Archiwa tagu: WFF

Hipnoza w WFF. Archive.

Ludzkie słupy wgapione w horyzont świateł, trzciny kołyszące się w rytm trip-hopu, szalejące w blasku reflektorów czupryny – tak  sobotnie misterium z Archive w roli głównej przeżywali wszyscy zgromadzeni w klimatycznej przestrzeni WFF-u.

Monotonnie pisać o koncercie, który od początku do końca prezentował doskonale równy poziom. Utwory brzmiały jak z płyty, nie było usterek technicznych, ani nawet przerw na luźną pogawędkę z publicznością. Zespół wyszedł na scenę, odprawił dwugodzinne muzyczne nabożeństwo i podziękował. Nudno? Raczej niekonwencjonalnie.

Rzadko spotyka się dziś koncerty, które nie cechuje interakcja z fanami – brak takowej postrzegany jest negatywnie. Archive dowodzi, że liczy się coś więcej. Ma się wrażenie, że kontakt z publicznością jest w ich przypadku niepożądany, bo wszelkie zakłócenia w tej dźwiękowej uczcie wytrąciłyby ze spirytystycznego transu. Nikt nie czeka na „dziękuję”, „witaj Polsko”, „jesteście świetni”. Liczy się sacrum, w którym przejawem wspólnoty przeżyć są rytmiczne oklaski tłumu, nie wytrącające ze stanu hipnozy, a nawet go potęgujące.

Już początek koncertu z dynamicznym „Sane” był sugestią do zatracenia się w muzyce. Różnorodność dźwiękowa utworów Archive przekładała się na rodzaj przeżyć. W zależności od tego, czy było to mocne „Fuck U” czy „Collapse/Collide” nastrój oscylował wokół mrocznych, dusznych uczuć, aż po refleksyjne uniesienie. Doskonałą pointą na bis było absolutnie energetyzujące i transowe „Controlling Crowds” wzbogacone sugestywnymi wizualizacjami. W serii dynamicznym kawałków pojawiło się też „Bullets”, przy którym tłum unisono wykrzykiwał „personal responsibility” i rozdzierające duszę „Finding It So Hard”. Wielu fanów przeżywało ekstazę przy „Lights”. Wypada wspomnieć, że świetnie wypadły utwory z niedocenianą wokalistką zespołu – Maria Q oraz hiphopowe melorecytacje Johna Rosko – krytykowanego za nieprzystawalność do Tricky’ego. Klimat koncertu podkreślała dodatkowo progresywna gra świateł i kosmiczne wizualizacje.

Jedynym, dla niektórych wielkim, minusem był brak w setliście gloryfikowanego „Again”. Na nic zdało się głośne skandowanie, ale nic w tym dziwnego. Zespół wyraźnie zaśpiewał przecież: „the world is my playground too and I’ll do what I like”…

Archive w WFF, 6 lutego 2010, Wrocław

Magda Kotowska

Źródło: Independent.pl

Reklamy

Kult w WFF

Zawsze twierdziłam, że nadmiar dobra nie sprzyja trawieniu. Dwa wyczekiwane (i genialne!) koncerty pod rząd, w dodatku całkowicie różniące się klimatem, ograniczają czas pokonsumpcyjny do minimum. Nie ma szans na swobodne transowe zawieszenie i kilkudniową zależność od progresywnej mistyki Jeżozwierza Wilsona (pierwszorzędna relacja z koncertu autorstwa P. Kuncewicza) , bo wniknąć wypada w nowy muzyczny wątek, zwłaszcza jeśli określany jest mianem KULTowego. Zgadzałoby się to z filozofią zen, która sugeruje nierozpamiętywanie przeszłości na rzecz celebracji chwili obecnej. I tego się trzymajmy.

Kult to zjawisko, na które zawsze czekam z trudno poskramialną ekscytacją. Zespół Kazika jednoznacznie kojarzy mi się z Ojczyzną, zwichrowaną polskością, komunistycznym romantyzmem budów, z „Arahją” słyszaną z pokoju starszego brata, gdym jeszcze święciła beztroski żywot szczyla, a już podświadomie czuła więź z sekcją dętą. Dziewczynki nuciły na podwórku Fasolki, a ja śpiewałam „Baranka”, którym dziś fani Kultu raczą pokoncertowo kierowców nocnych busów. Nie da się ukryć, że mam do Kazelota ogromny sentyment i patriotyczną słabość, która prowadzi mnie od lat pielgrzymką październikową do wrót perfumowanego wiekowym drewnem WFF- u.

Tej jesieni Kult postawił na naturalność i tzw. spontan. Kazik, posiłkując się kartką, ujawnił postawę ofensywną wobec wyśmianej na nowym albumie amnezji, kpił sobie, żartobliwie monologował, prowadził biuro rzeczy znalezionych, odbywał jurne marszruty po scenie zahaczające o żołnierską defiladę, nie cenzurował języka i, co najsympatyczniejsze, uskuteczniał operetkowe popisy wokalne. Mam wrażenie, że radość i energia, którymi emanował (powrót Banana?), pozwoliłyby mu zaśpiewać bez prądu, a okazja była. 😉

Tradycyjnie pod scenę zwabiły fanów energiczne dźwięki „Baranka”, a pożegnał wszystkich podziemny hymn krajowy, przywoływany tupotem ciężkiej podeszwy setek wiernych. Kult zagrał ostro, szybko i porywająco. Uraczył publikę kilkoma kawałkami z nowej płyty i te, niestety, wypadły najsłabiej. O ile KULTowi grajkowie spisali się bez zarzutu, o tyle Kazik najwyraźniej potrzebuje więcej czasu, by nadać świeżym utworom koncertowego charakteru. Nie zmienia to faktu, że przednio było usłyszeć satyryczne „Podejdź Tu Proszę”, patetyczną „Karingę” i poskakać przy opowiastce o synu Marii.

W setliście pojawiły się dość znaczące zmiany. Na ławkę rezerwowych odesłano „Czarne Słońca” i „Arahję”; niepodrabialną „Królową Życia” zastąpiła „Knajpa Morderców”, a zestaw bisowy nie zaczął się nutą „Po Co Wolność” i doprawiony został „Konsumentem”.  Wyjątkowo energicznie brzmiał za to „Generał Ferreira”, a dusza na chwilę opuściła ciało, gdy Kult zaintonował „Śmierć Poety”. Nie zabrakło, oczywiście, stałych elementów. Rytmiczne klaśnięcia w trakcie „Brooklińskiej Rady Żydów” czy chóralne odśpiewanie „Domu Wschodzącego Słońca” świadczą o absolutnej wyjątkowości Kultu.

Już kiedyś pisałam i jeszcze raz powtórzę, że istnienie tego zespołu podchodzi pod kategorię: „zjawisko socjologiczne”, bo łączy pokolenia, corocznie jednocząc tłumy na pomarańczowej trasie, zawsze serwując oczekiwaną wysoką jakość. Dla jednych zakrawa to o monotonię, dla mnie i setki uświadomionych grzeszników Kult jest świętym rytuałem. Za tę powtarzalność, masowość euforii, kotły czubków butów zamiast głów pod sceną, solidarne skandowanie, że to „tu”, w tej Polsce mieszkam niech tradycyjnemu Kultowi będzie chwała. Amen.

KULT Wrocław Trasa Październikowa 2009

Magda Kotowska