Archiwa tagu: grunge

Domknięty nawias

To wielkie niedopatrzenie z mojej strony, że ja – ongiś miłośnik formacji Creed, przegapiłem ich nowy album i to po reaktywacji! A takie powroty potrafią być naprawdę miłe.

Zawsze podobało mi się autentyczne przejęcie wyśpiewywanymi przez Scotta Stappa treściami, lubiłem brudne, rockowe granie, ba! nawet nachalną pompatyczność niemal każdej piosenki, która stanowiła swoistą stylistykę grupy.

A co dostajemy na Full Cirle? Wciąż świetny, mocny głos Stappa i jego amerykański, niedbały, kluskowaty akcent (zwłaszcza słychać to w Suddenly, które brzmi dziwnie brytyjsko). Dużo nastrojowych rockowych ballad, ale i na szczęście także porządnego, mocnego grania, które czasem przywodzi na myśl dokonania chociażby Comy.

Muzycy mają teraz pod czterdziestkę, ale choć wcale nie tak dużo czasu minęło od rozpadu w 2004 roku, wyglądają na bardziej doświadczonych, jakby bardziej melancholijnych (zwłaszcza widać to na nagraniach akustycznych dla Iheartradio), ale i mocniej stąpający po ziemi. Takich rockmanów z rodzinami i obowiązkami. Stapp śpiewa zresztą: Nie jestem tym samym człowiekiem, którym byłem. / Zmieniłem się. Bo i faktycznie, mają za sobą już solowe projekty, kłótnie, rozpad, a teraz powracają z kolejną dobrą płytą, która nie powiela poprzednich, ale i nawiązuje do stylu Creed. Najbliżej jej jednak do mrocznego klimatu pierwszej My Own Prison, może więc faktycznie Creed zatacza właśnie pełne koło.

Creed „Full Circle”

Kuba Knoll

Reklamy

Złota jesień Pearl Jam

Pearl Jam to kapela ponadczasowa. Nawet nie przez wzgląd na muzykę, ale kręgosłup moralny, który trzyma ich z dala od zgniłego świata show businessu. Ma się wrażenie, że Eddie Vedder od momentu debiutu nosi tę samą flanelową koszulę i wytarte Martensy. Powoli lansuje się na skansen pięknych lat dziewięćdziesiątych. Chętnie odbyłabym wycieczkę sentymentalną do źródeł grunge’u w Seattle, ale póki co, namiastkę tego klimatu dostać można u muzycznego dystrybutora. Bardzo przyjemną namiastkę, zresztą.

Pearl Jam powraca z dojrzałym albumem. Adekwatnym do stażu kapeli, jej muzyków i bogatego składu życiowej karmy. Po wiosennym okresie romantycznego buntu, którego dzieckiem był genialny „Ten”, po latach szermierki z polityką i kryzysie wieku średniego, wreszcie przyszedł czas na dojrzałą jesień, co zrodziła smaczne owoce.

Album nie rozkłada na łopatki, nie paraliżuje emocjami, muzycznie też nie zachwyca, ale jest bardzo przyzwoity, a przede wszystkim nie rozczarowuje i pewnie ta ulga sprawiła, że sporo fanów przyznało płycie wysokie noty.  Puszczony w eter „The Fixer” rodził bardzo ambiwalentne odczucia. Brzmiał podejrzanie komercyjnie, zbyt rytmicznie. „Got Some” już trochę uspokajał, bo potwierdzał, że zespół jest formie. Szczęśliwie całość nie zawiodła, a nawet zaskoczyła zdrową, świadomą energią, nieprzejaskrawioną rockowym zacięciem. Takie jest pierwsze wrażenie. Z każdym kolejnym przesłuchaniem wysuwają się z równego szeregu ciekawsze kompozycje, nabierając oryginalnych barw. Dojrzałość muzykowania słychać na całej płycie, a jej zaawansowanie potwierdzają dość refleksyjne teksty Veddera, które świetnie wypadły przy okazji ścieżki dźwiękowej do „Into The Wild”. Podoba mi się to podążanie za czasem. Z prądem, a nie na przekór temu, co nieodwracalne. Folkowe „Just Breathe” urzeka szczerością, podobnie jak piękne „The End”. Szybsze kawałki też się sprawdzają. Brzmią jak w „Unthought Known”: płynnie, nie chaotycznie, czysto rockowo i ciekawie konstrukcyjnie.

Im dłużej słucham, tym bardziej się do tej płyty przekonuję. Nie da się ukryć, że to jesień zespołu, ale na pewno nie deszczowa i zimna. Przeciwnie. Ciepła, rześka i złota, idealna na konstruktywne refleksje podjudzane energicznymi dźwiękami prosto z Seattle. Zespół wciąż ma wiele do przekazania i znowu osiągnie sukces, posiłkując się urzekającą skromnością na koncertach. Na myśl o tym, aż chce się krzyczeć: „I’m Gonna See My Friend” soon!

Pearl Jam „Backspacer”

Magda Kotowska