Posted by: Magda Kotowska on: 8 Luty 2010
Może i jest to broń masowego rażenia, ale jej działanie nie natychmiastowe, przynajmniej w porównaniu do skutków huraganu zmysłów, jaki szalał po świecie w epoce „Blue Lines” czy „Mezzanine”. Obecny album Massive Attack przypomina raczej zabawę w podchody, nieskończoną grę wstępną – naprawdę długo czekać trzeba na pożądane ukąszenie opętanego węża. Niby jest mrocznie, ale jakoś nie porywająco. Nie od razu.
Pyszną namiastkę miąższu Mezzanine dostajemy w „Paradise Circus”. To swoisty owoc zakazany – wraz z teledyskiem stanowi uzależniająco perwersyjny duecik, a sączący się wokal nadaje świeżości i energetyzuje. Bardzo przyjemnym, mrocznym doznaniem jest też druga perełka, za którą stoi demoniczny Albarn – „Saturday Come Slow” prawdziwie hipnotyzuje. Zrozpaczone pragnienie i drapiące muzyczne wstawki przenoszą w przestrzeń dusznego wieczoru skąpanego w emocjonalnej ulewie.
Zapowiedzi dobrze brzmiącego kawałka z Adebimpe oraz „Splitting The Atom” mieliśmy już na zeszłorocznej EPce. Wielka szkoda natomiast, że na longplayu nie znalazł się genialny remiks „Psyche” z Martiną – w oryginalnej wersji brzmi wręcz drażniąco, zwłaszcza w porównaniu do falującej, nieco mistycznej melodyjności remiksu.
Gdyby zapomnieć o dotychczasowych wyznacznikach Massive Attack: spotęgowanej zmysłowości, mrocznym napięciu i zdrowej ekscytacji, to album wypadłby bardzo przyzwoicie. Muzycznie jest niezwykle dopracowany, urozmaicony, ciekawy i profesjonalny. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że mamy tu do czynienia z wysychającym źródłem witalnego porywu duchowego na rzecz muzycznej formy – bardzo strawnej, ale znacznie mniej magnetyzującej. Jest mrocznie, ale brakuje w tej czerni ognistego karminu, który przyprawiłby tę ucztę emocjonalnym tabasco. Może to starość? Może dojrzałość? A może jednak tajna broń, która dopiero sparaliżuje? Jedno jest pewne: wytrwałe kuszenie daje efekty…
Massive Attack “Heligoland”
Magda Kotowska
Źródło: Independent.pl
Posted by: Magda Kotowska on: 7 Luty 2010
Ludzkie słupy wgapione w horyzont świateł, trzciny kołyszące się w rytm trip-hopu, szalejące w blasku reflektorów czupryny – tak sobotnie misterium z Archive w roli głównej przeżywali wszyscy zgromadzeni w klimatycznej przestrzeni WFF-u.

Monotonnie pisać o koncercie, który od początku do końca prezentował doskonale równy poziom. Utwory brzmiały jak z płyty, nie było usterek technicznych, ani nawet przerw na luźną pogawędkę z publicznością. Zespół wyszedł na scenę, odprawił dwugodzinne muzyczne nabożeństwo i podziękował. Nudno? Raczej niekonwencjonalnie.
Rzadko spotyka się dziś koncerty, które nie cechuje interakcja z fanami – brak takowej postrzegany jest negatywnie. Archive dowodzi, że liczy się coś więcej. Ma się wrażenie, że kontakt z publicznością jest w ich przypadku niepożądany, bo wszelkie zakłócenia w tej dźwiękowej uczcie wytrąciłyby ze spirytystycznego transu. Nikt nie czeka na „dziękuję”, „witaj Polsko”, „jesteście świetni”. Liczy się sacrum, w którym przejawem wspólnoty przeżyć są rytmiczne oklaski tłumu, nie wytrącające ze stanu hipnozy, a nawet go potęgujące.
Już początek koncertu z dynamicznym „Sane” był sugestią do zatracenia się w muzyce. Różnorodność dźwiękowa utworów Archive przekładała się na rodzaj przeżyć. W zależności od tego, czy było to mocne „Fuck U” czy „Collapse/Collide” nastrój oscylował wokół mrocznych, dusznych uczuć, aż po refleksyjne uniesienie. Doskonałą pointą na bis było absolutnie energetyzujące i transowe “Controlling Crowds” wzbogacone sugestywnymi wizualizacjami. W serii dynamicznym kawałków pojawiło się też „Bullets”, przy którym tłum unisono wykrzykiwał „personal responsibility” i rozdzierające duszę „Finding It So Hard”. Wielu fanów przeżywało ekstazę przy „Lights”. Wypada wspomnieć, że świetnie wypadły utwory z niedocenianą wokalistką zespołu – Maria Q oraz hiphopowe melorecytacje Johna Rosko – krytykowanego za nieprzystawalność do Tricky’ego. Klimat koncertu podkreślała dodatkowo progresywna gra świateł i kosmiczne wizualizacje.
Jedynym, dla niektórych wielkim, minusem był brak w setliście gloryfikowanego „Again”. Na nic zdało się głośne skandowanie, ale nic w tym dziwnego. Zespół wyraźnie zaśpiewał przecież: „the world is my playground too and I’ll do what I like”…
Archive w WFF, 6 lutego 2010, Wrocław
Magda Kotowska
Źródło: Independent.pl
Posted by: Kuba Knoll on: 6 Luty 2010
Ostatnie słowa piosenki Jaromira Nohavicy „Zítra ráno v pět” wydają mi się idealnym podsumowaniem przesłania, jaki bije z „Wina truskawkowego” na podstawie stasiukowej prozy. A czemu, to już trzeba się samemu przekonać.
Tu nie ma pijaczkowych mądrości w stylu „Rancza”, bliżej temu filmowi do serialu „Złote łany” (o, jakbym go obejrzał znów!) z całym okrucieństwem wsi. Bliżej tej galicyjskiej wiosce do Rumunii rodem z książki Michała Kruszony. To wieś ze świniobiciem, długimi rozmowami przy wódce i tanim winie, codziennością ciężką i prostą, potrzebami przyziemnymi (choć nie tylko). Z mądrością przodków – nie zawsze taką mądrą lecz pierwotną. Tu wszystko jest proste, choć tak naprawdę proste w pełni nie jest. Jasne, chociaż niejasne.
Mała wieś położona niedaleko Dukli (okolice Krosna) staje się tu więc pewną metaforą ucieczki. Przed światem, przed pracą za biurkiem, przed wspomnieniami, a w kierunku nowego życia. Nie jest to jednak, na całe szczęście, metafora czysto bajkowa, bo choć film wyraźnie nawiązuje do stylistyki realizmu magicznego, twórczość Andrzeja Stasiuka (film postał na podstawie jego „Opowieści Galicyjskich”) nie omijała brutalności, zawiłych relacji międzyludzkich, czy tragizmu wpisanego w każde ludzie istnienie. Dzięki temu „Wino truskawkowe” nie stało się bajką, sielanką tyleż przyjemną, co nieprawdziwą.
Warto też nadmienić, że i aktorzy grają to zwyczajnie, naturalnie i nie „menelarsko”, jak to często bywa w filmach o wsi (przede wszystkim wart uwagi jest tu odkryty na nowo Marian Dziędziel). Galeria różnych, barwnych postaci nie jest skrojona pod publikę, a główny bohater, ze swoim stoickim milczeniem przywodzi trochę na myśl cichych obserwatorów Kim Ki-Duka (choć ten jednak coś mówi). O dziwo wyszedł tu nawet dubbing zastosowany w filmie – owego bohatera gra bowiem czeski aktor Jiří Macháček, któremu głosu użycza Wojciech Malajkat, a głos to przecież bardzo radiowy, cichy i opanowany.
No i co? Polacy jednak potrafią filmy robić i to swoje, nie odgapiane, co? A czemu słowa z tytułu oddają film, to już trzeba się samemu przekonać.
“Wino truskawkowe”, reż. Dariusz Jabłoński
Kuba Knoll
Posted by: Magda Kotowska on: 2 Luty 2010
Łapię się na tym, że wiosny pożądam, wizualizując skrycie rozkwit ciała, umysłu i natury. I chyba dojrzewam, bo powściągliwie stopuję z chceniem, próbując rozkoszować się samym stanem oczekiwania – wiadomo bowiem, że to, co prekonsumpcyjne (fizycznie i duchowo) jest najbardziej ekscytujące.
Kultywację tego, co ma nadejść, a bardziej nawet tego, co jest, niezwykle świeżo stymuluje „Acolyte” – debiutancki album grupy Delphic z Manchesteru. Pomijając jego elektroniczne walory, jest przede wszystkim energetyzującym przedsmakiem pory uniesień, buzujących emocji i wyimaginowaną namiastką cieplejszego powietrza pachnącego żywiołem aktywności. Każda kompozycja porywa uśpione zimą zmysły, sprawiając, że wewnętrzny szept zamienia się w witalny okrzyk.
Rzetelnie i nakręcająco o debiucie Delphic u Chimeryka: http://sublimacje.blogspot.com/2010/01/delphic-acolyte-album.html
Delphic “Acolyte”
Magda Kotowska
A u nas utwór „Counterpoint” – na pokuszenie:
Posted by: Kuba Knoll on: 28 Styczeń 2010
Mądre, mocne teksty. Prosta, ale przemyślana muzyka. Charyzmatyczny, silny głos. Czy potrzeba czegoś więcej?
Piosenki, jakie znalazły się na płycie, powstawały z myślą o przedstawieniu zatytułowanym „Odjazd” w reżyserii Freda Apke (wystawiany w Teatrze Rozrywki w Chorzowie). Podobnie więc, jak w przypadku Marii Peszek, muzyka teatralna, stała się przyczynkiem do nagrania pełnego albumu. Sztuka opowiada o pasażerach pociągu, który utknął w zaspie gdzieś na polskiej, nadmorskiej prowincji. Czekający w poczekalni Polacy i Niemcy wciąż sobie dokuczają i docinają.
Piosenki są jednak daleko bardziej uniwersalne. Pozornie teksty Anny Saranieckiej biją smutkiem, ale – jak przyznaje sama piosenkarka – jest to bardziej zaduma i refleksja. Mi osobiście kojarzą się z utratą w wiary w świat, w cuda, ale wciąż bijącą w sercu wielką wolą życia. Wszak „prawda jest smutna, żaden profan raczej, dla sacrum nie poświęci się”. Są egzystencjalne, co wcale nie musi oznaczać, że dołujące. To świadomość braków swoich i świata, obecności zła, bolącej, żywej przeszłości, niepoznawalności naszego losu czy miernoty swojego życia. Nie znaczy to jednak wcale, że nie chcemy wciąż trwać. Mimo wszystko. Taki byt jest bardziej dojrzały, co nie znaczy łatwiejszy i przyjemniejszy. Największe wrażenie robi jednak pewnego rodzaju protest song „I człowiek i mebel” o ciągłej walce o nasze człowieczeństwo. Przejmująca piosenka, jak i cały album.
„Choć swoją ma cenę
I człowiek i mebel
Kim będę gdy sprzedam się?
Jeśli odetniesz sumienie
To w trupa zamienisz
Kogoś kto jeszcze mógł żyć
Lepiej nie
Myśleć że jestem zwykłym zerem
Obok cyfr które są losu transferem
Lepiej nie
Myśleć że tak być musiało
Zero to przecież nic
Czyli kurewsko mało
W dupie mam
Prawo co każe mi zabijać
Cichy głos że to nie moja jest wina
Póki on we mnie tkwi
To jest przyczyna
Żeby jak dziwka zwykła nie czuć się
Czy kawał skurwysyna.”
Muzycznie „Odjazd” jest w dwóch wersjach – album zawiera bowiem płytę „Odjazd demo” nagraną w domowym studiu Renaty Przemyk, przez nią w całości zagraną, bardzo kameralną i prostą. Drugi to już oficjalny „Odjazd”, z rozszerzoną partią instrumentalną. Moim zdaniem największą moc ma jednak ten pierwszy – prosto, acz dobitnie (często z punkową siłą) przekazuje idee, nie przeszkadzając słowom. Taka forma pozwala poznać proces ewolucji piosenek.
Renata Przemyk jest jedną z tych artystek, które zawsze chodzą swoimi drogami, nawet jeśli nie są one popularne i przetarte. Tworzy muzykę osobną i własną, która nie każdemu przypadnie do gustu. Anna Gromnicka w swojej recenzji na dla Dziennika napisała: „Jedno jest pewne – Przemyk nie nagrywa płyt, których musiałaby się wstydzić.” I za to wielkie dzięki! Jej piosenki chodzą mi teraz po głowie bez przerwy i nie potrafię się od nich uwolnić.
Renata Przemyk „Odjazd”
Kuba Knoll
Posted by: Magda Kotowska on: 27 Styczeń 2010
„Jeśli czerwień oznacza pasję, to chcę zanurzyć się w twojej menstruacji” – peruwiański sposób na podryw pozostawia wiele do życzenia. Z pewnością też nie ośmiela kobiety, która ze strachu przed mężczyznami nosi w intymnym miejscu wypuszczające pędy warzywo. Tylko obrzydliwość może zniechęcić obrzydliwych…

Fausta wyssała z mlekiem matki gorycz życia. Według indiańskich wierzeń dziecko karmione „zastraszoną piersią” naznaczone jest piętnem bólu i niepokoju i ono właśnie ciąży nad młodą dziewczyną. Jedyne, co przynosi jej ukojenie, to śpiew, który łagodzi strach i żałość. Syrenia delikatność głosu Fausty kontrastuje z powagą uczuć, do których sama układa melodie, a subtelna szczerość śpiewu porusza do głębi.
Fausta cierpi z powodu gwałtu na matce, ale skrycie pragnie uwolnić się od bolesnej przeszłości. Godny pogrzeb starej Indianki ma być dla obu wyzwoleniem, odzyskaniem wolności, powitaniem ze światem. Nie łatwo jednak zorganizować pochówek w odległej Limie, gdy pieniędzy brakuje nie tylko na trumnę, ale nawet na transport. Mimowolnie więc zabalsamowane ciało zmarłej matki staje się świadkiem hucznych uroczystości weselnych, przy okazji ujawniających absolutny kicz i tandetę peruwiańskiej wioski i jej stylu życia. Z wielkim zdziwieniem ogląda się tę pustkę, zmagania z zabobonami, farsę rodzinnych rytuałów, zwłaszcza, że towarzyszy temu nastrój prostej szczęśliwości, nietkniętej filozoficznymi rozważaniami nad sensem życia. W tym swojskim galimatiasie młodziutka Fausta przeżywa wewnętrzne katusze, które są jednak częścią wędrówki ku wolności i oswojeniu z mężczyzną. Dobry ogrodnik wie jak sprawić, by roślina rozkwitła…
Film Claudii Llosy jest minimalistyczny, ale bardzo wydajny – pokazuje dużo w sposób subtelny. To kino symboliczne, osadzone w podejrzanie nieracjonalnych wierzeniach i rytuałach, ale dzięki temu ujawnia całe bogactwo peruwiańskiego folkloru – uniwersalnie prostego, ale kulturowo unikalnego. Zestawienie wiejskiego kramu rodzinnych bagatelek z poważną postacią Fausty uwydatnia uczucia kobiety skrzywdzonej i zalęknionej, ale jednocześnie spragnionej miłości, bezpieczeństwa i swobodnego oddechu. Chęć życia sprawia, że katharsis jest możliwy…
“Gorzkie mleko” (La teta asustada) reż. Claudia Llosa
Magda Kotowska
Posted by: Magda Kotowska on: 25 Styczeń 2010
Grzech zawiera w sobie łaskę, dziecko nosi w sobie starca, noworodek śmierć, a każdy umierający wieczne życie. Czas jest nierzeczywisty, a więc każda chwila doskonała, bo sensowna. Dlatego w każdym człowieku należy wielbić przyszłego, możliwego, ukrytego buddę. Nie liczy się bowiem sam cel, ale to, co po drodze do jego osiągnięcia. Nieroztropność, próżność, materializm i każdy popełniony błąd są konieczne, by zdefiniować ostateczną wartość życia. Dotrzeć do momentu, w którym wielki spokój pozwoli na refleksję i kontemplację, a szum rzeki na doświadczenie prawdziwego spełnienia.
Siddhartha urodził się buddą, ale musiał zostać grzesznikiem, by wyzwolić się od woli wiedzy. Medytacja, która miała być świętym rytuałem bramina, okazała się ucieczką od ja, wytchnieniem od udręki bycia sobą, odurzeniem, które chroni przed bezsensem życia. Siddhartha dołączył więc do samanów, by jako wędrowny asceta wyzbyć się wszelkich pokus ducha i ciała. Jednak im dłużej pościł, tym mocniej odczuwał pragnienie zaznania rozkoszy ziemskich. Uległ im, poznając Kamalę, która nauczyła go miłości. Otoczył się bogactwem, zatracił w hedonizmie, aż dotknął całkowitej, zjadliwej pustki. Porzucenie majątku dało Siddharcie wielką ulgę. Ubóstwo przywróciło mu wzrok, dostrzegł na nowo piękno Natury, które okazało się najcenniejszym skarbcem. W rzece znalazł nauczyciela, a w sobie buddę.
To bardzo skrótowy zapis drogi grzesznika, który urodził się buddą, nakreślonej przez Hessego, ale wystarczy, by skonstatować wielką wartość każdego egzystencjalnego doświadczenia, które zbliża nas do bramińskiej mądrości; by zmobilizować do dostrzegania uzasadnionego piękna w najmniej pozornym szczególe własnego bytu i jego składowych, począwszy od zmaterializowanego, bezdusznego kamienia, a skończywszy na człowieku; by nie widzieć samego celu, ale to, co towarzyszy na drodze do jego osiągnięcia.
Z książki Hessego płynie bardzo cenna wiedza. Nie sądzę jednak, byś Ty – poszukiwaczu spełnienia i własnej twarzy – spoczął na słowie i myślach. Empiryczny bagaż nie grozi nadwagą. Doświadczaj więc, by obecna zwykłość stała się doskonałością. Bo czy sam nie jesteś buddą, skoro wciąż szukasz odpowiedzi?
Hermann Hesse “Siddhartha”
Magda Kotowska
Posted by: Kuba Knoll on: 24 Styczeń 2010
Jedyny polski film w historii, który był wyświetlany na festiwalu w Sundance. Ale co z tego? Najważniejsze, że „Wszystko co kocham” jest tak bardzo autentyczny, że wierzymy mu bezgranicznie.
Miałem pisać pierwotnie, że jest to jeden z tych bardzo przyjemnych filmów, które po seansie ulatują z głowy niczym niepowtarzalne lecz przemijalne chwile z życia. I pewnie tak też być powinno. A jednak w mojej głowie wciąż tkwi ulotne wspomnienie seansu i chęć wprowadzania – cóż za piękny paradoks – takiej autentyczności jak w filmie także w życiu. A może po prostu dostrzeżenia jej i doceniania w nim.
Właściwie to o to właśnie chodzi w produkcji Jacka Borcucha. O normalność. Piękno codzienności. Nie jakiejś wyjątkowej, tylko każdego z nas. Opowieść o dorastającym na Helu chłopaku, który gra w zespole punkowym, zakochuje się, musi dokonywać pierwszych ważnych decyzji, styka ze śmiercią w rodzinie (która swoją drogą też jest naturalna i zwykła). Wszystko to banalne. Ale prawdziwe, jak życie.
Po chwilach irytacji, gdy poznaje się, że dziwne zachowanie bohatera, to jest właśnie jego normalny styl bycia, staje się on niejako naszym kolegą, którego losy śledzimy, z którym przeżywamy smutki i radości. Aktorstwo to mocny punkt filmu – nie tylko główny bohater grany przez Mateusza Kościukiewicza, ale i wszyscy są tak prawdziwi, że trudno uwierzyć, że oglądamy film fabularny. Autentyzmu dodaje też świetna, żywiołowa muzyka i stroje – swoją drogą aż się chce wrócić do tamtej mody.
Dobrze jest też zobaczyć film, który – choć dzieje się w czasie Stanu Wojennego – nie jest pełen wytartych frazesów i bicia w piersi. Polityka wdziera się do życia tylko częściowo, wpływając na losy bohaterów, ale nie stanowiąc jedynego ich wyznacznika (wobec niedawnej premiery “Wrońca” Jacka Dukaja, kierunek w podejściu do historii zaczyna się chyba poprawiać). To nie są ludzie pod „walcem historii”, tylko ludzie, którzy w trudniejszych czasach chcą zachowywać się ludzko. Nie tyle dbając o Naród, co o syna, brata, małżonka, przyjaciół. O twarz walczą codziennie, tak jak i my współcześnie.
Po seansie w głowie pozostaje jedna ważna myśl: wszystko, co kochamy, co warte zapamiętania i wspominania po latach jest nie do kupienia za żadne pieniądze świata. Recenzent „Kina”, Łukasz Muszyński napisał „Seans “Wszystko, co kocham” stanie się dla Was świetnym sprawdzianem na to, czy czujecie się wciąż młodzi.” Idźcie i sprawdźcie!
„Wszystko co kocham”, reż. Jacek Borcuch
Kuba Knoll
Posted by: Magda Kotowska on: 23 Styczeń 2010
“W każdym człowieku są dwaj tancerze: prawe płuco i lewe płuco. Kiedy płuca tańczą, człowiek otrzymuje tlen. Jeśli wziąć łopatę i uderzyć nią w okolice płuc, to tańczyć przestają i odcinają tlen”.

Czym jest tlen? Miłością, w imię której zabijamy, bo bez tlenu nie da się żyć. Miłość trwa, gdy dwie istoty oddychają tym samym powietrzem; w przeciwnym razie w miejsce miłowania pojawia się nienawiść i potrzeba unicestwiania lub zapomnienia. Miłość to priorytet ludzkiego bytu. To cel, sens, tlen. Walczymy z miłości i zabijamy z miłości, by wyeliminować tych, których płuca „nie tańczą” i pozbawiają człowieka odżywczego tlenu. W imię trzeciej cnoty wywołujemy wojny. Miłość płynie z wiary, ale jeśli chodzi o wiarę, to generalnie Bóg jest tylko w niedzielę, a że dzisiaj czwartek, to Boga jeszcze nie ma. A może dzieje się to wszystko, bo nie usłyszeliśmy piątego przykazania?
Wyrypajew niezwykle sprawnie przeciwstawia sobie antagonistyczne wartości determinujące życie człowieka. Prowadzi widza ścieżką poszukiwania miłości, która daleka jest od idylli, bo o ile działa człowiek w imię trzeciej cnoty, to skutkiem tej aktywności jest ból psychiczny, a nawet śmierć. Film udowadnia gorzki paradoks dotyczący genezy zła. Okazuje się, że to miłość - gloryfikowana w religiach – jest źródłem agresji, natchnieniem do unicestwiania inności w manicheistycznym świecie. Zakochany Sańka z małego, prowincjonalnego miasteczka i islamski fundamentalista kierują się tą samą miłością. Przykazania dekalogu nie sprawdzają się w rzeczywistości, pogrążonej w konsumpcji, zagłuszonej hałaśliwym chaosem, niezrozumieniem aksjologicznych przesłań i zniewolonej dualistycznym podziałem na dobro i zło.
Wymowa filmu jest gorzka, ale sam obraz przykrym nie jest. To niezmiernie przyjemne doświadczenie – uczta dla oka i rozkosz dla ucha. Wyrypajew ilustruje poszczególne nakazy moralne odrębną piosenką i teledyskiem, zgrabnie oddziałując słowem i obrazem jednocześnie. Całość osadzona jest w konwencji hiphopowej, która z założenia melorecytuje o paradoksach rządzących światem. W rolach głównych piękna żona Wyrypajewa – Karolina Gruszka i świetny rosyjski aktor – Aleksiej Filimonow. Film jest dynamiczny, barwny, rytmiczny, wysmakowany wizualnie, tragikomiczny i emocjonalny, a muzyka uzależnia. Podobnie jak tlen. Estetyczne szaleństwo pozostawia widza w stanie emocjonalnego rozbuchania i lekkiej hipnozy (podtrzymywanej przez mantrę, która towarzyszy napisom końcowym). Nie dziwi nagroda publiczności podczas ENH 2009.
Widziałam „Tlen” dwa razy i nadal czuję niedosyt. Oficjalna premiera w lutym. Do zobaczenia w kinie!
“Tlen” reż. Iwan Wyrypajew
Magda Kotowska
Posted by: Kuba Knoll on: 7 Styczeń 2010
Oto świetny dokument następców Michaela Moore’a. O tyle lepszych, że bardziej autoironicznych i obdarzonych wielkim poczuciem absurdalnego humoru.
Yes-mani to antyglobaliści, jakich powinno być więcej. Działają poprzez happeningi, ale przygotowywane z wielkim rozmachem. Podszywają się, w szczytnych celach wykorzystując kłamstwo, za ważne osobistości z rządu czy przedstawicieli prywatnych, wielkich korporacji, obnażając ich obłudę i brak szacunku dla ludzi. Dowodzą, że ci, którzy mają istotny wpływ na świat, środowisko czy społeczeństwa, wyznają kult wolnego rynku, za wszelką cenę chcąc uniknąć interwencji „przeszkadzającego” rządu. A co najważniejsze – robią to prześmiewczo, w szalonym stylu znanym z dokonań choćby Pomarańczowej Alternatywy.
Co ciekawe – Yes-meni, jak sama ich nazwa wskazuje, stosują metodę przytakiwania rozmówcom, przez co ci – zachęceni, że ktoś się z nimi zgadza – mówią więcej, zdradzając przy tym swoje prawdziwe opinie. Oto dowód, że sztuka słuchania popłaca. Okazuje się też, że nawet poważna stacja telewizyjna BBC bez żadnej weryfikacji wierzy, że człowiek podający się za ważną szychę, jest nią w rzeczywistości. Z kina wychodzi się więc pełnym energii, że każdy z nas może coś zmienić.
I tu rodzi się pytanie, czy cel uświęca środki? Czy kłamstwo jest usprawiedliwione poprzez skutki? Temat to znany filozofom od dawien dawna, a wciąż pozostający nierozstrzygniętym. Odpowiedzieć na te wątpliwości musi więc sobie każdy z nas z osobna.
Przyczepić mógłbym się właściwie do jednego – nieco irytującej bezstronności i hurra-optymizmu. Yes-meni są daleko bardziej skorzy do przyznawania się do własnych błędów, dopuszczając do głosu innych w przeciwieństwie np. do wspomnianego Michaela Moore’a, ale jednak z filmu bije przekaz, że to oni są tymi dobrymi, a ludzie, przeciwko którym protestują, są po prostu źli i śmieszni, bo głupi. Na szczęście nie jest to aż tak natarczywe, autorzy dokumentu starają się zachowywać jednak jako taki obiektywizm, a i rozumiem ich podejście – wszak to swego rodzaju dokumentalna burleska.
„Myślisz, że naprawiliśmy świat?”, pyta na końcu filmu główny bohater drugiego. „Jasne, że nie. Minęło tylko półtorej godziny, tyle trwa ten film. Nie da się w takim czasie naprawić świata”. A więc do dzieła! Naprawiajmy świat codziennie po kawałku. Każdy z nas może być Yes-menem.
PS A tu jeszcze ciekawy tekst o Yes-menach.
„Yes-meni naprawiają świat”, reż. Andy Bichlbaum, Mike Bonanno, Kurt Engfehr
Kuba Knoll
Loża Komentatorów