Archiwa tagu: recenzja

„The King of Limbs” jak „Czarny Łabędź” Aronofsky’ego

Nierówna, rozkołysana, hipnotyczna. Daleko jej do melodyjności In Rainbows, jeszcze dalej do wybitności Kid A. Perełki w jeziorze jej dźwięków nieśmiało połyskują, ale żadna z nich nie czyni w duszy natychmiastowego spustoszenia, bliskiego choćby Street Spirit (Fade Out). Czy to oznacza, że nowa płyta Radiohead nie ma głębi?

Krążek The King of Limbs jest kontrowersyjny. Przy dziewiczym odsłuchu brzmi jak EPka nagrana w trakcie niezobowiązującej zabawy dźwiękiem podczas przypadkowej sesji w studio. Pierwsze kawałki krążka przypominają chaotyczną elektroniczną gierkę osnutą mgłą wokalu Yorke’a. Takie właśnie jest Bloom,  wprowadzające w radiogłowe uniwersum. Jeszcze bardziej egzotycznie brzmi Morning Mr Magpie. Trudno się tu odnaleźć, choć krew w ciele mimowolnie płynąć zaczyna w niespokojnym rytmie piosenki o sroce. Konsternacja mija wraz z pierwszymi dźwiękami Lotus Flower, które w zestawieniu z epilepsją Thoma, rachuje kości i skutkuje zakwasami.

I tu zaczyna się druga, bardziej przyswajalna, część płyty. Codex to piękno samo w sobie, na mapie doznań graniczące z doskonałością. W podobnej estetyce utrzymane jest Give up the Ghost. Finałowy Separator to przyczynek do lewitacji. Na tyle łagodny, że ma się ochotę zatoczyć krąg i ponownie poddać się transowemu chaosowi Bloom.

Nowa płyta Thoma Yorke’a i spółki jest jak Czarny Łabędź Aronofsky’ego – doskonała pod wieloma względami, ale pozostawiająca niedosyt. Jest malowniczo, momentami wręcz perfekcyjnie, ale brakuje emocjonalnego pierdolnięcia.

 

Epileptyczny taniec Thoma:

Radiohead King of Limbs

Source: Independent.pl

Magda Kotowska

The Young Gods z patentem na długowieczność

Prawie 25 lat obecności na alternatywnej scenie muzycznej. Szmat czasu. Wydawałoby się, że taki wynik równoznaczny jest z nudą, więdnięciem i powielaniem wypracowanych sc hematów. Nie w przypadku The Young Gods. Chłopaki ze Szwajcarii znaleźli patent na długowieczność. Everybody Knows to kolejny dowód na to, że im wino starsze, tym lepiej smakuje.

Szwajcarska grupa znana jest z dźwiękowych eksperymentów i to one właśnie stanowią źródło wiecznej świeżości. Każdy album utrzymany jest w innym klimacie, choć zawsze oscyluje wokół industrialu. Nowa płyta powiewa stylistycznym eklektyzmem, miesza elektro, country, rock, blues i industrial, przyprawiając każdy utwór etniczną masalą.

Rzadko zdarza się, żeby uzależnić się od krążka po pierwszym przesłuchaniu. Everybody Knows przełamuje schematy trawienia nowości. Blooming momentalnie rozkłada na łopatki,  snując się eterycznie wokół zmysłów. Konstrukcja muzyczna naelektryzowana jest tu sensualną erotyką, podobnie zresztą jak wokalizy Franza Treichlera. No Land’s Man zionie ogniem Super Ready, a Mr Sunshine potęguje stan haju po to, by odlecieć totalnie w Miles Away. Chwila na spacerek po wertepach eksperymentu pojawia się w trakcie szemranego Two To Tango. Finał przechadzki ma swoje miejsce w Introducing, które łowi ucho słuchacza dźwiękową przynętą polaną sosem country. (Przypomina się tu nietypowy koncert Live At Moods –  The Young Gods z Eriką Stucky – wyemancypowaną damą harmonijki.) Druga połowa płyty nie porywa już tak bardzo jak pierwszy kwintet, ale kończy się za to dobrą etniczną pointą w postaci Once Again.

Młodzi Bogowie wiedzieli, że nie zgrzeszą hipokryzją, wymyślając nazwę dla swojego zespołu. Ich muzyka się po prostu nie starzeje. The Young Gods nieustannie ewoluują, dojrzewają jak wino, po którym nie ma kaca.

The Young Gods – Everybody Knows

Independent.pl

Magda Kotowska

The National „High Violet”- na emocjonalnym haju

Wreszcie są. Nowi, ale w dobrze znanym wcieleniu. The National i High Violet, czyli zniewalająca prostota, zawieszony w przestrzeni, mruczący wokal Matta Berningera i dźwiękowe podróżowanie po krainie łagodności

Płyta w całości utrzymuje klimat, który najbardziej zbliżony jest do The Virginia EP – zniewalającej mieszanki nastroju zdrowej melancholii i bolesnego szczęścia. Już inaugurujące album Terrible Love zapowiada dobrą jakość. Sorrow momentalnie wstrzykuje się do krwioobiegu, narkotyzując umysł. Wycieczkę po wertepach sentymentu zapewnia też Little Faith. Sporo energii wnosi Bloodbuzz Ohio, a w England perkusja przyjemnie unosi duszę. Album kończy niezwykle melodyjny  kawałek Vanderlyle Crybaby Geeks.

The National to zespół, który od początku kojarzony jest z zaawansowaną emocjonalnością, zaprawianą gęstą martyrologią i sentymentalizmem. Dodałabym do tego poetyckość, wzniosłość i nieprzystawalność do reszty muzycznego świata we współczesnej dźwiękowej cywilizacji. Można próbować oprzeć się tej poruszającej dramaturgii, ale po co bać się triumfu własnej wrażliwości? To takie ludzkie.

THE NATIONAL „High Violet”

Magda Kotowska

Sorrow – The  National:

NIWEA, no!

Cuchnące ulice, patologiczne klatki piersiowe, duszny mrok, podwórkowe dziady i wszędobylski zapaszek życiowej nędzy – debiut duetu NIWEA daleki jest od przestrzeni rajskich. Emocjonalnego fetoru dodaje treściwe podłoże słowne Wojtka Bąkowskiego, oprowadzające słuchacza po zadymionych miejskich stajniach.

NIWEA…01 to jaskrawie smutny portret polskiej rzeczywistości. Eteryczna muzyczka ściąga w autentyczne doliny percepcji, każe nurkować w odmętach patologii, wyrzuca na bruk wszelkie odłamy pozytywu. Jest ciemno i beznadziejnie, ale co odkrywcze – sprawcą takiego klimatu nie jest lingwistyczny wulgaryzm typowy dla raperskich skarg na Polskę. Zamiast tego słyszymy zaciąganą melorecytację przemieszaną z blokerską gadką, zmęczonym oddechem i gwizdnięciami osadzonymi w genialnej elektronice, która działa na tym krążku po ciemnej stronie mocy i doskonale spełnia swoją funkcję.

Mimo, że płyta NIWEI ma wydźwięk pesymistyczny, to słucha jej się z przyjemnością. Elektroniczny zmysł Dawida Szczęsnego i awangardowy post-rap Wojtka Bąkowskiego wchodzą w symbiozę, tworząc łaskoczące rzeczy oplecione senną wełną. Sens ma każdy dźwięk, konwencja przedstawiania treści i minimalizm wydawnictwa, co zbliża ten projekt do pojęcia sztuki i z takiej perspektywy należałoby ten album interpretować.

NIWEA…01

Qlturap 2010

Magda Kotowska

Independent.pl

Disparates i przaśne „Fafaberie”

Co zawiera w sobie Disparates? Życiową niepowagę i beztroskę, ale też intelektualną rozpustę, werbalne rozpasanie i soczyście dźwiękową biesiadę. Okazuje się, że hiszpańskiego pochodzenia disparates (wygłupy) sprawdzają się świetnie na polskim gruncie, naznaczonym energetyzującym folkiem, zakrapianym instrumentalną whisky i przepalonym aromatycznym haszykiem.

„Fafaberie” to debiutancki krążek Disparates – paraklezmerskiego, toruńskiego bandu pod batutą wagabundy – Bartłomieja Kulika. Owocem duchowej schizofrenii tego hedonistycznego dyrygenta jest bardzo bogata warstwa tekstylna – osobne historyjki zabierają do europejskich mordowni i wyuzdanych knajpek, sprowadzając na dno cielesnej rozpusty, by posmakować życia w jego epikurejskich przejawach. Biesiadne dźwięki burzą krew młodego bytu spragnionego pełni doznań i degustacji ziemskich atrybutów mydlących zmysły fatamorganą chwilowej szczęśliwości.

Słuchać tej płyty to obcować w ciemnej, zadymionej zakapiorce, z kobietami – kusicielkami w poszarpanych pończochach, z kolejką wódko-winno-chmielnych degeneratów, przy brudnym tangu wydobywającym się z przaśnego akordeonu i eterycznej trąbki. Tyle o doznaniach towarzyszących odtwarzaniu płyty.

Zaplecze muzyczne Disparates jest podenergetyzowane tak samo jak teksty obieżyświata Kulika. Akordeonowi i trąbce towarzyszą waltornia, perkusja, kontrabas i gitara – trudno o lepsze tło dla hedonistycznych opowiastek o przybrukowych dokonaniach nieświętych tego świata.

A po co nam takie muzyczne wygłupy? Dosadną pointą jest deklaracja samego Bartłomieja Kulika: „ambicją mą nie spektakl – lecz zabawa piórem w sercu mego piekła” – takiej, trochę szatańskiej, dźwiękowej marynaty po tej płycie się spodziewajcie.

Disparates „Fafaberie”

Lou&Rocked Boys, Rockers Publishing

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl

Przyczajony tygrys „Heligoland”. Powrót Massive Attack.

Może i jest to broń masowego rażenia, ale jej działanie nie natychmiastowe, przynajmniej w porównaniu do skutków huraganu zmysłów, jaki szalał po świecie w epoce „Blue Lines” czy „Mezzanine”. Obecny album Massive Attack przypomina raczej zabawę w podchody, nieskończoną grę wstępną – naprawdę długo czekać trzeba na pożądane ukąszenie opętanego węża. Niby jest mrocznie, ale jakoś nie porywająco. Nie od razu.

Pyszną namiastkę miąższu Mezzanine dostajemy w „Paradise Circus”. To swoisty owoc zakazany – wraz z teledyskiem stanowi uzależniająco perwersyjny duecik, a sączący się wokal nadaje świeżości i energetyzuje. Bardzo przyjemnym, mrocznym doznaniem jest też druga perełka, za którą stoi demoniczny Albarn – „Saturday Come Slow” prawdziwie hipnotyzuje. Zrozpaczone pragnienie i drapiące muzyczne wstawki przenoszą w przestrzeń dusznego wieczoru skąpanego w emocjonalnej ulewie.

Zapowiedzi dobrze brzmiącego kawałka z Adebimpe oraz „Splitting The Atom” mieliśmy już na zeszłorocznej EPce. Wielka szkoda natomiast, że na longplayu nie znalazł się genialny remiks „Psyche” z Martiną – w oryginalnej wersji brzmi wręcz drażniąco, zwłaszcza w porównaniu do falującej, nieco mistycznej melodyjności remiksu.

Gdyby zapomnieć o dotychczasowych wyznacznikach Massive Attack:  spotęgowanej zmysłowości, mrocznym napięciu i zdrowej ekscytacji, to album wypadłby bardzo przyzwoicie. Muzycznie jest niezwykle dopracowany, urozmaicony, ciekawy i profesjonalny. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że mamy tu do czynienia z wysychającym źródłem witalnego porywu duchowego na rzecz muzycznej formy – bardzo strawnej, ale znacznie mniej magnetyzującej. Jest mrocznie, ale brakuje w tej czerni ognistego karminu, który przyprawiłby tę ucztę emocjonalnym tabasco. Może to starość? Może dojrzałość? A może jednak tajna broń, która dopiero sparaliżuje? Jedno jest pewne: wytrwałe kuszenie daje efekty…

Massive Attack „Heligoland”

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl

TLEN. Płuca tańczą – człowiek oddycha!

„W każdym człowieku są dwaj tancerze: prawe płuco i lewe płuco. Kiedy płuca tańczą, człowiek otrzymuje tlen.  Jeśli wziąć łopatę i uderzyć nią w okolice płuc, to tańczyć przestają i odcinają tlen”.

Czym jest tlen? Miłością, w imię której zabijamy, bo bez tlenu nie da się żyć. Miłość trwa, gdy dwie istoty oddychają tym samym powietrzem; w przeciwnym razie w miejsce miłowania pojawia się nienawiść i potrzeba unicestwiania lub zapomnienia. Miłość to priorytet ludzkiego bytu. To cel, sens, tlen. Walczymy z miłości i zabijamy z miłości, by wyeliminować tych, których płuca „nie tańczą” i pozbawiają człowieka odżywczego tlenu. W imię trzeciej cnoty wywołujemy wojny. Miłość płynie z wiary, ale jeśli chodzi o wiarę, to generalnie Bóg jest tylko w niedzielę, a że dzisiaj czwartek, to Boga jeszcze nie ma. A może dzieje się to wszystko, bo nie usłyszeliśmy piątego przykazania?

Wyrypajew niezwykle sprawnie przeciwstawia sobie antagonistyczne wartości determinujące życie człowieka. Prowadzi widza ścieżką poszukiwania miłości, która daleka jest od idylli, bo o ile działa człowiek w imię trzeciej cnoty, to skutkiem tej aktywności jest ból psychiczny, a nawet śmierć. Film udowadnia gorzki paradoks dotyczący genezy zła. Okazuje się, że to miłość –  gloryfikowana w religiach – jest źródłem agresji, natchnieniem do unicestwiania inności w manicheistycznym świecie. Zakochany Sańka z małego, prowincjonalnego miasteczka i islamski fundamentalista kierują się tą samą miłością. Przykazania dekalogu nie sprawdzają się w rzeczywistości, pogrążonej w konsumpcji, zagłuszonej hałaśliwym chaosem, niezrozumieniem aksjologicznych przesłań i zniewolonej dualistycznym podziałem na dobro i zło.

Wymowa filmu jest gorzka, ale sam obraz przykrym nie jest. To niezmiernie przyjemne doświadczenie – uczta dla oka i rozkosz dla ucha. Wyrypajew ilustruje poszczególne nakazy moralne odrębną piosenką i teledyskiem, zgrabnie oddziałując słowem i obrazem jednocześnie.  Całość osadzona jest w konwencji hiphopowej, która z założenia melorecytuje o paradoksach rządzących światem. W rolach głównych piękna żona Wyrypajewa – Karolina Gruszka i świetny rosyjski aktor – Aleksiej Filimonow. Film jest dynamiczny, barwny, rytmiczny, wysmakowany wizualnie, tragikomiczny i emocjonalny, a muzyka uzależnia. Podobnie jak tlen. Estetyczne szaleństwo pozostawia widza w stanie emocjonalnego rozbuchania i lekkiej hipnozy (podtrzymywanej przez mantrę, która towarzyszy napisom końcowym). Nie dziwi nagroda publiczności podczas ENH 2009.

Widziałam „Tlen” dwa razy i nadal czuję niedosyt. Oficjalna premiera w lutym. Do zobaczenia w kinie!

„Tlen” reż. Iwan Wyrypajew

Magda Kotowska