Archiwa tagu: The Dead Weather

Głosowałam na Heńka – relacja z Open’era 2010

Notatka z Open’era będzie krótka. Po pierwsze dlatego, że moja ekspresja werbalna odnośnie wrażeń post sięgnęła już zenitu, po drugie laptop mi się topi wynikiem letniej gorączki (całkiem znośnej, mimo wszystko – ociężałość ciała i intelektualna opieszałość wyraźnie wskazują na pozorną beztroskę wakacji).


Poniżej 10 pozycji. Kolejność niczego nie odzwierciedla (chyba że podświadomie). Protagoniści wywodu to artyści, którzy zakorzenili się w mojej myślodsiewni z jakichś powodów. Do rzeczy więc:

Pearl Jam – bezpieczna euforia.

Eddie Vedder jest ojcem. To fakt, który determinuje niebywałe poczucie odpowiedzialności nie tyle za dobrą jakość muzyczną na koncercie, co za pokojowy jego przebieg. Występ grandżowców z Seattle tradycyjnie wywołał tornado na rozchwytywanym przedzie (cudem udało się komuś mnie z niego wyrzucić, po drodze straciłam na chwilę trampka, ale wydostałam się w całości i po interwencji Eda wróciłam nawet w okolice sceny). Odpowiedzialność frontmana sprawiła więc, że tłum posłusznie cofnął się o sześć kroków, by już do końca koncertu trwać w miarowym opanowaniu kończyn, zwracając uwagę na kobiety i dzieci. Dla niektórych paternistyczne zachowanie Veddera było sporym ograniczeniem i zawodem, dla większości jednak stanowiło potwierdzenie, że koncert rockowy może być przeżyciem bezpiecznym i pokojowym, bez łokci, odcisków glanów i siniaków – klasa.

Warto wspomnieć jednak, że występ Pearl Jam na Open’erze nie był typowym misterium, które chłopaki serwują na pojedynczych występach. Miast nastroju patetyzmu i przechadzającej się między głowami magii (np. w trakcie Black, które na Open’erze wypadło dość bezpłciowo), była wielka energia i radocha –  to trafiona inauguracja festiwalu, choć mam nadzieję, że tzw. dojrzałość nie sprawiła, że band z Seattle zapuścił się duchowo i postawił na prostotę oraz ograniczenie emocji.

Na marginesie: wino było. Zdewastowane gitary też. Wymach mikrofonem również.

tricky Tricky

Tak się pechowo złożyło, że koncert Tricky’ego pokrył się z występem PJ, a powszechna ciemność i namiot oddalony od sceny głównej o 15 minut drogi po trawiastych przestrzeniach z miejscowymi wykopkami na potknięcia i zwichnięcia sprawił, że dotarłam na trzy ostatnie kawałki – jakkolwiek, wystarczyły, żeby żałować absencji i obiecać sobie obecność na jego występie przy pierwszej lepszej okazji.

Massive Attack – ciemna rozkosz, rzecz jasna

Najlepszy koncert festiwalu. Mój pierwszy kontakt z Massive Attack w wersji live. Bez zawodu, a z garścią duchowego uniesienia i poczuciem satysfakcji z dobrego widowiska. Było mistycznie, mrocznie, czysto trip-hopowo. Gęstwina emocji i euforyczny odlot towarzyszył każdej jednostce, więc jeśli pomnożyć to przez kilkadziesiąt tysięcy, to poczujemy klimat wprowadzonych w trans Heinekenowiczów – imperium Babie Doły zaatakowane zostało przez psychodeliczne wyczyny brytyjskiej ekipy i z przyjemnością uległo. Mały minus za mulące babskie wykonania i mało Mezzanine. (zob. Collected, Heligoland, Splitting The Atom)

P.S. Występ Massive Attack poprzedzony był hołdem dla Szopena i koncertem muzyki poważnej, podczas którego Polacy zaśpiewali Szopenowi „Sto lat”…

Kasabian – kapela trzech numerów?

Lekki zawód skutkiem wrażenia monotonii dźwiękowej – możliwe jednak, że impresja ta wynikała z faktu, że oddanym fanem tej kapeli nie jestem. Dla mości wielbiących Kasabian ich występ był podobno spełnieniem absolutnym. Mnie do siebie nie przekonali bardziej niż wcześniej, czyli po przesłuchaniu płyt i skupieniu się na dwóch czy trzech naprawdę chwytliwych kawałkach (Fire, Shoor The Runner, Club Foot). Swoją drogą zagrali je dosłownie na odejście, kiedy zniecierpliwieni czekaniem skierowaliśmy się do wodopoju.

The Dead Weather – Czarny Jack White

Tu, podobnie jak w przypadku Kasabian, oczekiwałam od artystów akcji agitującej, ale tym razem się nie zawiodłam. The Dead Weather dał świetny koncert, połączony z czarno-białą wizualizacją. Mnóstwo energii, mroku, psychodelii i teatru. Tak było przynajmniej do połowy występu, kiedy to trzeba było się wycofać i pędzić w kierunku Tent Stage celem złożenia pokłonu Archive – kolejnej ciemnej chmurze dźwięków.

Archive – z archiwum opowieści psychodelicznej

To jest kapela, do której moja miłość rodziła się powoli. Ale w końcu rozkwitła, a że jest dojrzała, to nie mija jak spontaniczne i intensywne zauroczenie. Archive odstawili niesamowite szoł, choć trzeba zaznaczyć, że wykonało się to w dużym stopniu dzięki udziałowi zgromadzonej wiary – jej głośne reakcje i nadzwyczajna aktywność zaskoczyły mnie, która pamiętała modlącą się publiczność z wrocławskiego WFF-u, a co dopiero samych artystów, którzy, jestem pewna, zdumieni byli energią przybyszów – oklaski nie zamilkły nawet na minutę. Owy wodospad braw sprawił więc, że występ Archive charakteryzowała wielka energia, która tym razem powędrowała odwrotnym kanałem: publika –> scena, by następnie poskutkować sprzężeniem zwrotnym, generując kontakt artystów z festiwalowiczami (czego brakowało na „kameralnych” koncertach). Poza tym ukłony, pokłony, podziękowania – niebywała jest moc festiwalowej publiczności.

Mitch & Mitch – festiwalu pointa doskonała

Oh yeah. To jest to! Po youtube’owych prezentacjach wyczynów Mitchów można było spodziewać się poczucia humoru, dawki rubaszności i energii, ale nie tak wyśmienitych dźwięków i aż tak dobrego kabaretowania!

Nie bez powodu Macio Moretti nagrodzony został Fenomenem Przekroju – nie dość że figlarz, to jeszcze zdolny instrumentalista, wokalista i wodzirej. Do tego Their Incredible Combo ze sprzętem dętym.  Był więc kabaret, była też biesiada, a  nawet country potańcówka. Dla niewtajemniczonych drobnym minusem mógł być fakt, że Mitche jako jedyni nie dziękowali… po polsku.

Matisyahu – reggae po żydowsku

Po Matisyahu nie spodziewałam się niczego wyjątkowego. Ot Żyd śpiewający reggae. Ot genialny artysta koncertowy! Żaden jego kawałek studyjny nie może równać się z wersją live – wzbogaconą instrumentalnie, z otoczką klimatu festiwalowego, świateł i nastrojowego wieczoru. Co mnie najbardziej zaskoczyło? Bogactwo dźwięków, eklektyzm gatunków i wokal Matisyahu. Byłam trzeźwo zmarznięta, więc o zgubnym i mylącym transie „poupalnym” nie było mowy. Wyraźnie odbierałam chwytliwe połączenia reggae, hip-hopu, dubu, elektroniki, a nawet rocka, zaprawiane izraelskimi korzeniami. Miszmasz absolutny, a w zestawieniu z elastycznym wokalem Matisyahu tworzył niesamowitą, momentami mistyczną całość. Z koncertu wyszłam zauroczona. I na tym się skończyło, bo piosenki w iPodzie wciąż brzmią sucho i nie magnetyzują jak Open’erowy występ. Pozostaje czekanie na kolejną okazję do bujania się na żywo.

Skunk Anansie, czyli Skin

Muszę wspomnieć o tym występie, bo należał do najlepszych w tej edycji festiwalu. Po 10-letniej nieobecności w Polsce Skin całkowicie zelektryzowała publiczność, oddała się scenie i tłumom, a tłumy uległy jej. Kilkakrotnie płynęła na rękach Openerowiczów, biegała pod sceną, zapewniała o „zajebistości” polskiej publiki i z pełną ekspresją (na czele z bardzo szerokim uśmiechem) wyrażała radość z powrotu do naszego kraju. O ile nie darzę Skunk Anansie szczególnym uwielbieniem, to przyznać muszę, że koncert był rewelacyjny pod każdym względem: dopracowany muzycznie, obfitujący w dialogi, z atrakcjami typu skoki w tłum, najeżony tzw. hitami, emocjami i energią. A w trakcie Secretly czy Hedonism włosy stawały dęba.

Yeasayer, czyli element poznawczy

Tak to bywa z imprezami typu Open’er, że wszystkiego zobaczyć się nie da. Myślałam, że moja żałość z absencji skończy się na Tricky’m. Myliłam się. Tuż po powrocie z Trójmiasta zauroczyłam się kapelą Yeasayer. Rolling Stones uznał ich za geniuszy popu – zgadzam się w pełni pod warunkiem, że od wydania ich pierwszej płyty wprowadziliśmy nieoficjalnie nową definicję współczesnego popu – najeżonego wpływami elektroniki (takie czasy, takie trendy) rocka, disco i etniczności z  konkretnych rejonów Afryki. All Your Cymballs to płyta doskonała, jeden z najlepszych debiutów, powiedziałabym. Jest letnia, lekka, ale i dość psychodeliczna, na poziomie. Jeśli to pop, to powstał z martwych, jeśli to po prostu nieklasyfikowalna nowa jakość, to na bardzo wysokim poziomie – rzadko zdarza się artystom stworzyć strawną nowość, mieszając w jednym kotle elektronikę, disco, rock i folk, zwany muzyką etniczną. Drugiej płyty, niedawno wydanej, nie polecam już tak entuzjastycznie, ale za debiut trzeba się zabrać obowiązkowo!

Dużym, pozytywnym zaskoczeniem była Regina Spector – cicha woda z Rosji. Grace Jones jak zwykle w formie. Za porażkę uważam techno występ Fatboy Slim. Resztę – słyszaną lepiej lub gorzej, krócej lub dłużej oceniam bardzo przyzwoicie.

Gwoli podsumowania: 3city rządzi. Open’er rules. Kolejki sux. A opaskę na ręku mam do tej pory.  🙂

HEINEKEN OPEN’ER FESTIVAL, GDYNIA 2010

Magda Kotowska

Czysta dawka brudnego rocka

Słuchanie drugiej płyty The Dead Weather, to jak przebywanie na nieznanym terenie w samym środku porządnego rockowego sabatu.

Już nie jest tak przebojowo, jak na pierwszym „Horehound”, za to klimat jest o wiele bardziej zawiesisty i ciężki. A jednak trudno się recenzentowi nie kołysać, a właściwie ruszać po całym krześle, przy jej słuchaniu. Muzyka „martwej pogody” znów przypomina mi tu dziwny, niezrozumiały nastrój jarmuschowego „Truposza”, jakże jednak żywszy od nastrojowej oryginalnej ścieżki dźwiękowej Neila Younga – różne ścieżki prowadzą do tych samych miejsc. Klimat to zdecydowanie to, co drużyna lidera The White Stripes robić potrafi.

Są tu szaleńcze krzyki Jacka White’a (czasem przyprawiają o gęsią skórkę, zwłaszcza chory śmiech z „I’m Mad”) i charakterystyczne przestery, psychodeliczne i dodające patosu organy Hammonda, skrzeczący, zadziorny głos Alison Mosshart z The Kills, za którym można pójść do piekieł. Do tego jeszcze bas Jacka Lawrence z The Racounters i gitary Deana Fertita (Queen of the Stone Ages). Super grupa, która nie spoczywa na laurach i nie odcina kuponów, tworząc czysty “brudny” rock’n’roll, dodatkowo wzmacniany ogólnym wizerunkiem grupy i świetnym teledyskiem. Wszystko sprawia, że mroczna pogoda za oknem staje się jeszcze bardziej posępna i nie daj, by się miało rozpogodzić!

Nowość na „Sea of Cowards”, to elektronika. Swoją drogą, czy teraz wszyscy muszą po nią sięgać? Jeśli robią to jednak w takim stylu jak The Dead Weather, czy choćby ostatnio Lao Che, to niech czynią to nadal, daję błogosławieństwo. Zwłaszcza ten klimat z „The Difference Between Us” rodem ze współczesnej ścieżki dźwiękowej do filmu s-f z lat ’40. Może i jednak zespół niewiele wprowadza albumem nowego, tworząc nieco jednolite utwory, ale czy koniecznie trzeba na siłę zmieniać to, co dobre?

Po świetnym koncercie The White Stripes, „Sea of Cowards”, to kolejna płyta, która dowodzi, że świat bez Jacka White’a byłby „tylko martwym naskórkiem dawnych wspomnień” o muzyce z krwi i kości. Mój współlokator, słysząc ją przez ścianę, powiedział, że nagrali ją chyba w wariatkowie podczas remontu. Nikt by tego lepiej nie ujął. Czysta słodycz słuchania.

The Dead Weather „Sea of Cowards”

Jakub Knoll

Piknik ze śmiercią

Rzadko mi się to zdarza, a i nie spodziewałem się, że będę musiał to przyznać, ale The Dead Weather to miłość od pierwszego przesłuchania.

Co prawda dowiedziawszy się, że Jack White, człowiek, który gra na wszystkim i wszędzie, założył nowy zespół i już wydał z nim pierwszą płytę, pomyślałem, że przesłuchać ją muszę, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobra! Już pierwsze dźwięki „60 Feet Tall” zapowiadają kunszt dopracowanej całości, powolną grą perkusji (sam White) z monotonną, niepokojącą gitarą i powoli wchodzącym głosem Alison Mosshart z The Kills. Jak to fantastyczne stopniuje napięcie!

Świetna, rytmiczna perkusja, brudne przestery gitar, zachrypnięty, nieco znudzony głos, czasem przeradzający się w jakieś szatańskie bezsłowne dźwięki, chór jak z budki z piwem, kwiki, chrzęsty i krztuszenia gitary – to wszystko razem nadaje osobowości płyty i temu niezwykłemu poczuciu, że oto odwiedza nas sam Woland od Bułhakowa. Nie każdemu udałby się taki mariaż alternatywnego rocka z muzyką country, bluesa i wszelkiego wokoło, ale czy kogoś dziwi, że grupa zebrana właśnie przez Jacka White’a – z całą pamięcią The White Stripes czy The Racounters – nie dała rady? I gdzieżby mogła powstać takowa, jak nie w Nashville? To musiało się udać!

Swoją drogą to dziwny zespół, na perkusji i gitarze gra tu każdy, każdy też śpiewa, czy to na pierwszym czy drugim planie. Wychodzi na to, Szanowne Koleżeństwo, że we współpracy moc.

Całość, zarówno muzycznie, jak i graficznie, stylizowana jest na Południe Stanów, ale nie jakieś wyidealizowane z filmów o Wuju Samie, tylko mroczne, współczesne, pełne psychodeli i rocka. O klimacie zawiesistym niczym z „Truposza” Jarmushowego. Prawdziwy piknik ze śmiercią na kocyku teksańskiej pustyni.

The Dead Weather „Horehound”

Kuba Knoll