Archiwa tagu: podróże

Z podróżnikiem przy piwie

Samsara to jedna z tych książek, które zachwycają nie przymiotami autora-bohatera oraz jego niezwykłymi przygodami, ale smakiem odkrywania świata przez człowieka takiego jak Ty.

Przyznaję się szczerze, że zaczynałem ją czytać z nienajlepszym nastawieniem. Raz, że teraz książki podróżnicze piszą wszyscy, chyba wręcz nie wypada nie mieć choć jednej w swoim dorobku (w końcu nawet prezenter pogody ma!). Dwa, że o Tomku Michniewiczu (który wciąż nie może zacząć przedstawiać się jako Tomasz) ostatnio sporo szumu medialnego, z racji przede wszystkim premiery nowej książki – Gorączki i akcji ratowania nosorożców w Afryce, którą promuje. Na szczęście „efektu lodówki” (boisz się nawet otworzyć lodówkę, bo celebryta tam już może być) jeszcze nie ma. W końcu trzy, to szumna reklama, mówiąca mi, jaka ta książka jest wyjątkowa, jaka inna od pozostałych, jaka awanturnicza. A jeszcze ta rozbuchana zapowiedź, masę odniesień do stron internetowych i ukrytych, specjalnych treści, w końcu ciągłe wycieranie sobie ust słowem-kluczem – backpacker. A dla mnie cały urok tej książki tkwi w jej prostocie i normalności, która mimo wszystkich powyższych przeszkadzajek nie daje się stłamsić.

O czym jest ta książka? O wędrowaniu trochę bez celu, dla samej przyjemności poznawania i podróżowania. Przede wszystkim jest o Azji i poszukiwaniu tych miejsc, które jeszcze nie zostały zadeptane przez turystów, poznawaniu ludzi, którzy są jeszcze autentyczni i ciekawi w swej odmienności. O przeżywaniu codziennych przygód i spełnianiu swoich chłopięcych marzeń z dzieciństwa. A wreszcie o tym, co dla nas, Europejczyków, niepojęte – ludziach, który potrafią podobno przeciąć się na pół, przy czym niczym się nie zakrywają, a potem wstać i iść; o ludziach, którzy będąc w transie podczas Festiwalu Wegetariańskiego na Tajlandii, potrafią wbijać sobie w policzki miecze czy pistolety i iść z innymi w przemarszu przez miasto lub chodzić bez bólu po rozżarzonych węglach. Tak naprawdę o tym wszystkim, co w Azji wciąż fascynuje, co dzikie i warte poznania. Tylko tyle i aż tyle.

Książka napisana jest żywym, potoczystym, wręcz gawędziarskim stylem. Tak, jakbyście poszli na piwo z kolegą, który wiele widział i, co równie ważne, umie i bawi się opowiadaniem o swoich przygodach. Michniewicz opisuje więc w prosty (ale nie prostacki) i klarowny sposób, co mu się przydarzyło, ale nie szczędzi dygresji i retrospekcji, własnych refleksji na tematy wszelakie. Nie brakuje tu humoru, autoironii. Jest nawet zestawienie najlepszych filmów Dolpha Lundgrena i Toma Berengera, które powstało podczas długiego oczekiwania na autostop w Laosie.

Czytając „Samsarę”, czułem zazdrość. Na szczęście nie była to tego typu zazdrość, co przy książkach Jacka Pałkiewicza, bohatera i postaci wręcz mistycznej, którego nie będę przypominał nigdy. Nie, to bardziej było uczucie: Kiedy wreszcie ja się zbiorę i tam pojadę, i przeżyje swoje przygody, by móc przy stole opowiedzieć je przyjaciołom i rodzinie?. Może po jej przeczytaniu wiele z nas się zdecyduje. Tego Wam i sobie życzę.

Tomasz Michniewicz „Samsara. Na drogach, których nie ma”

Jakub Knoll

Na rozgrzewkę: rumba zamiast herbaty!

Putumayo – wydawca tzw. world music – prezentuje gorącą od hiszpańskiego słońca kompilację gitarowych brzmień cygańskiej bohemy grającej pod niebieskim niebem Andaluzji, które białą chmurą rzuca palmowy cień na wąskie ulice południa Hiszpanii, przesiąknięte pasją flamenco, egzotyką kultury i życiem pełnym gwaru, tańca i muzyki. Krążek opiera się na fundamencie flamenco, ale przemyca do swojej przestrzeni także inne dźwięki śródziemnomorskie oraz kubańską salsę, co tworzy wprost obłędny miszmasz.

Odpalona płyta momentalnie przenosi w inną rzeczywistość – zmysłową i ciepłą; zrzuca z ciała płaszcz ochronny, dodaje energii, witalności i czystej beztroski; tańczy dusza, wirują zwiewne sukienki, na hiszpańskiej gitarze brzdąkają długowłosi Cyganie, a cantaor śpiewa poezją Lorki. Czego chcieć więcej?

Pierwsze większe zauroczenie dotknie każdego przy okazji uzależniającego „Isla Mujeres”, w którym Javier Ruibal – muzyk i poeta z andaluzyjskiego Cádiz – staje się zauroczonym niewolnikiem kobiecego piękna. W świat rumby („Vacileo”, „Tesoro”) wprowadzają Ojos de Brujo – barcelońska grupa eksperymentująca fuzją flamenco z wszelkimi muzycznymi stylami. Pojawia się też Peret („Una Chica Muy Guapa”) uznawany za króla rumby oraz cygański Chico and the Gypsies – energetyczna odnoga Gypsy Kings („Tengo Tengo”). Kawiorem na tym muzycznym stole jest zdecydowanie „Shalom Israel” – piękny, natchniony, eterycznie zalatujący duszą flamenco i wpływami izraelskimi.

Putumayo ma to do siebie, że nie wydaje przeciętności. Na każdej płycie, a są ich już dziesiątki, znaleźć można co najmniej kilka wysmakowanych odmian muzycznej przyjemności, nad którymi zachwyt dojrzewa, ewoluuje, ale nigdy nie przemija. Z prostego powodu. Wszystkie te etniczne krążki  doskonale przesiąknięte są urokiem miejsc, z których pochodzą. Przez dźwięki płynie zapach ulic, ciepło wieczornego powietrza, smak wina i specyficzny aromat morskich alg, a wszystko to potęguje uczucie bezkresnej radości. Wyobraźnia odtwarza pejzaże wspomnień albo imaginuje obrazy malowane zmysłami opętanymi muzyką z poszczególnych części świata. Gdybym miała wybierać mieszankę muzycznych perfum, to ten flakonik, łączący gorącą rumbę z pasją flamenco, byłby ideałem.

Putumayo Presents: Rumba Flamenco

Magda Kotowska

Podróże sercem i umysłem

Rosnąca popularność Tiziano Terzaniego w Polsce i na świecie dowodzi, że prawdziwi podróżnicy z krwi i kości, którzy przemierzają tysiące kilometrów z czystej ciekawości drugiego człowieka, wciąż mają swoje miejsce na świecie.

Pierwsze polskie wydawnictwo tego włoskiego włóczykija, który dużą część swego życia spędził w Azji, „Powiedział mi wróżbita”, to książka nietypowa. Zaczyna się od przepowiedni, którą usłyszał on od wróżbity, a która mówiła, że kilkanaście lat później, w 1993 roku, zginie on w katastrofie lotniczej, samolotów musi się więc wtedy strzec jak ognia. W tym miejscu każdy rozsądny człowiek wzruszyłby ramionami i zapomniał całą opowieść. Tarzani jednak, wcale nie mniej rozsądny, uznał to za cudowną okazję do zmiany trybu życia na jeden rok – postanowił przemieszczać się jedynie lądem lub wodą, wybierając to samochód, to pociąg, czy statek, czy wreszcie własne nogi. Przy okazji poznawania tej mniej turystycznej (jeśli w ogóle) strony Azji Wschodniej (głównie te rejony penetruje) odwiedza okolicznych wróżbitów, by pytać ich o swój los i – ku swej uciesze – porównywać przepowiednie ze swoim życiem czy wersjami ich poprzedników. Ci czytają mu przyszłość z daty i godziny urodzin, twarzy, przechwytując jego energię, z pięt, dłoni (swoich i jego), kart, ptaków, kwiatów, zwierzęcej łopatki, czy będąc w narkotycznym lub medytacyjnym transie, przemawiając słowami „Mistrza”. Często dotykają problemów czysto materialnych, opowiadając o zyskach, bogaceniu się, inwestycjach. Jeszcze częściej ich porady są powodowane zwykłym rozsądkiem ludowym ubranym w magiczną otoczkę.

Jeśli spodziewacie się wartkiej akcji, niczym w jakimś Indianie Jonesie (o pożal-się-boże archeologu), możecie przeżyć spore rozczarowanie. Terzaniemu bliżej do Ryszarda Kapuścińskiego, z nieśpiesznym, acz wnikliwym oglądem na świat. Patrzeniem szerokim kątem na lokalne problemy, próbami ich zrozumienia, poznania obcych kultur i narodowości. Jest to podróżnik niedzisiejszy, chcący swoje otoczenie (bliższe i dalsze) poznać, ale nie zmieniać, podchodzący do innych z szacunkiem, a nie wyższością zadufanego w sobie Europejczyka. To właśnie szacunek wydaje mi się jedną z ważniejszych cech, jaką powinien posiadać każdy podróżnik (to ta cecha sprawia, że bardzo sobie cenię – skądinąd irytującego – Wojciecha Cejrowskiego). Wiele tu więc opisów miejsc i ludzi, wiele historii miast, państw, społeczności. Wiele w końcu przemyśleń samego Terzaniego na wszelkie możliwe tematy. Wszak w czasie podróży nasze myśli zgłębiają różne rejony naszego umysłu, często zapomniane i zaniedbane. Wiele tu także krytycznego spojrzenia na zmieniającą się Azję, coraz bardziej goniącą za Europą, śpieszącą się i gubiącą po drodze swoją unikalność, różnorodność. Wyjątkowość.

Sporo można się z tej książki dowiedzieć od Włocha, który nade wszystko ceni wolność i swobodę. Oto bowiem okazuje się np., że krawat – obecnie przecież symbol elegancji, pewnego rodzaju wyznacznik statusu społecznego, wymyślili Mongołowie i służył im do ciągnięcia jeńców przytroczonych do końskich kulbak. Nie mało tu ciekawostek, swego rodzajów dziwów świata. Betang, małe tajlandzkie miasto przy granicy z Malezją, to stolica prostytutek i partyzancki Disneyland, gdzie byli bojownicy o wolność teraz sprzedają się turystom. Samą Malezję zalewa za to fala Chińczyków (stanowią już 30% społeczeństwa), a rodowici mieszkańcy, chcąc uchronić się przed ich materializmem przyjęli Islam, zmieniając się w fundamentalistów. W malajskim mieście Malakko mieszka za to największa liczba duchów na świecie. Jedną z podstawowych pięciu zasad życia w Indonezji jest zaś nakaz wiary w Boga – jakiego, to już osobista sprawa każdego z mieszkańca.

Z „Powiedział mi wróżbita” wyłania się obraz reportera, ale przede wszystkim człowieka. Autoironicznego, sceptycznego wobec sił nadprzyrodzonych, ale i ciekawego, szanującego opartą na nich kulturę Azji. Ze smutkiem patrzącego, jak przemija prawdziwy świat na rzecz ujednoliconej papki globalizmu. Tarzani był człowiekiem opanowanym, nieśpiesznie podchodzącym do życia, czerpiącym z niego jak najwięcej. Szczęśliwym. I to w książce widać. Szkoda, że dopiero po jego śmierci pojawiają się u nas jego książki, ale warto skorzystać z tej wyjątkowej możliwości poznania jego pisarstwa.

Tiziano Tarzani „Powiedział mi wróżbita”

Kuba Knoll

Na wschód od Zachodu

Fado

Choć może nie zawsze chwalony i nie zawsze w pełnej formie, to jednak Andrzej Stasiuk pozostaje dziś ważną personą – ambasadorem wsi nie tyle polskiej, co karpackiej, krzewicielem dawnych, prawdziwych wartości Europy Środkowej.

„Fado” – zbiór mini reportaży, czy też wspomnień autora, stanowi doskonały tego przykład. Co więc tu mamy? Małą Czarnogórę, ledwo oddzieloną po rozpadzie Jugosławii, która walcząc o niezależność od Serbii wprowadza walutę Euro nie będąc nawet w Unii Europejskiej. Jest i północ Albanii, do której południowcy boją się jeździć, a która dostarcza prądu reszcie kraju, a gdzie pomiędzy elektrowniami wodnymi przechadzają się krowy, a przez elegancki rynek sunie w czasie dożynek człowiek z kosą. Słowacja, która z obecnym przyrostem naturalnym może za kilka lat w ciało obrócić ideę państwa cygańskiego. Portugalskie fado, które wydobywa się z jakiegoś zdezelowanego albańskiego samochodu gdzieś na prowincji. Mołdawia, której główny dochód stanowi sprzedaż organów… ludzkich.

Mowa w książce o krajach byłego bloku wschodniego, gdzie wciąż przeszłość i teraźniejszość istnieją równolegle. Krajach z krwawą, bolesną historią, codziennością pełną bliskości natury. Wschód jawi się tu jako karykatura i krzywe zwierciadło Zachodu, goniąc go i próbując naśladować. Wciąż jest jednak pełen ludzi, którzy potrafią się w tym świecie odnaleźć, bo mają korzenie i są ich świadomi. Podkreśla to wyraźnie obecność Cyganów, którzy od prawie 700 lat wędrując już po Europie wciąż w większości zadowalają się swoją kulturą, a nie przejmując asymilacją, ujednoliceniem, stworzeniem jednej rasy – Europejczyków. Dlatego to ich kultura wciąż inspiruje, jest „jakaś”, nie nijaka. To wszystko powoduje, że Stasiuk jednak środkowoeuropejczyków woli od rozwiniętych, bogatych państwa Europy Zachodniej. Ze smutkiem obserwuje jednak wypieranie spokojnego wczoraj przez krzykliwe dziś. Można to uznać za postawę staroświecką i niepostępową, ale myślę, że to po prostu melancholia za dawnymi, lepszymi czasami.

„Podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie.”

Tak pisze autor i w pewien sposób czytając „Fado” można choć trochę wczuć się w życie ludzi, którzy tak blisko nas żyją, a których tak mało znamy. A wszak nasi, Słowianie to!

Świat Karpat jest u Stasiuka niemal baśniowy, trochę surrealistyczny. W Rumunii zaraz obok pięknych architektonicznych zdobień stoi… sracz. Podobnie jest z tą książką, jest tu wszystko, od opisu wypraw, historię, poprzez przemyślenia natury społecznej, aż do wspomnienia Polskiego Papieża. Trochę się więc czyta książkę z trudem, gubiąc się często o co właściwie autorowi chodzi. Ten jednak śpieszy z usprawiedliwieniem:

„Z tego składa się życie, gdy próbujemy je sobie wyobrazić jako pewną całość – z oderwanych fragmentów, które zapadły w pamięć. Nie spaja ich żadna logika, żaden sens, poza tym, że przydarzyły się właśnie mnie.”

Zdecydowanie warto więc „Fado” przeczytać i poznać te fragmenty życia niedzisiejszego pisarza. Nie jako całość, ale zbiór osobnych tekstów. Po jednym na dzień.

Andrzej Stasiuk „Fado”
Kuba Knoll

Księgarz wśród burek

Ajmal sprzedawał ciastka i cukierki w małym sklepiku w holu hotelu. Ostatnio jednak miał mało klientów. Czasem więc, gdy nudził się w pracy, szedł oglądać w telewizji polskie i czeskie bajki. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby sytuacja ta nie rozgrywała się w zniszczonym bombardowaniem afgańskim Kabulu.

Książka Åsne Seierstad „Księgarz z Kabulu” składa się właśnie z takich zwykłych historii, przedstawiając odległy Afganistan w sposób odmitologizowany, poprzez zwykłych ludzi, którzy często nie różnią się od nas samych.

Autorka udała się do tego kraju zaraz po upadku reżimu talibów, razem z wieloma innymi dziennikarzami. Ją jednak zainteresował Sułtan, który sprzedawał książki. Postanowiła zamieszkać u niego i napisać historię jego rodziny, a przez to opowiedzieć historię kraju. Nie poszła jednak oczywistym tropem, nie wybrała biednej i niewykształconej rodziny (w Afganistanie jest ogromny odsetek analfabetyzmu), tylko wybrała tamtejszą „klasę średnią”, ludzi światłych i kształconych.

Po pewnym czasie okazało się jednak, że to trochę jak z panią Dulską, inaczej przedstawiała się ta rodzina z zewnątrz, inaczej „od kuchni”. Na szczęście jednak autorka unika jednostronności, jej postacie są żywe i wielowymiarowe, a więc sam reportaż wydaje się być bardziej autentyczny. Nie ma tu właściwie postaci negatywnych, ani też tak w pełni pozytywnych. Autorka stara się być obiektywna w swoich ocenach, ale czuć, co jest akurat na plus, że bardzo lubi opisywaną przez siebie rodzinę. A rodzina to niemała, matka Bibi Gol urodziła 13 dzieci, a jednym z nich jest właśnie Sułtan, który ma dwie żony (a z nimi dzieci), jedną w Kabulu, drugą w Pakistanie.

A życie w Kabulu toczy się zwyczajnie, jak wszędzie, tu ktoś bierze ślub, tu biją się ze sobą bracia, syn buntuje się przeciwko ojcu, wyjeżdża z kolegami na wyprawę, która ma go odmienić, ktoś się zakochuje, a ktoś zostaje odtrącony. W tle zmieniają się powoli obyczaje, widać więcej wolności na ulicach bez talibów, choć wciąż panuje strach. Kobiety wciąż noszą burki, chociaż przed talibami tego nie robiły (w Afganistanie nosi się pełne burki, czyli materiał, który zasłania całe ciało kobiety, łącznie z oczami, które są zakryte siatką umożliwiającą patrzenie. Siatka jest na tyle małe, że kobieta chcąc spojrzeć na bok, musi obrócić całą głową i mąż wie, na co patrzy jego żona). Seierstad zresztą poświęca w książce wiele miejsca na opis sytuacji kobiety w Afganistanie, a, choć nie tragiczna, nie jest ona najlepsza („Wartość panny młodej, to jej błona dziewicza, wartość żony, to liczba synów, których urodziła”).

Warto przeczytać tą książkę, bo porównanie na okładce jej autorki do Ryszarda Kapuścińskiego ma jednak dużo z prawdy. Tak jak nasz wybitny reportażysta zajmuje się ona losem zwykłych ludzi, a nie polityków, a pozytywny stosunek emocjonalny do swoich bohaterów sprawia, że i czytelnik patrzy na nich nie tylko jak na postacie książkowe. A dokładając do tego fabularyzowaną formę reportaży czyta się całość z wypiekami na policzkach.

Åsne Seierstad „Księgarz z Kabulu”

Kuba Knoll

Mobilna książka

Bieguni

Do tej książki zbierałem się czas jakiś i gdy w końcu wybrać się miałem do Kołobrzegu, stojąc wobec wizji 8-godzinnej podróży pociągiem, sięgnąłem właśnie po nią. Jak się okazało był to wybór jak najbardziej słuszny – idealne nadaje się bowiem do przemieszczania się z jednego miejsca w drugie.

Powieść „Bieguni” Olgi Tokarczuk, to – wstyd powiedzieć – dopiero moje drugie spotkanie z prozą autorki (pierwszą była nie należąca do „kanonu” „Anna Inn w grobowcach świata”), ale urzeczony już chcę więcej.

Pomimo, że akcje ma poszatkowaną, ba!, właściwie nie posiada głównych bohaterów, ani naczelnych wątków, to czyta się ją z zapartym tchem. Jest to właściwie zbiór opowieści różnorakich, niepełnych, jakoby zasłyszanych, wyłapanych w biegu. Czytając myślałem o rozmowach, których biernym uczestnikiem byłem wielokrotnie, siedząc obok rozmówców i przez nich niezauważony. W autobusie, tramwaju, pociągu. A jednak chłonąłem, co mówią, wyłapywałem strzępy, składałem w głowie we własną całość.

Mężczyzna szuka żony i dziecka zaginionych podczas podróży po Chorwacji. Człowiek zajmujący się preparowaniem ludzkich zwłok i przygotowywaniem do badań lub rozrywki przybywa do żony swego zmarłego mistrza. Wykładowcy filozofii podróżnej rozsiani po lotniskach świata. Współcześni nomadzi – bieguni, żyjący gdzieś poza głównym nurtem w przeludnionej Moskwie. Wszyscy ci, których w podróży mijamy, wymieniamy słowo lub dwa, bądź w ogóle nie zwracamy uwagi na siebie. W środkach komunikacji lub podczas przesiadek. To, co ich łączy, to my. To, że o nich wiemy, że minęliśmy ich, usłyszeliśmy przelotem ich historię.

Oddając na chwilę – jak wszyscy recenzenci – głos autorce:

„Ta książka stara się być lojalna wobec kakofonii i dysonansu naszego doświadczenia świata, wobec niemożliwości jego ujednolicenia, wobec jego chaosu, rozpadania się i ponownego tworzenia nowych konfiguracji.

Jestem w niej wierna peryferiom, obszarom niedopowiedzianym, zamazanym. Powtarzam w niej własne błędy i wydaje mi się to absolutnie konieczne.”

Postaci i wydarzeń jest wiele, można je pochłaniać pomiędzy jedną zasłyszaną historią a przesiadką. I każda historia wciąga i zachwyca. I pozostawia niedosyt, większy lub mniejszy. Jak w życiu.

Słyszałem już opinie, że książka nudzi. Mówili to ludzie, którzy czytali ją w domu. Może jest to tego typu historia, którą poznać prawdziwie można jedynie w podróży.

Olga Tokarczuk „Bieguni”

Kuba Knoll