Archiwa tagu: Markus James

Blues na Saharze

Nie umiem oderwać się od tej muzyki. Po zauroczeniu „Calabash Blues” – pierwszą płytą Jamesa, która wpadła mi w ręce, zostałam schwytana w pułapkę zachwytu nad kolejną i nie protestuję! Ezoterycznie jest zawiesić się w pajęczej sieci afro – bluesa i dać się uwieść egzotycznemu owijaniu w dźwiękową bawełnę.

Na tym krążku Markus James oddał pałeczkę kolegom z Afryki. Mniej tu amerykańskich naleciałości na rzecz akcentów saharyjskich klekoczących skwarem pustyni i to one dominują. Z Ameryki wyruszamy w duszne przestrzenie malijskiego Timbuktu – legendarnego miasta pożądania, do którego Europejczykowi udało się dostać dopiero w XIX wieku.

James wraca do ojczyzny czystego bluesa, by odkryć piaskowe zakątki pełne tajemnic, mistycznej energii i magii. Z gitarą imitującą gorączkę myśli i zdarzeń zabiera słuchacza w krainę ciemnoskórych czarodziejów, nastroju grozy, wyczerpania ciągnącą się podróżą i ciążącego spragnienia. Wszystko to ma jednak westernowy urok. Ta wyprawa ma cel, a wszelkie trudności z nią związane wydają się pożądane. Obcowanie z dzikością Natury i człowieka, fatamorganą, zasadzkami nieoswojonego z obcymi świata, pozostałościami po legendzie Timbuktu sprawia, że budzą się uśpione palącym słońcem zmysły, czekając bystro na nagły zwrot akcji.

Markus James łączy Afrykę Zachodnią i Missisipi, djembe z harmonijką, afrykański śpiew przywodzący na myśl podejrzane rytuały z południowoamerykańską wizją niebezpieczeństwa. Najlepiej czuć to chyba w kawałku „All The Kingdoms”, w którym te dwa królestwa bluesa współistnieją, a efekty ich fuzji są oszałamiające. Ta muzyka przenika ciało i powoduje dreszcze. Trudno wyplątać się z jej sieci. Ale po co?

Markus James „Timbuktoubab”

Magda Kotowska

Czarne korzenie bluesa

Przez długi czas tkwiła ta perełka w stosie zaległości do nadrobienia, aż wreszcie nadeszła odpowiednia chwila na jej odkrycie i wniknięcie w dzikie, pierwotne rejony egzotycznego bluesa.

Pył, pustkowia, tajemnicze kaniony, rwące rzeki, bezchmurne niebo, tumany kurzu i płynące w upale ociężałe powietrze kowbojskiej Ameryki to pierwszy krajobraz tworzony przez wyobraźnię po uruchomieniu płyty. Charakterystyczne szarpanie gitarowych strun przenosi w westernowe klimaty, a głos Jamesa, lekko tajemniczy, brudny i szepczący, buduje nastrój podekscytowania i budzącego się zewu przygody w poszukiwaniu muzycznego El Dorado. Na drodze do celu niespodziewanie pojawiają się afrykańskie brzmienia rodem z plemiennych tradycji malijskich Wassoulou, które czarują słuchacza – wędrowca na tyle skutecznie, że ulega szamańskim dźwiękom i chwyta za amerykańską harmonijkę, by dopełnić obrzędu. Tym samym powraca do afrykańskich źródeł czystego bluesa, odkrywając duchowy wymiar przygody.

„Calabash Blues” to album najeżony mistyczną magią Czarnego Lądu i jednocześnie przesiąknięty urokiem Dzikiego Zachodu. Ma się ochotę chwycić plecak, dosiąść konia i odjechać w kierunku tego, co nieznane, niebezpieczne i fascynujące. Nie wyłączając piwa i tabaki w pierwszym lepszym Saloonie.

Markus James „Calabash Blues”

Magda Kotowska