momencie swojej wyprawy spotyka równie tajemniczego mężczyznę i powoli rodzi się między nimi nieokreślona więź. Dwoje indywidualistów, każdy z historią skrywaną głęboko w sobie. Ich historia jest naiwna i prosta, ale wciąga, choć wcale nie musimy bohaterów lubić ani ich rozumieć. Duża w tym zasługa świetnego, naturalnego aktorstwa Lotte Verbeek i Stephena Rea.

Film broni i pokazuje istnienie ludzi na marginesie głównego nurtu życia, dowodzi, że wciąż, nawet w zaganianym XXI wieku możemy żyć kameralnie, pośród ciszy. Że wciąż istnieją ludzie, którzy nie pasują do świata, ale mogą spotkać podobnych sobie. I za to dziękuję reżyserce i scenarzystce Urszuli Antoniak, która nam to pokazała, nawet jeśli w trochę zbyt egzaltowany sposób.

„Nic osobistego”, reż. Urszula Antoniak

Jakub Knoll

Reklamy

Pszczoły w ścianie

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o najnowszy film Mariusza Grzegorzka „Jestem twój”. O wiele łatwiej było mi ocenić jego, ponoć kultową, a na pewno okrytą sławą, krótkometrażówkę „Krakatau”, która nie podobała mi się ani trochę.

Przyznam szczerze, musiałem wspomóc się opisem filmu z Internetu, by sobie przypomnieć jego treść, choć widziałem go niedawno, bo podczas sierpniowej Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Ale taka to właśnie produkcja – zagmatwana, dziwna, zupełnie odstająca od rzeczywistości, gdzie treść nie jest najważniejsza, chociaż właśnie opis robi raczej wrażenie telenoweli, więc i zdradzanie go nie ma sensu. Tu najważniejsza jest forma, w którą ubrane są banalne na pierwszy rzut oka treści. Biedni wciąż walczą z bogatymi i nawet, jeśli bogaci z tej walki nie zdają sobie sprawy, to biedni czują się pokrzywdzeni, próbując wybić się ponad swój status społeczny. Bogactwo szczęścia nie daje, zwłaszcza wobec nudy małżeńskiej, chwile słabości kończą się źle, a kłamstwo ma krótkie nogi. Gdyby za adaptację dramatu Judith Thompson zabrał się ktoś inny, możliwe, że powstałby film, na którym z powodzeniem można byłoby odsypiać ciężki dzień, na tym jest to niemożliwe i to jego podstawowy atut. Tu przemianę małej stabilizacji w niezrozumiały chaos po prostu czuć.

Grzegorzek to bowiem reżyser teatralny i to widać. Z powodzeniem zresztą wykorzystał wcześniej dwie inne sztuki Thompson na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi – „Lew na ulicy” i „Habitat”. Teatralność widać mianowicie w warstwie formalnej filmu. Przede wszystkim jest to aktorstwo (większość odtwórców też jest związana Teatrem im. Jaracza). Do granic przerysowane, niczym w teatrze antycznym nie pozostawia nikogo obojętnym, postaci więc przerażają, niepokoją, brzydzą lub śmieszą, nie ma stanów pośrednich. „Trzy razy tak dla aktorów”, powiedział nawet Janusz Gajos po warszawskiej premierze. Z tym się zgodzę, aktorzy w stu procentach zasłużyli na brawa, zwłaszcza Dorota Kolak, która gra najspokojniej ze wszystkich, a przez to naturalniej, jednak to spokój pozorny, pełen wewnętrznej lawy gotowej do erupcji (zasłużona nagroda Złotych Lwów w Gdańsku). Z jednej strony takie przerysowanie to duży plus, ale z drugiej całość wydaje się po prostu sztuczna i trudno się z bohaterami utożsamiać.

Druga sprawa, to dość ciekawe pomysły na zdjęcia. W kilku momentach aktorzy podchodzą tak blisko kamery, że znajdują się już poza strefą ostrości i mówią jakby bezpośrednio do widzów, co pogłębia poczucie dezorientacji widza. To poczucie pogłębia jeszcze montaż, często epileptyczny, szybki, teledyskowy, przypominający trochę ten z „Requiem dla snu”. To męczy, ale męczyć powinno. Film pozostawia jednak niedosyt, zapowiada katharsis, ale ostatecznie losy dziwnych bohaterów specjalnie nas nie obchodzą.

Dlaczego o „Jestem twój” piszę na Dzienniku Nakręcaczy? Ponieważ mimo całej jego sztuczności warto go obejrzeć, chociażby dlatego, że długo, a może w ogóle, nie zobaczymy już niczego podobnego. Dlatego, że ten film się odczuwa o wiele silniej, niż jakąkolwiek produkcję 3D i to bez dodatkowych okularów. Jest pełen ukrytych emocji, jak pszczoły w ścianie w jeden ze scen, które wybuchają z ogromną siłą, siejąc spustoszenie.

„Jestem twój”, reż. Mariusz Grzegorzek

Jakub Knoll

Jeden dzień samotności

Zwierzyniecka Letnia Akademia Filmowa pozwoliła mi na zapoznanie się z wieloma wartościowymi filmami. Niektóre z nich wyraźniej niż inne przyciągnęły mą uwagę do ekranu i wyryły mi się w pamięci. Jednym z takich filmów był „Samotny mężczyzna” Toma Forda.

Tom Ford do tej pory kojarzony był ze światem mody, z marką Gucci i Yves Saint Laurent, a nie z kinem. Odrywając się od modowego przemysłu, pokazał, że potrafi uszyć niezły film, biorąc się za powieść Christophera Isherwooda pod tym samym tytułem.

Film jest przedstawieniem jednego dnia z życia profesora filologii angielskiej George’a Falconera, który przeżywa żałobę po śmierci swojego partnera życiowego – Jima, z którym żył od kilkunastu lat. Dzień wypełniony rutynowymi, z niechęcią wykonywanymi czynnościami – wstawaniem z łóżka, ubieraniem się czy przebywaniem na uczelni i próbując przekazać swoją wiedzę studentom. Dzień, w którym każda czynność przypomina mu o czasach, kiedy był szczęśliwy z Jimem, co jeszcze bardziej pogrąża go w depresji i niechęci do życia. Czuje się samotny, jedyną osobą, z którą może porozmawiać, jest Charlotte, przyjaciółka, która jednocześnie sama ma problem z alkoholem. Jednak w tym depresyjnym dniu znajdują się sytuacje, które (dosłownie) nadają barw życiu George’a.

Wielką zaletą filmu jest to, że reżyser nic nie próbuje widzowi narzucić. Chociaż sam w życiu prywatnym jest zadeklarowanym gejem, nie usiłuje przez film przekonać nas, że homoseksualizm jest lepszy czy gorszy. Nie decyduje się na żadne pompatyczne i melodramatyczne przemówienia o sytuacji gejów na świecie. Nie szokuje też odważnymi scenami seksu. Po prostu oglądamy próby dojścia do siebie po utracie najbliższej osoby, godzenie się (lub nie) z zaistniałą sytuacją, zmuszanie się do wstania z łóżka, kiedy każdy dzień okazuje się udręką. To przecież może wydarzyć się każdej parze – i homo- i heteroseksualnej. Ford ucieka od moralizatorstwa – sceny, które niebezpiecznie ślizgają się na granicy banału, kończone są w idealnym momencie. Cały film ukazuje, że życie niesie nie tylko ciężkie chwile – przyjaciele, niezobowiązujące rozmowy z nieznajomymi przynoszą też przebłyski radości, ale, że także potrafi być pełne ironii.

Z pełnym przekonaniem, i w ogóle nie przesadzając, mogę powiedzieć, że Colin Firth zagrał w „Samotnym mężczyźnie” swą rolę życia. Odciął się nią od wizerunku wygładzonego amanta z angielskiej prowincji. Można śmiało powiedzieć, że im jest starszy, tym lepszy. Dostaje poważniejsze role i całkowicie potrafi im sprostać – nagroda w Wenecji oraz nominacja do Oscara i Złotego Globu za rolę pierwszoplanową, jest tego potwierdzeniem. Jak zwykle nieźle wypada też Julianne Moore, grająca przyjaciółkę George’a, ale tu jednak jest przyćmiona przez Firtha.

Jakkolwiek fabuła może wydawać się prosta, to strona wizualna jest nad wyraz rozwinięta. Oko przykuwają (i cieszą) stylowe wnętrza, idealnie dopasowane ubrania i wysmakowane detale – okulary, biżuteria. Od razu widać, że reżyser wysoko ceni estetykę na ekranie. Niemal każdy kadr filmu można by było wydrukować i oprawić w ramkę. Świetne zbliżenia na aktorów, ciasne kadry, odpowiednio dobrane nieostrości, potęgują kameralność i intymność chwili. Ciekawym zabiegiem jest także wykorzystanie barw w celu oddania samopoczucia George’a – w trakcie jednej sceny można zaobserwować, jak początkowe żywe barwy tracą na nasyceniu, przechodząc w szarzyzny i na odwrót.

Nie można pominąć też polskiego akcentu, a właściwie całych taktów przebrzmiewających w „Samotnym mężczyźnie”, gdyż za muzykę był odpowiedzialny polski kompozytor Abel Korzeniowski. Podkreśla nastrój, ale bez narzucania się. Czasami delikatna, ale jednocześnie zostająca w głowie po seansie. Kompozycje smyczkowo-fortepianowe są idealnym zwieńczeniem całego filmu.

Nie każdemu przypadnie ta produkcja do gustu. Jeżeli ktoś od filmu oczekuje dynamicznej akcji i/lub ciągłego rzucania żartami, to nie jest to film dla niego. Ale jeśli ktoś lubi wchłaniać sączącą się muzykę, delektować obrazami, dostając przy okazji prostą, ale poruszającą historię, to bez wahania polecam.

„Samotny mężczyzna”, reż. Tom Ford

Magda Pleskacewicz