Archiwa tagu: relacja

Nowohoryzontowa kolacja a’la Pattoni

Takie inauguracje ENH lubimy chyba wszyscy. Czwartkowy wieczór na Wyspie Słodowej należał do Mike’a Pattona – multizadaniowego wirtuoza we włoskim wcieleniu. Zakładam, że pod wpływem jego wyczynów okoliczne drzewa (pomimo lata) pogubiły liście, a Odra prawie zmieniła kierunek biegu.

Już sam Patton to fenomen: nie dość, że głos ma nieprzeciętny, to właściwie wszystko, czego się dotknie zamienia się w złoto. Z otwartą gębą śledzić można to jak wczuwa się w muzykę i lawiruje po wokalnych skalach, emitując solidne dawki energii. Dodając do tego oprawę w postaci świetnej muzyki, żywiołowej orkiestry i świateł, letniość wieczoru i początek filmowego święta, trudno się dziwić, że na koncertach słyszymy arię uniesień i naturalną eksplozję braw.

Patton zaserwował wrocławskiej publice podróż do przeszłości z ziemi polskiej do włoskiej – pełną muzycznej estetyki, patetyzmu, duchowych wzlotów i dźwiękowych pejzaży. Towarzystwo orkiestry z góry ubrało atmosferę w elegancką koszulę, a włoski mafioso Mike i jego nieskazitelny wokal rozpieścili zmysły do tego stopnia, że jeden bis nie wystarczył i ludność do domów rozeszła się niezaspokojona.

Mike Patton, muzyczny awangardzista znany choćby z Faith No More, Peeping Tom czy Fantomasa, przyjechał do Wrocławia ze swoim najnowszych projektem o nazwie Mondo Cane. Zainspirowany włoską muzyką z lat 50. i 60.  oraz filmem „Pieskie życie” (stąd nazwa projektu) nagrał płytę, na której znaleźć można pełen mariaż dźwięków, nastrojów, instrumentów i gatunków muzycznych. Od z natury spokojnych ballad, przez ekstatyczne przyjemności jak Deep Down czy porywające Ore D’Amore aż po cięższe, metalowe Urlo Negro.

Koncert na Wyspie był pierwszym w ramach tegorocznej Sceny Muzycznej Ery Nowe Horyzonty. Kolejne występy oglądać można w klubie festiwalowym w Arsenale. Przed nami m.in. Baba Zula („Życie jest muzyką” Akina powinno się z tą kapelą kojarzyć) i Mad Profesor oraz Konono No 1 z Konga i Gonjasufi. Będzie się działo!

Mike Patton – Ore D’Amore (Mondo Cane):

Mike Patton i Mondo Cane, 22.07 Wrocław, Wyspa Słodowa

Era Nowe Horyzonty 2010

Magda Kotowska

Reklamy

Głosowałam na Heńka – relacja z Open’era 2010

Notatka z Open’era będzie krótka. Po pierwsze dlatego, że moja ekspresja werbalna odnośnie wrażeń post sięgnęła już zenitu, po drugie laptop mi się topi wynikiem letniej gorączki (całkiem znośnej, mimo wszystko – ociężałość ciała i intelektualna opieszałość wyraźnie wskazują na pozorną beztroskę wakacji).


Poniżej 10 pozycji. Kolejność niczego nie odzwierciedla (chyba że podświadomie). Protagoniści wywodu to artyści, którzy zakorzenili się w mojej myślodsiewni z jakichś powodów. Do rzeczy więc:

Pearl Jam – bezpieczna euforia.

Eddie Vedder jest ojcem. To fakt, który determinuje niebywałe poczucie odpowiedzialności nie tyle za dobrą jakość muzyczną na koncercie, co za pokojowy jego przebieg. Występ grandżowców z Seattle tradycyjnie wywołał tornado na rozchwytywanym przedzie (cudem udało się komuś mnie z niego wyrzucić, po drodze straciłam na chwilę trampka, ale wydostałam się w całości i po interwencji Eda wróciłam nawet w okolice sceny). Odpowiedzialność frontmana sprawiła więc, że tłum posłusznie cofnął się o sześć kroków, by już do końca koncertu trwać w miarowym opanowaniu kończyn, zwracając uwagę na kobiety i dzieci. Dla niektórych paternistyczne zachowanie Veddera było sporym ograniczeniem i zawodem, dla większości jednak stanowiło potwierdzenie, że koncert rockowy może być przeżyciem bezpiecznym i pokojowym, bez łokci, odcisków glanów i siniaków – klasa.

Warto wspomnieć jednak, że występ Pearl Jam na Open’erze nie był typowym misterium, które chłopaki serwują na pojedynczych występach. Miast nastroju patetyzmu i przechadzającej się między głowami magii (np. w trakcie Black, które na Open’erze wypadło dość bezpłciowo), była wielka energia i radocha –  to trafiona inauguracja festiwalu, choć mam nadzieję, że tzw. dojrzałość nie sprawiła, że band z Seattle zapuścił się duchowo i postawił na prostotę oraz ograniczenie emocji.

Na marginesie: wino było. Zdewastowane gitary też. Wymach mikrofonem również.

tricky Tricky

Tak się pechowo złożyło, że koncert Tricky’ego pokrył się z występem PJ, a powszechna ciemność i namiot oddalony od sceny głównej o 15 minut drogi po trawiastych przestrzeniach z miejscowymi wykopkami na potknięcia i zwichnięcia sprawił, że dotarłam na trzy ostatnie kawałki – jakkolwiek, wystarczyły, żeby żałować absencji i obiecać sobie obecność na jego występie przy pierwszej lepszej okazji.

Massive Attack – ciemna rozkosz, rzecz jasna

Najlepszy koncert festiwalu. Mój pierwszy kontakt z Massive Attack w wersji live. Bez zawodu, a z garścią duchowego uniesienia i poczuciem satysfakcji z dobrego widowiska. Było mistycznie, mrocznie, czysto trip-hopowo. Gęstwina emocji i euforyczny odlot towarzyszył każdej jednostce, więc jeśli pomnożyć to przez kilkadziesiąt tysięcy, to poczujemy klimat wprowadzonych w trans Heinekenowiczów – imperium Babie Doły zaatakowane zostało przez psychodeliczne wyczyny brytyjskiej ekipy i z przyjemnością uległo. Mały minus za mulące babskie wykonania i mało Mezzanine. (zob. Collected, Heligoland, Splitting The Atom)

P.S. Występ Massive Attack poprzedzony był hołdem dla Szopena i koncertem muzyki poważnej, podczas którego Polacy zaśpiewali Szopenowi „Sto lat”…

Kasabian – kapela trzech numerów?

Lekki zawód skutkiem wrażenia monotonii dźwiękowej – możliwe jednak, że impresja ta wynikała z faktu, że oddanym fanem tej kapeli nie jestem. Dla mości wielbiących Kasabian ich występ był podobno spełnieniem absolutnym. Mnie do siebie nie przekonali bardziej niż wcześniej, czyli po przesłuchaniu płyt i skupieniu się na dwóch czy trzech naprawdę chwytliwych kawałkach (Fire, Shoor The Runner, Club Foot). Swoją drogą zagrali je dosłownie na odejście, kiedy zniecierpliwieni czekaniem skierowaliśmy się do wodopoju.

The Dead Weather – Czarny Jack White

Tu, podobnie jak w przypadku Kasabian, oczekiwałam od artystów akcji agitującej, ale tym razem się nie zawiodłam. The Dead Weather dał świetny koncert, połączony z czarno-białą wizualizacją. Mnóstwo energii, mroku, psychodelii i teatru. Tak było przynajmniej do połowy występu, kiedy to trzeba było się wycofać i pędzić w kierunku Tent Stage celem złożenia pokłonu Archive – kolejnej ciemnej chmurze dźwięków.

Archive – z archiwum opowieści psychodelicznej

To jest kapela, do której moja miłość rodziła się powoli. Ale w końcu rozkwitła, a że jest dojrzała, to nie mija jak spontaniczne i intensywne zauroczenie. Archive odstawili niesamowite szoł, choć trzeba zaznaczyć, że wykonało się to w dużym stopniu dzięki udziałowi zgromadzonej wiary – jej głośne reakcje i nadzwyczajna aktywność zaskoczyły mnie, która pamiętała modlącą się publiczność z wrocławskiego WFF-u, a co dopiero samych artystów, którzy, jestem pewna, zdumieni byli energią przybyszów – oklaski nie zamilkły nawet na minutę. Owy wodospad braw sprawił więc, że występ Archive charakteryzowała wielka energia, która tym razem powędrowała odwrotnym kanałem: publika –> scena, by następnie poskutkować sprzężeniem zwrotnym, generując kontakt artystów z festiwalowiczami (czego brakowało na „kameralnych” koncertach). Poza tym ukłony, pokłony, podziękowania – niebywała jest moc festiwalowej publiczności.

Mitch & Mitch – festiwalu pointa doskonała

Oh yeah. To jest to! Po youtube’owych prezentacjach wyczynów Mitchów można było spodziewać się poczucia humoru, dawki rubaszności i energii, ale nie tak wyśmienitych dźwięków i aż tak dobrego kabaretowania!

Nie bez powodu Macio Moretti nagrodzony został Fenomenem Przekroju – nie dość że figlarz, to jeszcze zdolny instrumentalista, wokalista i wodzirej. Do tego Their Incredible Combo ze sprzętem dętym.  Był więc kabaret, była też biesiada, a  nawet country potańcówka. Dla niewtajemniczonych drobnym minusem mógł być fakt, że Mitche jako jedyni nie dziękowali… po polsku.

Matisyahu – reggae po żydowsku

Po Matisyahu nie spodziewałam się niczego wyjątkowego. Ot Żyd śpiewający reggae. Ot genialny artysta koncertowy! Żaden jego kawałek studyjny nie może równać się z wersją live – wzbogaconą instrumentalnie, z otoczką klimatu festiwalowego, świateł i nastrojowego wieczoru. Co mnie najbardziej zaskoczyło? Bogactwo dźwięków, eklektyzm gatunków i wokal Matisyahu. Byłam trzeźwo zmarznięta, więc o zgubnym i mylącym transie „poupalnym” nie było mowy. Wyraźnie odbierałam chwytliwe połączenia reggae, hip-hopu, dubu, elektroniki, a nawet rocka, zaprawiane izraelskimi korzeniami. Miszmasz absolutny, a w zestawieniu z elastycznym wokalem Matisyahu tworzył niesamowitą, momentami mistyczną całość. Z koncertu wyszłam zauroczona. I na tym się skończyło, bo piosenki w iPodzie wciąż brzmią sucho i nie magnetyzują jak Open’erowy występ. Pozostaje czekanie na kolejną okazję do bujania się na żywo.

Skunk Anansie, czyli Skin

Muszę wspomnieć o tym występie, bo należał do najlepszych w tej edycji festiwalu. Po 10-letniej nieobecności w Polsce Skin całkowicie zelektryzowała publiczność, oddała się scenie i tłumom, a tłumy uległy jej. Kilkakrotnie płynęła na rękach Openerowiczów, biegała pod sceną, zapewniała o „zajebistości” polskiej publiki i z pełną ekspresją (na czele z bardzo szerokim uśmiechem) wyrażała radość z powrotu do naszego kraju. O ile nie darzę Skunk Anansie szczególnym uwielbieniem, to przyznać muszę, że koncert był rewelacyjny pod każdym względem: dopracowany muzycznie, obfitujący w dialogi, z atrakcjami typu skoki w tłum, najeżony tzw. hitami, emocjami i energią. A w trakcie Secretly czy Hedonism włosy stawały dęba.

Yeasayer, czyli element poznawczy

Tak to bywa z imprezami typu Open’er, że wszystkiego zobaczyć się nie da. Myślałam, że moja żałość z absencji skończy się na Tricky’m. Myliłam się. Tuż po powrocie z Trójmiasta zauroczyłam się kapelą Yeasayer. Rolling Stones uznał ich za geniuszy popu – zgadzam się w pełni pod warunkiem, że od wydania ich pierwszej płyty wprowadziliśmy nieoficjalnie nową definicję współczesnego popu – najeżonego wpływami elektroniki (takie czasy, takie trendy) rocka, disco i etniczności z  konkretnych rejonów Afryki. All Your Cymballs to płyta doskonała, jeden z najlepszych debiutów, powiedziałabym. Jest letnia, lekka, ale i dość psychodeliczna, na poziomie. Jeśli to pop, to powstał z martwych, jeśli to po prostu nieklasyfikowalna nowa jakość, to na bardzo wysokim poziomie – rzadko zdarza się artystom stworzyć strawną nowość, mieszając w jednym kotle elektronikę, disco, rock i folk, zwany muzyką etniczną. Drugiej płyty, niedawno wydanej, nie polecam już tak entuzjastycznie, ale za debiut trzeba się zabrać obowiązkowo!

Dużym, pozytywnym zaskoczeniem była Regina Spector – cicha woda z Rosji. Grace Jones jak zwykle w formie. Za porażkę uważam techno występ Fatboy Slim. Resztę – słyszaną lepiej lub gorzej, krócej lub dłużej oceniam bardzo przyzwoicie.

Gwoli podsumowania: 3city rządzi. Open’er rules. Kolejki sux. A opaskę na ręku mam do tej pory.  🙂

HEINEKEN OPEN’ER FESTIVAL, GDYNIA 2010

Magda Kotowska

Hipnoza w WFF. Archive.

Ludzkie słupy wgapione w horyzont świateł, trzciny kołyszące się w rytm trip-hopu, szalejące w blasku reflektorów czupryny – tak  sobotnie misterium z Archive w roli głównej przeżywali wszyscy zgromadzeni w klimatycznej przestrzeni WFF-u.

Monotonnie pisać o koncercie, który od początku do końca prezentował doskonale równy poziom. Utwory brzmiały jak z płyty, nie było usterek technicznych, ani nawet przerw na luźną pogawędkę z publicznością. Zespół wyszedł na scenę, odprawił dwugodzinne muzyczne nabożeństwo i podziękował. Nudno? Raczej niekonwencjonalnie.

Rzadko spotyka się dziś koncerty, które nie cechuje interakcja z fanami – brak takowej postrzegany jest negatywnie. Archive dowodzi, że liczy się coś więcej. Ma się wrażenie, że kontakt z publicznością jest w ich przypadku niepożądany, bo wszelkie zakłócenia w tej dźwiękowej uczcie wytrąciłyby ze spirytystycznego transu. Nikt nie czeka na „dziękuję”, „witaj Polsko”, „jesteście świetni”. Liczy się sacrum, w którym przejawem wspólnoty przeżyć są rytmiczne oklaski tłumu, nie wytrącające ze stanu hipnozy, a nawet go potęgujące.

Już początek koncertu z dynamicznym „Sane” był sugestią do zatracenia się w muzyce. Różnorodność dźwiękowa utworów Archive przekładała się na rodzaj przeżyć. W zależności od tego, czy było to mocne „Fuck U” czy „Collapse/Collide” nastrój oscylował wokół mrocznych, dusznych uczuć, aż po refleksyjne uniesienie. Doskonałą pointą na bis było absolutnie energetyzujące i transowe „Controlling Crowds” wzbogacone sugestywnymi wizualizacjami. W serii dynamicznym kawałków pojawiło się też „Bullets”, przy którym tłum unisono wykrzykiwał „personal responsibility” i rozdzierające duszę „Finding It So Hard”. Wielu fanów przeżywało ekstazę przy „Lights”. Wypada wspomnieć, że świetnie wypadły utwory z niedocenianą wokalistką zespołu – Maria Q oraz hiphopowe melorecytacje Johna Rosko – krytykowanego za nieprzystawalność do Tricky’ego. Klimat koncertu podkreślała dodatkowo progresywna gra świateł i kosmiczne wizualizacje.

Jedynym, dla niektórych wielkim, minusem był brak w setliście gloryfikowanego „Again”. Na nic zdało się głośne skandowanie, ale nic w tym dziwnego. Zespół wyraźnie zaśpiewał przecież: „the world is my playground too and I’ll do what I like”…

Archive w WFF, 6 lutego 2010, Wrocław

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl

ONE LOVE wg Zbychowca

Minęła kolejna, szósta edycja One Love Sound Fest. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony, wręcz szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu. Wybawiłem się za wszystkie czasy w rytmach muzyki, którą kocham, ponadto spotkałem się ze znajomymi i ogólnie miło spędziłem ten czas.

Zanim jednak zacznę zachwalać zespoły, które zaprezentowały całkiem przyzwoity poziom, polecą gromy na organizatorów, czyli Planetę Młodych. Przede wszystkim ceny piwa i wszelkich innych napojów w środku były skandalicznie wysokie (6 zł za małą buteleczkę wody to skandal!); 9 zł kosztował LECH w puszce, 8 zł lany (czyli wodny roztwór piwa). Na dodatek połowę stanowisk na korytarzu zajmowała firma propagująca palenie papierosów (z „freedom” w nazwie, szczyt hipokryzji). W czasie trwania festu nie można też było wyjść na zewnątrz, więc każdy, kto czuł potrzebę jedzenia czy picia był skazany na narzucone absurdalne ceny. Mimo wszystko w porównaniu do poprzednich lat jest coraz lepiej. Wreszcie występy trzymały się line-upu, koncerty zapowiadała kompetentna osoba (Silverdread z Love Sen-C Music), no i przede wszystkim wszyscy artyści wystąpili (pierwszy raz od 3 lat!)!
Poniżej opiszę jakie wrażenie zrobili na mnie poszczególni wykonawcy.

NDK – nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału, jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni. Nie można też powiedzieć, że nie umieją chłopaki śpiewać. Jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, po prostu o niczym. Nie wspomnę już, że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też na las machających rąk popatrzyłem sobie przez chwilę z trybun. Taki tam hip-hopowy koncert w rytmach Jamajki…

Szybko odechciało mi się słuchać tej ekipy, toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.

Niezbyt podobało mi się na sound systemach. Było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, a w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu gdy widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich. Na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.

Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na kapelę z USA – Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, których szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu; nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych. Poza tym głos Harrisona Stafforda – wokalisty zespołu jest, moim zdaniem, sam w sobie fenomenalny.

Następnym artystą, który zaprezentował się na scenie, był Dellé – członek zespołu Seeed. Wykonawca zrobił na swoim koncercie prawdziwe show! Przede wszystkim rzucało się w oczy, że wszyscy muzycy łącznie z wokalistą  ubrani  zostali w tym samym stylu – eleganckim, ale nie sztywnym. Sekcja dęta, składająca się z puzonisty i puzonistki, nadawała wykonywanym utworom nie tylko świetne brzmienie, ale także wprowadzała elementy choreograficzne, które sprzyjały loversowo-dancehallowym klimatom kawałków tego artysty. Ogólnie oceniam ten koncert jako bardzo dobry.

Gdy Dellé zszedł ze sceny, przyszła pora na gwóźdź programu – legendarną grupę The Congos z Jamajki. Na nich czekałem najbardziej i od pierwszego dźwięku wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie. Na początku zagrali intro –  krótki mix riddimów zespołu. Pozwoliło to rozbujać publikę. Następnie wkroczyli czterej wokaliści grupy: Watty Burnett, Roydel Johnson, Cedric Myton oraz Kenroy Ffyffe. Tak! Czterech facetów po 60-ce śpiewających na głosy, poruszających się po scenie tak jakby wiek nie miał najmniejszego znaczenia. Zespół wykonał większość swoich hitów, a także kilka nowych, nieznanych mi piosenek. Biła od nich niesamowicie pozytywna energia. Nie zabrakło, oczywiście, najbardziej znanego kawałka Congosów: Fishermana, wykonanego na końcu koncertu.

Jako ostatni na dużej scenie występował Ras Luta. Postanowiłem obejrzeć chociaż fragment koncertu, bo przymierzam się do zrecenzowania jego nowej płyty. Ogólnie rzecz biorąc, występ nie najgorszy. Luta miał całkiem niezły kontakt z publiką. Zgromadził pod sceną dość pokaźną ilość fanów (zwłaszcza, że zaczął występ koło 3:00), chociaż śmieszne były jego teksty ( „Ej moi ludzie…”) mające przyciągnąć tłumy.

Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest. Przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy, podśpiewując do tego. Niestety, musieliśmy już się zbierać, choć słyszałem, że długo nie pograł.
Podsumowując, One Love nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy ściągnięte na niego w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też się na nim pojawię.

One Love Sound Fest 2009, Wrocław

Zbyszek „Zbychowiec” Ostrowski

Kult w WFF

Zawsze twierdziłam, że nadmiar dobra nie sprzyja trawieniu. Dwa wyczekiwane (i genialne!) koncerty pod rząd, w dodatku całkowicie różniące się klimatem, ograniczają czas pokonsumpcyjny do minimum. Nie ma szans na swobodne transowe zawieszenie i kilkudniową zależność od progresywnej mistyki Jeżozwierza Wilsona (pierwszorzędna relacja z koncertu autorstwa P. Kuncewicza) , bo wniknąć wypada w nowy muzyczny wątek, zwłaszcza jeśli określany jest mianem KULTowego. Zgadzałoby się to z filozofią zen, która sugeruje nierozpamiętywanie przeszłości na rzecz celebracji chwili obecnej. I tego się trzymajmy.

Kult to zjawisko, na które zawsze czekam z trudno poskramialną ekscytacją. Zespół Kazika jednoznacznie kojarzy mi się z Ojczyzną, zwichrowaną polskością, komunistycznym romantyzmem budów, z „Arahją” słyszaną z pokoju starszego brata, gdym jeszcze święciła beztroski żywot szczyla, a już podświadomie czuła więź z sekcją dętą. Dziewczynki nuciły na podwórku Fasolki, a ja śpiewałam „Baranka”, którym dziś fani Kultu raczą pokoncertowo kierowców nocnych busów. Nie da się ukryć, że mam do Kazelota ogromny sentyment i patriotyczną słabość, która prowadzi mnie od lat pielgrzymką październikową do wrót perfumowanego wiekowym drewnem WFF- u.

Tej jesieni Kult postawił na naturalność i tzw. spontan. Kazik, posiłkując się kartką, ujawnił postawę ofensywną wobec wyśmianej na nowym albumie amnezji, kpił sobie, żartobliwie monologował, prowadził biuro rzeczy znalezionych, odbywał jurne marszruty po scenie zahaczające o żołnierską defiladę, nie cenzurował języka i, co najsympatyczniejsze, uskuteczniał operetkowe popisy wokalne. Mam wrażenie, że radość i energia, którymi emanował (powrót Banana?), pozwoliłyby mu zaśpiewać bez prądu, a okazja była. 😉

Tradycyjnie pod scenę zwabiły fanów energiczne dźwięki „Baranka”, a pożegnał wszystkich podziemny hymn krajowy, przywoływany tupotem ciężkiej podeszwy setek wiernych. Kult zagrał ostro, szybko i porywająco. Uraczył publikę kilkoma kawałkami z nowej płyty i te, niestety, wypadły najsłabiej. O ile KULTowi grajkowie spisali się bez zarzutu, o tyle Kazik najwyraźniej potrzebuje więcej czasu, by nadać świeżym utworom koncertowego charakteru. Nie zmienia to faktu, że przednio było usłyszeć satyryczne „Podejdź Tu Proszę”, patetyczną „Karingę” i poskakać przy opowiastce o synu Marii.

W setliście pojawiły się dość znaczące zmiany. Na ławkę rezerwowych odesłano „Czarne Słońca” i „Arahję”; niepodrabialną „Królową Życia” zastąpiła „Knajpa Morderców”, a zestaw bisowy nie zaczął się nutą „Po Co Wolność” i doprawiony został „Konsumentem”.  Wyjątkowo energicznie brzmiał za to „Generał Ferreira”, a dusza na chwilę opuściła ciało, gdy Kult zaintonował „Śmierć Poety”. Nie zabrakło, oczywiście, stałych elementów. Rytmiczne klaśnięcia w trakcie „Brooklińskiej Rady Żydów” czy chóralne odśpiewanie „Domu Wschodzącego Słońca” świadczą o absolutnej wyjątkowości Kultu.

Już kiedyś pisałam i jeszcze raz powtórzę, że istnienie tego zespołu podchodzi pod kategorię: „zjawisko socjologiczne”, bo łączy pokolenia, corocznie jednocząc tłumy na pomarańczowej trasie, zawsze serwując oczekiwaną wysoką jakość. Dla jednych zakrawa to o monotonię, dla mnie i setki uświadomionych grzeszników Kult jest świętym rytuałem. Za tę powtarzalność, masowość euforii, kotły czubków butów zamiast głów pod sceną, solidarne skandowanie, że to „tu”, w tej Polsce mieszkam niech tradycyjnemu Kultowi będzie chwała. Amen.

KULT Wrocław Trasa Październikowa 2009

Magda Kotowska

Radio zamiast głowy

Wszędzie roi się od profesjonalnych relacji zawodowych fanów, więc ja wypowiem się z perspektywy amatora, co przedwczoraj zachłysnął się muzyką i odnalazł w Radiohead transową moc duende.

O ile wiernym wyznawcą kapeli Thoma Yorke’a wcześniej nie byłam, bo bliżej mi było do niepraktykującego i powątpiewającego poszukiwacza, to teraz zamieniam się w zdeklarowanego fanatyka, do którego nie docierają głosy świata zewnętrznego, bo utonął całkowicie w nieprzemijającym transie muzyki radiogłowych. Cóż, miłość od pierwszego koncertu!

Obiekcji co do uczestnictwa miałam sporo. Krążyły głosy, że zespół jest niemrawy, zbytnio refleksyjny, „spleenowy”, że Yorke miauczy, a nie śpiewa itp. Po raz kolejny okazało się, że nie warto słuchać krytyków – laików, którzy wystawiają opinie na podstawie radiowych szlagierów typu „No surprises”, „Creep” czy „Karma Police”, bo na tych kawałkach ich wiedza o dorobku zespołu się kończy. Opłaca się natomiast zaufać intuicji – nie zawiedzie, o ile wcześniej poparta zostanie obowiązkowym poznaniem większości płyt i próbą odkrycia fenomenu zespołu. Ja tę wyjątkowość poczułam w Poznaniu i do tej pory nie mogę stamtąd powrócić, żałując że wcześniej nie trafił się w moim otoczeniu muzyczny nakręcacz, który omotałby mnie swoją pasją.

Radiohead nie jest zespołem łatwym. Trzeba do jego muzyki dojrzeć, otworzyć zmysły na nowe doznania – niekonwencjonalne, bo często poszarpane, logicznie chaotyczne, burzliwe,  ale jakie pobudzające i energetyczne! Obalam mit gnuśności tej dźwiękowej emanacji! Thom Yorke na scenie miota się w ekstatycznych konwulsjach, wymachuje czupryną, rozcina emocjami powietrze. Zresztą, wcale nie musi się ruszać, żeby dotknąć duchowej głębi. Wystarczy, że pomruczy w „All I Need”, transowo posmęci w „Nude” czy „Lucky” albo polawiruje głosem na różnych wysokościach w którymkolwiek innym kawałku. Dusza sama się wzrusza. Powiedziałabym, że to sceniczna bomba energetyczna, która genialną kombinacją elektroniki i własnego wokalu potrafi wprowadzić w profesjonalny stan ekstazy, a bardziej odpornych albo oddalonych od sceny przynajmniej porządnie zakołysać i nakłonić do podrygów.

Utwory Radiohead są tak dźwiękowo rozbudowane i zdynamizowane, że nie sposób zachwycić się tym artyzmem, a raz poruszona wewnętrzna struna nie przestaje brzęczeć i domagać się kolejnych wypraw w  muzyczną niebotyczność.  O ile wcześniej odpływałam w uzależniających, balladowych nastrojach „Reckoner”, „House Of Cards” czy „Videotape”, to po koncercie nieustannie szumi mi w głowie „15 Step”, „Jigsaw Falling Into Place” czy „Idioteque” .  Poznańska setlista stała się moją playlistą, z którą nie rozstaję się na krok, odbywając okrężne marszruty po mieście, żeby wydłużyć przyjemność. Tak się robi, gdy nie posiada się DVD z zeszłorocznego koncertu w Japonii, zbliżonego wizualnie i muzycznie do polskiego. Nie wiem, co lepsze: nocny marsz z słuchawkami w ulewnym deszczu i błyskającym niebie, czy hipnotyczne wnikanie w przestrzeń ekranu. Obie strategie dają pewnie ten sam skutek: przeciwdziałają stanowi „high & dry”. Rześki deszcz jest o tyle pomocny, że pobudza wyobraźnię i przypomina świetlną ulewę i sączące się onirycznie dźwięki z poznańskiego wieczoru.

Wypada pewnie wspomnieć, że koncert był „proekologiczny”, kubki na piwo wyprodukowane z kukurydzy oraz że do minusów należy zaliczyć organizację po występie, która dała plamę, nie likwidując bramek, co tworzyły zapory i zmuszały do pingwinkowego tiptopowania i zakłócania spokoju wiecznie spoczywających na pobliskim cmentarzu, jeśli ktoś zdecydował się na skrócenie drogi. To malutkie mankamenty, które nie odbiły się wielkim echem. Osobiście bardziej zaskoczyły mnie reakcje na finał z „Creep” polskich specjalistów od Radiohead w Trójce. Zdaje się, że dał o sobie znać kompleks muzycznej ambicji, skoro sugerowano, że zespół mógł zagrać coś mniej oklepanego i nie zakładać, że sprawi nam wielką frajdę tym popularnym kawałkiem. Specjalistom nie bardzo spodobało się również, że Yorke próbował dać wyraz szacunku narodowi, siląc się na polskie „dziękuję bardzo”, bo przecież my dobrze rozumiemy język angielski. Mi to nie przeszkadzało. W dodatku bardzo chciałam usłyszeć „Creep” i zobaczyć tłumy przyznające unisono, że nie ma ideałów 😉 Niech żyje Radiohead!

Magda Kotowska