Archiwa tagu: teatr

Norweski weekend Avant Art Festival – relacja

Za nami pierwszy weekend Avant Art Festival. Przez trzy dni (24-26.09) artyści z Norwegii prezentowali polskiej publiczności awangardowe oblicze teatru i muzyki. Maja Ratkje i Offonoff wystawili uszy słuchaczy na próbę, Necessary wprowadzili w trans, Henriksen w hipnozę, a Jono El Grande w dadaistyczny zachwyt. Wielki sukces odniosły też spektakle.

Jono El Grande, fot. Edgar De Poray

Po weekendzie norweskim nie ulega wątpliwości, że Avant Art Festival należy do najbardziej wartościowych festiwali w Polsce, a Wrocław stoi na podium awangardowych imprez. Koncerty i spektakle zaprezentowane dotychczas w Imparcie są tego najlepszym dowodem – pokazują to, czego nie można doświadczyć na innych festiwalach. Avant Art zaczął się mocnym teatralnym akcentem i równie wyraźnym się zakończył. Zarówno Verdensteatret jak i MaisonDahlBonnema&Needcompany, a także wystawiany w sobotę „The Fork” [Minus 20] collective zgromadzili pełne sale widzów i zebrali entuzjastyczne recenzje.

Verdensteatret, fot. Edgar De Poray
MaisonDahlBonnema&Needcompany, fot. Edgar De Poray

Nie zawiodła też scena muzyczna. Maja Ratkje podczas występu zamieniła się w czarownicę z Salem, Offonoff i PUMA sprawili, że drżały fotele, a Necessary wprowadzili w trans. Niewątpliwie, jednym z najlepszych koncertów był występ Jono El Grande – dadaistycznego trikstera uznawanego za wcielenie Franka Zappy. Natomiast pointą doskonałą weekendu z Norwegami okazał się koncert duetu Arve Henriksen & Jan Bang, który odkrył przed publicznością malownicze pejzaże jazzu, zabierając w inny wymiar percepcji, serwując nieziemskie wprost dźwięki.

Maja Ratkje, fot. Edgar De Poray

Bardzo trafionym pomysłem były spektakle na otwarcie, które wprowadzały w klimat awangardy i nastrajały do części koncertowej. Avant Art udowodnił po raz trzeci, że nie jest typowym festiwalem muzycznym, ale festiwalem o muzyce, w którym nie ma miejsca na popkulturę. Jest za to idealna przestrzeń do dyskusji i poszukiwań.

– Avant Art Festival uważam za najciekawszy i najlepszy festiwal w naszym kraju. Nie ma żadnej cienizny, ani monotematyczności. Cudownie jest móc korzystać z wiedzy i orientacji kuratorów o tak szerokich zainteresowaniach i otwartych głowach! – podsumował Bartłomiej Kuźniak z grupy 2g.

Weekend norweski zakończył odsłonę teatralną. Następna, już stricte muzyczna, w najbliższy weekend (1-4 października). Zagrają m.in. Radian, Alva Noto, Mira Calix & Andrea Parker oraz Regenorchester.

Program oraz informacje o biletach dostępne na stronie: www.avantfestival.pl

Verdensteatret, fot. Edgar De Poray
Offonoff, fot. Edgar De Poray
Arve Henriksen, fot. Edgar De Poray

Avant Art Festival Norwegia 2010, Wrocław

MK

Reklamy

Pszczoły w ścianie

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o najnowszy film Mariusza Grzegorzka „Jestem twój”. O wiele łatwiej było mi ocenić jego, ponoć kultową, a na pewno okrytą sławą, krótkometrażówkę „Krakatau”, która nie podobała mi się ani trochę.

Przyznam szczerze, musiałem wspomóc się opisem filmu z Internetu, by sobie przypomnieć jego treść, choć widziałem go niedawno, bo podczas sierpniowej Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Ale taka to właśnie produkcja – zagmatwana, dziwna, zupełnie odstająca od rzeczywistości, gdzie treść nie jest najważniejsza, chociaż właśnie opis robi raczej wrażenie telenoweli, więc i zdradzanie go nie ma sensu. Tu najważniejsza jest forma, w którą ubrane są banalne na pierwszy rzut oka treści. Biedni wciąż walczą z bogatymi i nawet, jeśli bogaci z tej walki nie zdają sobie sprawy, to biedni czują się pokrzywdzeni, próbując wybić się ponad swój status społeczny. Bogactwo szczęścia nie daje, zwłaszcza wobec nudy małżeńskiej, chwile słabości kończą się źle, a kłamstwo ma krótkie nogi. Gdyby za adaptację dramatu Judith Thompson zabrał się ktoś inny, możliwe, że powstałby film, na którym z powodzeniem można byłoby odsypiać ciężki dzień, na tym jest to niemożliwe i to jego podstawowy atut. Tu przemianę małej stabilizacji w niezrozumiały chaos po prostu czuć.

Grzegorzek to bowiem reżyser teatralny i to widać. Z powodzeniem zresztą wykorzystał wcześniej dwie inne sztuki Thompson na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi – „Lew na ulicy” i „Habitat”. Teatralność widać mianowicie w warstwie formalnej filmu. Przede wszystkim jest to aktorstwo (większość odtwórców też jest związana Teatrem im. Jaracza). Do granic przerysowane, niczym w teatrze antycznym nie pozostawia nikogo obojętnym, postaci więc przerażają, niepokoją, brzydzą lub śmieszą, nie ma stanów pośrednich. „Trzy razy tak dla aktorów”, powiedział nawet Janusz Gajos po warszawskiej premierze. Z tym się zgodzę, aktorzy w stu procentach zasłużyli na brawa, zwłaszcza Dorota Kolak, która gra najspokojniej ze wszystkich, a przez to naturalniej, jednak to spokój pozorny, pełen wewnętrznej lawy gotowej do erupcji (zasłużona nagroda Złotych Lwów w Gdańsku). Z jednej strony takie przerysowanie to duży plus, ale z drugiej całość wydaje się po prostu sztuczna i trudno się z bohaterami utożsamiać.

Druga sprawa, to dość ciekawe pomysły na zdjęcia. W kilku momentach aktorzy podchodzą tak blisko kamery, że znajdują się już poza strefą ostrości i mówią jakby bezpośrednio do widzów, co pogłębia poczucie dezorientacji widza. To poczucie pogłębia jeszcze montaż, często epileptyczny, szybki, teledyskowy, przypominający trochę ten z „Requiem dla snu”. To męczy, ale męczyć powinno. Film pozostawia jednak niedosyt, zapowiada katharsis, ale ostatecznie losy dziwnych bohaterów specjalnie nas nie obchodzą.

Dlaczego o „Jestem twój” piszę na Dzienniku Nakręcaczy? Ponieważ mimo całej jego sztuczności warto go obejrzeć, chociażby dlatego, że długo, a może w ogóle, nie zobaczymy już niczego podobnego. Dlatego, że ten film się odczuwa o wiele silniej, niż jakąkolwiek produkcję 3D i to bez dodatkowych okularów. Jest pełen ukrytych emocji, jak pszczoły w ścianie w jeden ze scen, które wybuchają z ogromną siłą, siejąc spustoszenie.

„Jestem twój”, reż. Mariusz Grzegorzek

Jakub Knoll