Archiwa tagu: rock’n’roll

Czysta dawka brudnego rocka

Słuchanie drugiej płyty The Dead Weather, to jak przebywanie na nieznanym terenie w samym środku porządnego rockowego sabatu.

Już nie jest tak przebojowo, jak na pierwszym „Horehound”, za to klimat jest o wiele bardziej zawiesisty i ciężki. A jednak trudno się recenzentowi nie kołysać, a właściwie ruszać po całym krześle, przy jej słuchaniu. Muzyka „martwej pogody” znów przypomina mi tu dziwny, niezrozumiały nastrój jarmuschowego „Truposza”, jakże jednak żywszy od nastrojowej oryginalnej ścieżki dźwiękowej Neila Younga – różne ścieżki prowadzą do tych samych miejsc. Klimat to zdecydowanie to, co drużyna lidera The White Stripes robić potrafi.

Są tu szaleńcze krzyki Jacka White’a (czasem przyprawiają o gęsią skórkę, zwłaszcza chory śmiech z „I’m Mad”) i charakterystyczne przestery, psychodeliczne i dodające patosu organy Hammonda, skrzeczący, zadziorny głos Alison Mosshart z The Kills, za którym można pójść do piekieł. Do tego jeszcze bas Jacka Lawrence z The Racounters i gitary Deana Fertita (Queen of the Stone Ages). Super grupa, która nie spoczywa na laurach i nie odcina kuponów, tworząc czysty “brudny” rock’n’roll, dodatkowo wzmacniany ogólnym wizerunkiem grupy i świetnym teledyskiem. Wszystko sprawia, że mroczna pogoda za oknem staje się jeszcze bardziej posępna i nie daj, by się miało rozpogodzić!

Nowość na „Sea of Cowards”, to elektronika. Swoją drogą, czy teraz wszyscy muszą po nią sięgać? Jeśli robią to jednak w takim stylu jak The Dead Weather, czy choćby ostatnio Lao Che, to niech czynią to nadal, daję błogosławieństwo. Zwłaszcza ten klimat z „The Difference Between Us” rodem ze współczesnej ścieżki dźwiękowej do filmu s-f z lat ’40. Może i jednak zespół niewiele wprowadza albumem nowego, tworząc nieco jednolite utwory, ale czy koniecznie trzeba na siłę zmieniać to, co dobre?

Po świetnym koncercie The White Stripes, „Sea of Cowards”, to kolejna płyta, która dowodzi, że świat bez Jacka White’a byłby „tylko martwym naskórkiem dawnych wspomnień” o muzyce z krwi i kości. Mój współlokator, słysząc ją przez ścianę, powiedział, że nagrali ją chyba w wariatkowie podczas remontu. Nikt by tego lepiej nie ujął. Czysta słodycz słuchania.

The Dead Weather „Sea of Cowards”

Jakub Knoll

Reklamy

Samo, ale nie samotne

Jeśli stawia się sobie samemu poprzeczkę tak wysoko, trudno jej czasem sprostać.

Zespół Wojciecha Waglewskiego jest jednak zjawiskiem osobnym, od 22 lat trzyma stały, bardzo dobry poziom z niewielkimi odchyleniami od poziomu dobrego po arcydzieło. Tym razem znów zaskoczyli publiczność, zamiast pójścia drogą poprzednich płyt nagranych z Orkiestrą „Auksto” i Małgorzatą Walewską („21”), Anną Marią Jopek i Urszulą Dudziak („Voo Voo z kobietami”), muzykami z Buriacji i Kaliningradu („Trójdźwięki”), czy współpracy z Martyną Jakubowicz („Tylko Dylan”), Waglewskiego z Marią Peszek („Miasto Mania”), czy połączonych sił Pospieszalskich („EMPE3”) nagrali teraz album bardzo prosty, sięgający w pewnym sensie korzeni rocka. Ale też zaskakiwanie jest już znakiem rozpoznawczym tej grupy.

Dużo w tej płycie rock’n’rolla, czasem mrocznego saksofonu Mateusza Pospieszalskiego, starego, dobrego bluesa („Barany”), też i rockowych ballad, ale głownie są to przyjemne, pozytywne dźwięki (nieraz może nieco nazbyt infantylne jak z „Płyty”), ale wszystko jest przemieszane z dużym wyczuciem, więc nie nuży. Brak mi tu tylko słynnego gardłowego śpiewu wspomnianego Pospieszalskiego, ale to jak zawsze będzie pewnie domeną trasy koncertowej.

Album jest w pełni zasługą czterech panów z Voo Voo, całą muzykę i słowa napisał Wojciech Waglewski. I jest w tych tekstach więcej goryczy, ale wyważonej, nie brakuje dystansu, ironii i zabaw słowem („Fajnych nie lubię, bo są niefajni (…) Cukier dość mało krzepi, a przy tym paskudnie się lepi”). Są także nawiązania do innej ważnej dla muzycznego świata osoby – Lecha Janerki („A mówił Lech, strzeż się tych miejsc”).

Podsumowując, jest to płyta człowieka, którego coraz więcej denerwuje na tym świecie, ale potrafi mówić o tym bez zgorzknienia, nie przesłaniając reszty zespołu i artyzmu całości. Warto mieć ją w swojej biblioteczce, jako kolejny dobry album Voo Voo.

Voo Voo „Samo Voo Voo”

Kuba Knoll