Archiwa tagu: Olga Tokarczuk

Mała apokalipsa

Powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych” to dziwna książka. I to nie tylko ze względu na charakterystyczny, senny (nie usypiający) styl i nastrój Olgi Tokarczuk, ale również fakt, że choć trup ściele się tam gęsto, chciałoby się mieszkać tam, gdzie toczy się akcja.

Bohaterka też jest dziwna. Zajmuje się astrologią, ale nie jakimiś kartami czy innymi bibelotami, tylko skomplikowanym układem planet i gwiazd, używając do tego profesjonalnego programu w swoim laptopie. Mieszka gdzieś w wiosce u bram Kotliny Kłodzkiej i walczy z kłusownikami, brutalnie mordującymi okoliczne zwierzęta. Można sobie wyobrazić, że do specjalnie lubianych nie należy. Przyjaciół jednak ma. Wszak wszędzie dziwaków zawsze znajdzie się kilku, a lepiej trzymać się razem. Ma także zdecydowane i odbiegające często od typowych (rozsądnych?) poglądy, przez co i sama siebie uważa za niepożytecznego człowieka.

„Ale dlaczego mielibyśmy być pożyteczni i wobec czego? Kto podzielił świat na bezużyteczne i pożyteczne, i jakim prawem? Czy oset nie ma prawa do życia albo Mysz, która zjada ziarno w magazynach, Pszczoły i Trutnie, chwasty i róże. Czyj to rozum odważył się na taki tupet, żeby sądzić, kto jest lepszy, a kto gorszy? Wielkie drzewo, krzywe i dziurawe, przetrwało wieki i nie zostało ścięte, bo w żadnym wypadku nie dałoby się z niego niczego wykonać. Ten przykład powinien podnieść na duchu takich jak my.”

Bohaterka jest trochę jak autorka, ale nigdy do końca nie dowiemy się w jakim stopniu, co daje doskonałą pożywkę wszelkich programom kulturalnym tejże książce poświęconym. Podobny styl, podobna przenikliwość spostrzeżeń (jak choćby przyrównanie ambon kościelnych z tymi myśliwskimi), podobne stanie gdzieś obok, choć nie bierne. Nawet denerwujący w książce bezkrytyczny zachwyt nad Czechami, krainą szczęśliwości, gdzie ludzie się nie kłócą, „bo ich język nie nadaje się do kłótni”, potrafię sobie jakoś przenieść na Olgę Tokarczuk (nawet jeżeli błędnie). To wszystko jednak też trochę irytuje, bo dostajemy wykład w stylu „powinno być tak a tak” oraz, sprawnie napisany, ale jednak propagandowy przekaz, że zwierząt jeść nie należy (choć tu też nie należy popadać w skrajności, silniejszym przekazem jest tu myślę „zwierzęta należy szanować”, a to nie jest tym samym).

Ale jednak chciałbym żyć w tym miejscu. Trochę strasznym, trochę sielankowym, trochę jak z „Wina truskawkowego” i innych stasiukowych światów. Gdzieś na uboczu, gdzie sprawy toczą się nieco inaczej niż w mieście, a na pewno dużo wolniej. Można się przyczepić, że brak tu głębszego przekazu, a jakże! Jednak w połowie książki przekaz postanowiłem odłożyć na bok i skupić się na samej przyjemności przebywania w tym mikroklimacie pani Tokarczuk i jej pani Duszejko. W końcu to najprościej napisana powieść autorki (choć nie prostacko. Prostota ta zwłaszcza widoczna jest w odniesieniu do jej poprzednich „Biegunów”), a przy okazji świetny, trzymający w napięciu po ostatnie strony, kryminał. I to mi wystarcza, bo choć konstruktywny i ciekawy przekaz byłby jak najbardziej wskazany, nikt jednak nie tworzy tak przyjemnych plenerów pełnych trupów. Mrocznych, apokaliptycznych nastrojów niczym z Williama Blake’a, którym bohaterowie się zaczytują, wśród których chciałoby się spacerować.

Olga Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”

Kuba Knoll

Reklamy

Mobilna książka

Bieguni

Do tej książki zbierałem się czas jakiś i gdy w końcu wybrać się miałem do Kołobrzegu, stojąc wobec wizji 8-godzinnej podróży pociągiem, sięgnąłem właśnie po nią. Jak się okazało był to wybór jak najbardziej słuszny – idealne nadaje się bowiem do przemieszczania się z jednego miejsca w drugie.

Powieść „Bieguni” Olgi Tokarczuk, to – wstyd powiedzieć – dopiero moje drugie spotkanie z prozą autorki (pierwszą była nie należąca do „kanonu” „Anna Inn w grobowcach świata”), ale urzeczony już chcę więcej.

Pomimo, że akcje ma poszatkowaną, ba!, właściwie nie posiada głównych bohaterów, ani naczelnych wątków, to czyta się ją z zapartym tchem. Jest to właściwie zbiór opowieści różnorakich, niepełnych, jakoby zasłyszanych, wyłapanych w biegu. Czytając myślałem o rozmowach, których biernym uczestnikiem byłem wielokrotnie, siedząc obok rozmówców i przez nich niezauważony. W autobusie, tramwaju, pociągu. A jednak chłonąłem, co mówią, wyłapywałem strzępy, składałem w głowie we własną całość.

Mężczyzna szuka żony i dziecka zaginionych podczas podróży po Chorwacji. Człowiek zajmujący się preparowaniem ludzkich zwłok i przygotowywaniem do badań lub rozrywki przybywa do żony swego zmarłego mistrza. Wykładowcy filozofii podróżnej rozsiani po lotniskach świata. Współcześni nomadzi – bieguni, żyjący gdzieś poza głównym nurtem w przeludnionej Moskwie. Wszyscy ci, których w podróży mijamy, wymieniamy słowo lub dwa, bądź w ogóle nie zwracamy uwagi na siebie. W środkach komunikacji lub podczas przesiadek. To, co ich łączy, to my. To, że o nich wiemy, że minęliśmy ich, usłyszeliśmy przelotem ich historię.

Oddając na chwilę – jak wszyscy recenzenci – głos autorce:

„Ta książka stara się być lojalna wobec kakofonii i dysonansu naszego doświadczenia świata, wobec niemożliwości jego ujednolicenia, wobec jego chaosu, rozpadania się i ponownego tworzenia nowych konfiguracji.

Jestem w niej wierna peryferiom, obszarom niedopowiedzianym, zamazanym. Powtarzam w niej własne błędy i wydaje mi się to absolutnie konieczne.”

Postaci i wydarzeń jest wiele, można je pochłaniać pomiędzy jedną zasłyszaną historią a przesiadką. I każda historia wciąga i zachwyca. I pozostawia niedosyt, większy lub mniejszy. Jak w życiu.

Słyszałem już opinie, że książka nudzi. Mówili to ludzie, którzy czytali ją w domu. Może jest to tego typu historia, którą poznać prawdziwie można jedynie w podróży.

Olga Tokarczuk „Bieguni”

Kuba Knoll