Archiwa tagu: poezja śpiewana

Muzyczna medytacja

Zauroczyła mnie ta płyta już przy pierwszym słuchaniu. Z każdym kolejnym do tego uczucia dochodziła coraz większa przyjemność obcowania z harmonią dźwięków i przeświadczenie, że będzie to jedna z moich ulubionych.

„Skądokąd”, nowy album Raz Dwa Trzy, to chyba jeden z najczystszych i pierwotnie prostych, jakie słyszałem ostatnio. Nie mogę zaryzykować stwierdzenia, że najlepszy, bo w swojej karierze obierali bardzo różne kierunki, z wieloma gatunkami się próbując i to z sukcesami, ale na pewno podoba mi się obecny szlak. Album jest biały (jeśli pojmować muzykę przez pryzmat kolorów – nie chodzi tylko o opakowanie), ale to nie znaczy, że pozbawiony głębi, bo skrywający w sobie całą gamę kolorów, po równo je dawkując w pozornym uśpieniu. Bogaty w emocje, do których trzeba dotrzeć.

Lubię ten album. Nie ma tu irytujących już z lekka muzycznych „przeszkadzajek” znanych z ostatnich płyt Raz Dwa Trzy, tu ograniczone są i podporządkowane prostej, może wątłej, ale klarownej melodii, tworząc w efekcie spójną całość. Bardzo też cieszy powrót Joszko Brody, którego drumle i fujarki przywodzą mi na myśl dawne czasy folkowej krainy łagodności w rodzaju początków Anny Marii Jopek, Antoniny Krzysztoń, czy dawnego Voo Voo. Wszak z tych samych rejonów i ten zespół jest (nie raz zresztą z Joszkiem współpracowali). Bardzo nastrojowo, wręcz jazzowo, brzmi tu także fortepian Marcina Pospieszalskiego czy trąbka Antoniego Gralaka.

Osobny temat w przypadku Raz Dwa Trzy, to teksty. Te są jak zwykle mądre, proste, choć bardzo poetyckie. Już sam tytuł – skądokąd – podkreśla, że tak naprawdę nie cel jest ważny, a ruch, tylko tu i teraz, pomiędzy skąd a dokąd. Poruszające tematy niełatwe i ważne. Świetny jest chociażby „Upał roztapia granice miasta” – strumień świadomości, dokładny, wciągający i podszyty tragedią opis obserwacji pewnego zakładu fryzjerskiego z pewnej kawiarni. Majstersztyk, przypominający mi trochę ich słynny „Talerzyk”.

Całości dopełnia jeszcze piękne, estetyczne wydanie – ale czy to nie również znak charakterystyczny zespołu? Mała czarna łódeczka przemierza białą przestrzeń przedzielana czarną kreską, nakreślającą horyzont, „akt łączenia błękitu z kawałkiem lądu”. W środku teksty, ale podane bardzo fantazyjnie, różnorodnie i jakoś tak swojsko. Jak na „Ambiwalencji” Lubomskiego, z pomysłem. Pudełko takie, jak muzyczna zawartość – proste i ze smakiem, czysta harmonia.

Ta płyta to wspaniały przykład trudnej sztuki tworzenia prostych rzeczy. Rześki powiew spokoju w rozbuchanym letnim mieście.

Raz Dwa Trzy „Skądokąd”

Jakub Knoll

Góry, góry, aż pod chmury

Już piąty rok górscy entuzjaści z Wrocławia uratowali wędrowne dusze błąkające się z różnych powodów po wielkomiejskich uliczkach, pośród zgiełku i smogu samochodów przypominając, że to „w górach jest wszystko, co kocham”.

Mahomet się w góry wybrać nie wybrał, to góry do Mahometa przyszły. Taka jest właściwie zasadniczo rola wrocławskiego przeglądu kultury studenckiej „W górach jest wszystko, co kocham…” – przypominać, jak bardzo chce nam się nie-miasta, a gór w szczególności. Tym większą daje radość jedność, że oto nie jesteśmy tu jedynymi, co potwierdzają tłumy z plecakami, karimatami i górskimi butami rozsiani po całej stołówce Politechniki Wrocławskiej. A czyż nie jest to idealne miejsce właśnie na pieśni turystyczne i poezję śpiewaną? Po takim spotkaniu nic tylko ruszać razem na szlak.

„W górach…”, to już osobny świat, ale otwarty na każdego, kto odczuwa podobnie, podobnie szuka i „szukania mu trzeba”. To nie tylko Wrocław, koncerty odbywają się co roku także w Rzeszowie, Lublinie, Krakowie, Nowym Sączu, Głuchołazach, Kielcach, Przemyślu, Bukowinie Tatrzańskiej, Bielsko-Białej, Katowicach, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Warszawie, Gdyni, itp., itd., nie zapominając o zbliżonych klimatem (a czasem prowadzącymi i widzami) „Gitarą i piórem” w Karpaczu i podjeleniogórskich Borowicach, czy Giełdzie Piosenki Studenckiej w Szklarskiej Porębie z 42-letnią tradycją. Górale, nie jesteście więc sami! Wrocławska edycja obchodziła w tym roku mały jubileusz – piąty. Z tej okazji nie zmieniło się nic, wciąż zapewniła świetny klimat, piękną muzykę i wyrzut, że nie ma nas teraz na Pielgrzymach czy Połoninie Caryńskiej.

Ale wróćmy do koncertów, które swoją drogą bardzo były różnorodne – od debiutantów, co gwiazdami się stają festiwalowymi po zwycięstwie w zeszłym roku w części konkursowej (wedle prowadzącego dzieje się i tak, że zwycięzcy konkursu na początku sezonu, pod koniec występują już jako clou wieczoru) aż do gwiazdy kalibru dużego, w rodzaju Czerwonego Tulipana, Mikroklimatu, Jerzego Filara, ale i dobrego ducha turystycznych szlaków – kowala Macieja Służały. Byli więc owi zwycięzcy sprzed roku – Basia Beuth i osobny, wyraźnie w swoim prywatnym świecie istniejący, świetny Szczyt Możliwości, powracający Pod Jednym Dachem, Żeby Nie Piekło, ale i starzy bywalcy – Apolinary POlek, Dom o Zielonych Progach, Na Bani. Ba! Wykonawców zawsze tam tak wiele, że nie wiadomo kogo wspomnienie do domu zanieść najmocniejsze.

Mi osobiście właśnie owi debiutanci najbardziej przypadli do gustu. Może z tego względu też, że wyraźnie dowodzą, że poezja śpiewana, to nie umarły gatunek przeznaczony jedynie dla starych ramoli, że młodzi mają tu dużo do powiedzenia, ta świeżość jest dobra! Swoją drogą w Szklarskiej „szarymi łosiami” (w tamtejszej terminologii to starzy bywalcy, co zapuścili korzenie i wracają co rok) stają się także ludzie młodzi, często także przez rodziców nauczeni.

Na kolejne edycja „W górach…” – tak we Wrocławiu, jak i w pozostałych miejscach – zdecydowanie nakręcam, przyjemna i bardzo staroświecko-studencka to odmiana od wszechogarniającego zgiełku i harmideru. Niech zachętą będzie podtytuł tutejszego cyklu „poezja muzyka ludzie”. Dla każdego z tych składników z osobna, a zwłaszcza razem – warto!

V Wrocławski Przegląd Kultury Studenckiej „W górach jest wszystko, co kocham…”

20-22 listopada 2009

Kuba Knoll

PS Zdjęcia z tegoż Przeglądu zobaczyć możecie na stronie gazety Best.

Jakżesz ja się uspokoję? Głębokie PUSTKI.

Deklamowanie „Pożałuj Mnie” Danuty Wawiłow to zabawa edukacyjna dla przedszkolaków. Dzięki Pustkom bawić mogą się wszyscy. Zespół serwuje nam kompilację poetyckiej rozkoszy, oswajając liryczne twory wielkich kreatorów słowa.

Słuchanie tej płyty to prawdziwe łaskotanie intelektu, obcowanie w tekstylnym bezkresie, radosny taniec na neologicznej łące wśród pachnących lingwistycznych kwiatków. W dodatku przy jakże trafionym poziomie muzycznego minimalizmu!

Pustki z niezwykłym wyczuciem dopasowują  poszczególne dźwięki do sylab śpiewanych słów. Brzdęki gitar, echa perkusji i klawisze wchodzą w symbiozę ze słowami, malując tło dla poezji. W takiej energetycznej i nieco dziwacznej konwencji świetnie brzmi oryginalność Leśmiana. Inaczej zupełnie prezentuje się dramatyzm Broniewskiego – bardziej uniwersalnie i współcześnie. Wykonane w pustkowym klimacie „Przekwitanie” wyróżnia się na płycie i  wchodzi w reakcję z umysłem jak hinduska mantra. Podobnie hipnotyzuje „Wesoły Jestem” Wyspiańskiego. To kolejny ożywiony przez zespół chochoł z przeszłości, który doskonale odnajduje się w zwichrowanym świecie tekściarskiej alternatywy i potwierdza, że poezja ma dziś swoją rację bytu!

Pustki dokonały pewnej rewolucji. Podkoloryzowały liryki pozostawione mentalnej zagładzie i sztywnej interpretacji. Oswoiły wojennych poetów, przypomniały o słowotwórczym geniuszu Leśmiana i stworzyły krążek nowoczesnej poezji śpiewanej, co brzmi tak świeżo, że żałuję, że jego premiera nie przesunęła się na wiosnę, choć jesienią taki muzyczny prądzik też przecież cieszy. Można pomarzyć o trawie do kolan, co by się podniosła do czoła, a już wkrótce będzie można zaśpiewać do zimy „śnież się, w duszy mojej śnież”, bo przecież „przekwita wszystko i kwita!”.

Rockowo-rockandrollowe, stylistycznie awangardowe wyczyny muzyczne Pustek doprawione charakterystycznym wokalem uklawiszowionej Barbary Wrońskiej i głosami Nosowskiej oraz Rojka burzą wewnętrzny spokój. Odpalają drewienko w przygasłym kominku intelektu i sprawiają, że mózg dymi od nadmiaru szarej materii. Fajne doznanie. Głębie to, nie Pustki.

Pustki „Kalambury”

Magda Kotowska

„Cały czas pod prąd” – wywiad z zespołem Pustki.

Piosenka szeptana

Powiadają, ze najlepsze płyty nagrywa się w rozpaczy i depresji. W tym sęk dowodzi jednak, że ludzie szczęśliwi nie są na tym polu wcale gorsi i potrafią zarażać swoim optymizmem.

Właśnie tak kojarzyłem zawsze muzykę jeleniogórskich terenów – z lekka jazzująca poezja śpiewana, pełna optymizmu lub lekkiej melancholii. Tak jest w michałowickim Teatrze Naszym, tak bywało na jazzowych koncertach na Rynku i tak, na szczęście, wciąż wyglądają kolejne edycja Gitarą i Piórem zarówno w Karpaczu, jak i Borowicach oraz na Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie. Podobny jest też, działający od 2005 roku W tym sęk. Nie jest jednak oczywiście tak, że Sęki są jak każdy jeleniogórski zespół, o ile w ogóle istnieje takie pojęcie, że nic nowego nie wprowadzają. Sam założycie, gitarzysta i autor wielu tekstów i muzyki zespołu, Marcin Sweklej, mówi o swoich „dzieciach”: „to piosenki w klimatach… sękowych. Nie ma przebojów. Liczy się całość.” Jakież to miłe, a trochę niedzisiejsze myślenie, ale dzięki temu słuchając debiutanckiego „Pogadaj z kimś” nie ma się – prawdziwego niestety dla wielu innych albumów – uczucia, że po połowie już się muzykom skończyły pomysły. Tu nawet ich stare i znane przeboje brzmią inaczej, a płyta faktycznie ma swój charakterystyczny i rozpoznawalny styl. Styl sękowy.

I tu rodzi się pewien problem dla recenzenta, bowiem jak tu ocenić zespół, którego piosenki zna się już kilka lat, nie ma się więc do nich stosunku obiektywnego, ani nie patrzy z należytą świeżością. Ale tu zahaczamy jednak o kolejną zaletę – płyta zawiera wiele nowych, zupełnie mi nieznanych utworów, wliczając w to zupełnie fantastyczne „Po drugiej stronie” i „Bóg wie co”, który odkrywa przed słuchaczami jakiś zupełnie inny świat. Ważny, a zarazem osobny i prywatny świat Marcina Swekleja.

Zaskakuje też instrumentarium, bo oto obok gitary, basu i perkusji pojawia się akordeon, dodający spokojnego, z lekka tangowego nastroju. Marcin wyraźnie na gitarze grać umie bardzo dobrze, delikatny, ale mocny głos Ani Kosy koi nerwy, bas jej brata, Janka, jak zwykle działa podprogowo, nie mówiąc już o świetnie nadającej rytm perkusji Kuby.

Płyta jest różnorodna i to dobrze. Mi osobiście podoba się to tym bardziej, że nieco irytowała mnie humorystyczna stylistyka piosenek z wczesnej działalności Sęków, w stylu „A niech to kule biją”, czy „Złota rybka”. Pośród lirycznych ballad, czy bardziej poważnych tonów, sprawia ona jednak, że całość się po prostu nie nudzi.

Już kilka lat śledzę karierę W tym sęków (to wszak po trochu znajomi) i muszę przyznać, że album nagrali bardzo profesjonalny, dopracowany, z wieloma muzycznymi smaczkami – jak świetna i rytmiczna perkusja, czy szeptane partie śpiewającej Anny Kosy. Przy takim rozwoju z niecierpliwością czekam na kolejne płyty i koncerty. Z racji natomiast, że recenzent zupełnie obiektywizmu zachować nie potrafi w zaistniałej sytuacji, odsyłam zaintrygowanych potencjalnych słuchaczy na koncerty zespołu, gdzie płytę ową nabyć można, a także na stronę internetową wTymSek.pl, gdzie także kilku utworów można posłuchać. Myślę, że warto znać tą grupę i śledzić ich rozwój.

W tym sęk „Pogadaj z kimś”

Kuba Knoll