Posted by: Magda Kotowska on: 27 listopad 2009
Adrian Biniez debiutuje kinematograficznym minimalizmem nacechowanym zwyczajnością bytu, przeciętnością sylwetek bohaterów oraz ich ambicji zawodowych. W opozycji do komercyjnych komedii romantycznych argentyński reżyser zainwestował w mało atrakcyjną obyczajowość, rezygnując z mydlenia oczu słodyczą pięknych aktorów, niesamowitością ich przygód, zbiegów okoliczności, intryg i bajkowej konwencji w ogóle. I co? Okazało się, że na tę szarość bytu jest popyt, bo film triumfował na festiwalu w Berlinie.
Biniez kreśli portret ochroniarza supermarketu, podkreślając banalność jego życia opartego na szeregu rytuałów, monotonii, powtarzalności i emocjonalnej nudzie. Co ciekawe i w jakiś sposób ujmujące, bohater daleki jest od malkontenctwa. Można uznać, że „robi swoje”, godząc się na schematyczność codzienności. Ma dobre i wielkie serce, proporcjonalnie do swojego wzrostu oraz rozmiarów bicepsa. Słucha ciężkiego rocka, rozwiązuje krzyżowki, zdarza mu się nastawiać kręgi szyjne. Utajonej rewolucji wewnętrznej doznaje dopiero, gdy zakochuje się w sprzątaczce – koleżance z pracy. I tu zaczyna się interesujące studium przypadku człowieka samotnego, który poczuł iskrę nadziei na wyczekiwaną miłość. Jara popada w niegroźną obsesję. Śledzi kobietę, monitoruje każdy jej ruch mopem, wie, gdzie mieszka, jak spędza popołudnia w Montevideo, z kim umawia się na randki. Cała ta inwestygacja jest jednak ujmująca i daleka od fanatyzmu, przeplatana zabawnymi incydentami i niezmiennie zwyczajna.
Właściwie nic w tym filmie nie zaskakuje; brak jakichkolwiek zwrotów akcji. Wiadomo, do czego zmierza bohater, widz życzy mu powodzenia i odwagi. Taka sobie prosta historyjka, która zostawia odbiorę z miłym przeczuciem, że tożsamość muzycznych upodobań może być dobrym początkiem kształtowania relacji. Ciekawy obraz, choć mam wrażenie, że pod prostotą (uznaną w Berlinie za innowacyjność) zabrakło głębszego fundamentu. Biniez, prócz reżyserowania, gra ze swoim zespołem tzw. niezależny pop i wygląda na to, że właśnie ten gatunek przeniósł na ekran. Film jest strawny, lekko undergroundowy, ale nie wybitny.
“Gigante” reż. Adrian Biniez
Magda Kotowska
Posted by: Kuba Knoll on: 24 listopad 2009
Już piąty rok górscy entuzjaści z Wrocławia uratowali wędrowne dusze błąkające się z różnych powodów po wielkomiejskich uliczkach, pośród zgiełku i smogu samochodów przypominając, że to „w górach jest wszystko, co kocham”.
Mahomet się w góry wybrać nie wybrał, to góry do Mahometa przyszły. Taka jest właściwie zasadniczo rola wrocławskiego przeglądu kultury studenckiej „W górach jest wszystko, co kocham…” – przypominać, jak bardzo chce nam się nie-miasta, a gór w szczególności. Tym większą daje radość jedność, że oto nie jesteśmy tu jedynymi, co potwierdzają tłumy z plecakami, karimatami i górskimi butami rozsiani po całej stołówce Politechniki Wrocławskiej. A czyż nie jest to idealne miejsce właśnie na pieśni turystyczne i poezję śpiewaną? Po takim spotkaniu nic tylko ruszać razem na szlak.
„W górach…”, to już osobny świat, ale otwarty na każdego, kto odczuwa podobnie, podobnie szuka i „szukania mu trzeba”. To nie tylko Wrocław, koncerty odbywają się co roku także w Rzeszowie, Lublinie, Krakowie, Nowym Sączu, Głuchołazach, Kielcach, Przemyślu, Bukowinie Tatrzańskiej, Bielsko-Białej, Katowicach, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Warszawie, Gdyni, itp., itd., nie zapominając o zbliżonych klimatem (a czasem prowadzącymi i widzami) „Gitarą i piórem” w Karpaczu i podjeleniogórskich Borowicach, czy Giełdzie Piosenki Studenckiej w Szklarskiej Porębie z 42-letnią tradycją. Górale, nie jesteście więc sami! Wrocławska edycja obchodziła w tym roku mały jubileusz – piąty. Z tej okazji nie zmieniło się nic, wciąż zapewniła świetny klimat, piękną muzykę i wyrzut, że nie ma nas teraz na Pielgrzymach czy Połoninie Caryńskiej.
Ale wróćmy do koncertów, które swoją drogą bardzo były różnorodne – od debiutantów, co gwiazdami się stają festiwalowymi po zwycięstwie w zeszłym roku w części konkursowej (wedle prowadzącego dzieje się i tak, że zwycięzcy konkursu na początku sezonu, pod koniec występują już jako clou wieczoru) aż do gwiazdy kalibru dużego, w rodzaju Czerwonego Tulipana, Mikroklimatu, Jerzego Filara, ale i dobrego ducha turystycznych szlaków – kowala Macieja Służały. Byli więc owi zwycięzcy sprzed roku – Basia Beuth i osobny, wyraźnie w swoim prywatnym świecie istniejący, świetny Szczyt Możliwości, powracający Pod Jednym Dachem, Żeby Nie Piekło, ale i starzy bywalcy – Apolinary POlek, Dom o Zielonych Progach, Na Bani. Ba! Wykonawców zawsze tam tak wiele, że nie wiadomo kogo wspomnienie do domu zanieść najmocniejsze.
Mi osobiście właśnie owi debiutanci najbardziej przypadli do gustu. Może z tego względu też, że wyraźnie dowodzą, że poezja śpiewana, to nie umarły gatunek przeznaczony jedynie dla starych ramoli, że młodzi mają tu dużo do powiedzenia, ta świeżość jest dobra! Swoją drogą w Szklarskiej „szarymi łosiami” (w tamtejszej terminologii to starzy bywalcy, co zapuścili korzenie i wracają co rok) stają się także ludzie młodzi, często także przez rodziców nauczeni.
Na kolejne edycja „W górach…” – tak we Wrocławiu, jak i w pozostałych miejscach – zdecydowanie nakręcam, przyjemna i bardzo staroświecko-studencka to odmiana od wszechogarniającego zgiełku i harmideru. Niech zachętą będzie podtytuł tutejszego cyklu „poezja muzyka ludzie”. Dla każdego z tych składników z osobna, a zwłaszcza razem – warto!
V Wrocławski Przegląd Kultury Studenckiej „W górach jest wszystko, co kocham…”
20-22 listopada 2009
Kuba Knoll
PS Zdjęcia z tegoż Przeglądu zobaczyć możecie na stronie gazety Best.
Posted by: Magda Kotowska on: 23 listopad 2009
selFbrush należy od unikalnych artystów posiadających moc spowalniania życia, hamowania pośpiechu, przywracania zagubionego po drodze dystansu do siebie i świata.
Kompozycje z wydanej niedawno EPki niezawodnie ocieplają uczucia i nawracają ze ścieżki wybrukowanej materialistyczną pobudką na stronę prostoty oczyszczającej przytłoczony informacją umysł. Z jednej strony to urok tradycyjnego folku, z drugiej specyficzne teksty – tak bardzo niemodne i dalekie od wrzaskliwych, zbuntowanych słów hałaśliwych artystów.
„For A New Moher” to prawdziwie swojska przyjemność obcowania ze szczerością przekazu, czystością formy, skromnością i urzekającym minimalizmem. Country’owo brzdąkająca gitara, urokliwa harmonijka i subtelne partie skrzypiec każdorazowo wprowadzają w błogi letarg, sięgając rdzenia ludzkiej natury. W tytułowym utworze Vaclav Havelka brzmi jak Johny Cash, w „Dry Feet” rozbraja łagodnością, a w „Treaded Heart” nuci filuternie.
Wszystko na tej płycie pięknie współgra, tworząc nastrój nieprzystawalności i radosnej harmonii. To teatr jednego aktora – obieżyświata, włóczęgi i mędrca jako przeciwwaga do tego, co tak nieludzko zmagdonaldyzowane i płytkie. Okazuje się, że hałas nie jest dla artysty jedynym narzędziem oddziaływania, a zawód rzemieślnika – songwritera nadal potrzebny, a nawet wskazany, żeby wysiąść na moment z pociągu życia i odetchnąć.
selFbrush “For A New Mother” EP
Magda Kotowska
Posted by: Kuba Knoll on: 21 listopad 2009
„Pan Klarnet” zabierze Cię do samego serca ciemności, gdzie nie będzie Ci wcale do śmiechu z powodu tytułu tej książki.
Prawda i kłamstwo mieszają się tak, że już sam czytelnik nie jest w stanie ich odróżnić. Każda następna strona odkrywa kolejne pokłady informacji, wcale nie wyjaśniając, czy są prawdziwe czy fałszywe. Podobnie dobro i zło, żaden bohater nie jest więc jednowymiarową kukiełką w teatrze życia, tylko pełnokrwistym człowiekiem, pełnym sprzeczności, emocji i cierpienia.
Głównym bohaterem powieści nie jest wcale detektyw wynajęty, by odnaleźć zaginione przed laty dziecko. Nie są nimi zleceniodawcy, a więc rodzina porwanego, wpływowa i najbogatsza w kraju. Nie jest nim nawet baron narkotykowy i postrach mieszkańców, główny podejrzany. Główny bohater to Haiti. Ze swoją krwawą historią, przytłaczającą teraźniejszością najbiedniejszego państwa Ameryki Północnej i kiepskimi widokami na przyszłość. To dlatego tak wiele tu opisów dzielnic nędzy, okrucieństwa ludzi, którym już wszystko obojętne, niezrozumiałych dla nas zasad i moralności, czy kultu tutejszej odmiany voodoo – vodou i czarnej magii.
Książka trzyma w napięciu i jako świetny kryminał w stylu noir w klimacie Harry’ego Angela czy nawet Łowcy Androidów (choć do s-f tu daleko), ale także – oferując coś więcej – jako socjologiczno-polityczny obraz kraju zapomnianego przez wszystkich. Autor mówi przy tym językiem prostym, często dosadnym. Widać, że zna się na rzeczy. Pełno tu siarczystej ironii oraz cudny brak politycznej poprawności. Nie jest to jednak szokowanie na siłę, bo tak naprawdę książka promuje jednak zachowywanie twarzy w trudnych momentach, nie wyzbywanie się swojego człowieczeństwa wobec okrucieństwa wokoło. Dzięki temu wszystkiemu historię czyta się świetnie. Prawdziwie przerażająca podróż w głąb nieznanego kraju niczym z „Jądra ciemności”, budzącego grozę i przytłaczającego jak RPA Coetzeego, do źródeł makabrycznej zbrodni i wykorzenienia moralności.
Nick Stone „Pan Klarnet”
Kuba Knoll
Posted by: Magda Kotowska on: 19 listopad 2009

Przekaz – wyznacznik określający artystów tworzących pod skrzydłami Opensources i Anteny Krzyku. Podobnie sprawa wygląda z nowym wydawnictwem Rafała Kołacińskiego – współzałożyciela Masali i Village Kollectiv. Dostajemy futurystyczny krążek nagrany „pod ducha czasu”, zabierający na uświadamiający spacer przy elektrycznym księżycu, pod kłębami wydechów drapaczy chmur, na ulice tętniące od chaosu i decybeli, gdzie hałas określa byt, a za miłość się płaci.
Praczas bardzo zgrabnie zagrał eklektycznością. Na płycie słychać swojski folk i motywy arabskie („lizarB”). Pojawia się też gitarowe intro magnetyzujące duchem flamenco („Zabierz Mnie”) albo ciepły jazz przechodzący w breakbeat i zaawansowaną elektronikę. Bardzo ciekawie brzmi instrumentalne „Continuum”, prezentujące muzykę klubową zmiksowaną ze wszystkich użytych na płycie dźwiękowych owoców. Ten miszmasz to pewien znak naszych czasów. Z jednej strony symbolizuje pozytywny trend czerpania z tradycji i nowoczesności, a z drugiej skłania do refleksji nad chaosem i zlewaniem się czystej formy. Albumowi Praczasa bliżej raczej do pierwszej konwencji i tu zjawisko globalnej wioski muzycznej ma swój optymistyczny wymiar.
Na krążku pojawia się kilku artystów, którzy przemycili swoje głosy, świetne teksty i/lub muzykę. Słychać m.in. Spiętego (Lao Che), Weronikę Grozdew-Kołacińską (Village Kollectiv) oraz gitarę Michała Czachowskiego z Indialucia.
„Sulphur Phuture” to fuzja najciekawszych dźwięków wyeksplorowanych na przestrzeni czasów, przenikających się wzajemnie w rzeczywistości, która nabiera coraz więcej cech abstrakcyjnych, sprzeciwiając się naturze ludzkiej zagubionej w chaosie. Wygląda na to, że trzeba wejść w czwarty wymiar świadomości i tę potęgę rzeczywistości zaakceptować.
Praczas “Sulphur Phuture”
Magda Kotowska
Źródło: Independent.pl
Posted by: Kuba Knoll on: 18 listopad 2009
Wreszcie pojawił się polski film do którego nie mam awersji – Rewers. Druga – lepsza – strona ojczystej kinematografii.
Gdy przeczytałem recenzję nie uwierzyłem – musiałem sprawdzić. Okazało się, że faktycznie. Mam do czynienia z jednym z najlepszych filmów ostatnich lat (i świadomie nie używam tu zawężenia – polski). Kiedy wokoło rodzimi twórcy wciąż rozliczają się z szarą rzeczywistością powojenną, reżyser Borys Lankosz w swojej kameralnej, czarno-białej produkcji faktycznie pokazuje tę szarość. Całą skalę szarości zwykłych ludzi postawionych przed niezwykłymi wyborami, radzącymi sobie z nimi jak tylko potrafią. I – co ważne i znamienne – w momentach bardziej podniosłych i ważniejszych, gdzie w życie postaci wdziera się Historia, a film mógłby stać się cokołem wywyższającym bohaterów, wkracza humor. Bardzo czarny humor. I wszystko niszczy. A właściwie naprawia. Tym samym „Rewers” staje się kolejnym ważnym krokiem w kierunku odbrązowienia naszej historii po „Operacji Dunaj”, czy nawet „Ostatniej misji”. Ale bynajmniej tą rolą się nie przejmuje, na szczęście.
Nie, nie jest to film historyczny. Co prawda dotyczy ważnych czasów dla naszych dziejów, ale przecież nawet w czasach Powstania Warszawskiego (skoro już wszyscy trąbią akurat o tym) ludzie śpiewali i tańczyli, umawiali się ze sobą. Bawili się. Podobnie tu – dramat rodzinny stanowi fakt, że jedyna córka wciąż nie ma męża. Spędza to sen z powiek matce i babce, nieodparcie kojarzącymi mi się z „Arszenikiem i starymi koronkami”, które starają się znaleźć odpowiedniego kandydata. To zaś, jak to zwykle bywa, powoduje serię przezabawnych scen, gdzie owi kandydaci się prezentują (wliczając w to fantastycznego Adama Wonoronwicza w roli księgowego o zbyt słabej głowie). Ale nagle zaczyna się dramat… Jak w życiu, przychodzi niespodziewanie, ale nie przekreśla bohaterkom całego życia, próbują go przezwyciężyć. W sposób ludzki, tragikomiczny, nasycony ironią losu. Łącznie z zaskakującym zakończeniem…
Chwalić tu można niemal wszystko. Jazzową muzykę Włodzimierza Pawlika, świetne zdjęcia Marcina Koszałki, aktorstwo Agaty Buzek, Marcina Dorocińskiego (wreszcie film na ich możliwości!), Krystyny Jandy, Anny Polony, jak i wszystkich postaci pobocznych. A wreszcie za scenariusz Andrzeja Barta. Inteligentny, przewrotny, oryginalny. Więcej takich filmów! Życzę Oscara! Ale nie wierzcie tej recenzji – sprawdźcie sami!
„Rewers”, reż. Borys Lankosz
Kuba Knoll
Posted by: Magda Kotowska on: 17 listopad 2009
„Byku ty, (…) czy mądrego co piejesz, się nie kompromitujesz, co za głupotę promujesz?” – tak pyta człowiek po inicjacji z antydziełem Huberta Dobaczewskiego. Morże to kwestia choroby morskiej a morże tego, że na co dzień ów człowiek żegluje spięty. Butla dystansu i wicherek niepowagi wystarczą jednak, by wsiąknąć we frywolność na łajbie życiowej parafrazy. Później już tylko „pantofelki, papieroski, pieprzyki, pończoszki”.
Krążek otwiera paralizator pt. „Opuszczone Porty”, rozbudzając nieskromną radość bytu, która miesza się nieco z hedonistycznym tragizmem. Werbalne rozpasanie Spiętego udziela się słuchaczowi na tyle, że na przemian wchodzi w rolę beztroskiego majtka albo jurnego bosmana, co przejmuje ster na szantowej biesiadzie. Ta karma ma czar. Elektroniczne wstawki zestawione z wybujałym i upozorowanym grafomaństwem brzmią „pierwszoklaśnie”. Odbiorca trafiony pociskiem satyrycznej artylerii zatopiony zostaje za burtą szarej i nudnej codzienności. To śmierć na pięć.
Pysznie smakuje wszystko, co „anty”, bo na tej płycie takim jest naprawdę. Po międzynarodowej podróży z Maroko przez Ustkę, Kapsztad i Jokohamę nie chce się opuszczać łodzi wariatów, chociaż gorzka to wyprawa, bo zrzesza wykształconych wykolejeńców. Na pożegnanie kołysze łagodnie reggae-piosnka, zostawiając na ustach pierwszą zwrotkę-metaforyczną wywrotkę.
Debiut lidera Lao Che trąci kontrowersją; jest nasączony afrodyzjakiem antykomercji, który ściąga pod ziemię. Dobrze, że ukazała się ta płyta, nawet jeśli jej autor nie bardzo wie, po co. Podobno nie wszystko zostało tu jednak napisane. To, co powstanie „będzie marne i mocarne, ponure i figlarne”. Więcej takiej „tfu!rczości”. Panie Spięty, nie kończ Pan wachty.
“Antyszanty” Spięty
Magda Kotowska
Źródło: Independent.pl
Posted by: Magda Kotowska on: 16 listopad 2009

Minęła kolejna, szósta edycja One Love Sound Fest. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony, wręcz szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu. Wybawiłem się za wszystkie czasy w rytmach muzyki, którą kocham, ponadto spotkałem się ze znajomymi i ogólnie miło spędziłem ten czas.
Zanim jednak zacznę zachwalać zespoły, które zaprezentowały całkiem przyzwoity poziom, polecą gromy na organizatorów, czyli Planetę Młodych. Przede wszystkim ceny piwa i wszelkich innych napojów w środku były skandalicznie wysokie (6 zł za małą buteleczkę wody to skandal!); 9 zł kosztował LECH w puszce, 8 zł lany (czyli wodny roztwór piwa). Na dodatek połowę stanowisk na korytarzu zajmowała firma propagująca palenie papierosów (z “freedom” w nazwie, szczyt hipokryzji). W czasie trwania festu nie można też było wyjść na zewnątrz, więc każdy, kto czuł potrzebę jedzenia czy picia był skazany na narzucone absurdalne ceny. Mimo wszystko w porównaniu do poprzednich lat jest coraz lepiej. Wreszcie występy trzymały się line-upu, koncerty zapowiadała kompetentna osoba (Silverdread z Love Sen-C Music), no i przede wszystkim wszyscy artyści wystąpili (pierwszy raz od 3 lat!)!
Poniżej opiszę jakie wrażenie zrobili na mnie poszczególni wykonawcy.
NDK – nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału, jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni. Nie można też powiedzieć, że nie umieją chłopaki śpiewać. Jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, po prostu o niczym. Nie wspomnę już, że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też na las machających rąk popatrzyłem sobie przez chwilę z trybun. Taki tam hip-hopowy koncert w rytmach Jamajki…
Szybko odechciało mi się słuchać tej ekipy, toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.
Niezbyt podobało mi się na sound systemach. Było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, a w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu gdy widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich. Na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.
Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na kapelę z USA – Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, których szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu; nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych. Poza tym głos Harrisona Stafforda – wokalisty zespołu jest, moim zdaniem, sam w sobie fenomenalny.
Następnym artystą, który zaprezentował się na scenie, był Dellé – członek zespołu Seeed. Wykonawca zrobił na swoim koncercie prawdziwe show! Przede wszystkim rzucało się w oczy, że wszyscy muzycy łącznie z wokalistą ubrani zostali w tym samym stylu – eleganckim, ale nie sztywnym. Sekcja dęta, składająca się z puzonisty i puzonistki, nadawała wykonywanym utworom nie tylko świetne brzmienie, ale także wprowadzała elementy choreograficzne, które sprzyjały loversowo-dancehallowym klimatom kawałków tego artysty. Ogólnie oceniam ten koncert jako bardzo dobry.
Gdy Dellé zszedł ze sceny, przyszła pora na gwóźdź programu – legendarną grupę The Congos z Jamajki. Na nich czekałem najbardziej i od pierwszego dźwięku wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie. Na początku zagrali intro - krótki mix riddimów zespołu. Pozwoliło to rozbujać publikę. Następnie wkroczyli czterej wokaliści grupy: Watty Burnett, Roydel Johnson, Cedric Myton oraz Kenroy Ffyffe. Tak! Czterech facetów po 60-ce śpiewających na głosy, poruszających się po scenie tak jakby wiek nie miał najmniejszego znaczenia. Zespół wykonał większość swoich hitów, a także kilka nowych, nieznanych mi piosenek. Biła od nich niesamowicie pozytywna energia. Nie zabrakło, oczywiście, najbardziej znanego kawałka Congosów: Fishermana, wykonanego na końcu koncertu.
Jako ostatni na dużej scenie występował Ras Luta. Postanowiłem obejrzeć chociaż fragment koncertu, bo przymierzam się do zrecenzowania jego nowej płyty. Ogólnie rzecz biorąc, występ nie najgorszy. Luta miał całkiem niezły kontakt z publiką. Zgromadził pod sceną dość pokaźną ilość fanów (zwłaszcza, że zaczął występ koło 3:00), chociaż śmieszne były jego teksty ( “Ej moi ludzie…”) mające przyciągnąć tłumy.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest. Przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy, podśpiewując do tego. Niestety, musieliśmy już się zbierać, choć słyszałem, że długo nie pograł.
Podsumowując, One Love nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy ściągnięte na niego w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też się na nim pojawię.
One Love Sound Fest 2009, Wrocław
Posted by: Kuba Knoll on: 14 listopad 2009

Janusz Muniak to wizjoner! Któż inny jak nie on pokaże Wam całą schematyczność i znudzenie jazzem.
Tak, tak. Jestem na świeżo po koncercie wieczornym drugiego dnia Krokus Jazz Festiwal 2009 w Jeleniej Górze i muszę przyznać, że czegoś takiego się nie spodziewałem. Oto bowiem skład niepozorny: saksofon, fortepian, kontrabas, perkusja, ale za to jaka jakość. Janusz Muniak Quartet wypracowali swój własny styl, który opiera się na pewnym schemacie działań, który zapewnia widzom idealny brak zaskoczenia i emocji. Każdy bowiem utwór (z karygodnymi kilkoma wyjątkami) składa się z następującego algorytmu:
Czyż to nie jest piękne? Słuchacz, jak ja, nie musi się martwić, co się za chwilę wydarzy, jest na to dokładnie przygotowany już po drugim utworze, kiedy znany jest mu schemat. Nie musi przeżywać muzyki, nie musi uważać, wszystko jest z matematyczną precyzją podane. „16 takich samych utworów”, posłyszałem komentarz pewnej wychodzącej pani. I oto chodzi! Może, co prawda ich 16 nie było, tu przesadziła, ale były takie same. Jak z zabawy w znajdź 5 szczegółów, tyle może różnic było. Oto właśnie rzemieślnicy jazzu, którzy przybywają na miejsce, odrabiają swoje i mogą wrócić do domu, oto jak trzeba grać!
I co martwi trochę, to fakt, że Muniak pozwalał czasem reszcie na pewne wybiegi od utartej drogi, swego rodzaju improwizacyjne fanaberie. Nieładnie Panowie! Nie o to tu chodzi, nie o inicjatywę wszak czy zabawę. Trzeba zagrać i do domu, prosta rzecz. Ale trzeba im wybaczyć, młodość… A powinni posłuchać jak gra profesjonalista, w końcu juror konkursu dla młodych jazzmanów. Może przynajmniej odsieje tych spontanicznych!
Zdecydowanie polecam koncerty Muniaka, tej „ikony polskiego jazzu”, jak piszą o nim organizatorzy. Gwarantuję, że Was nie zaskoczą, a nawet lepiej – będziecie dokładnie mogli określić co się zaraz wydarzy. Niech żyje jazz!
Janusz Muniak Quartet, Krokus Jazz Festiwal
14.11.2009, Jelenia Góra
Kuba Knoll
PS Dobrze, ale teraz już na poważnie. Bo nie może tak być, że Dziennik Nakręcaczy odkręca, więc nadmienię tylko, że załapałem się jeszcze na dwa zespoły konkursowe (w ramach Powiewu Młodego Jazzu) i były świetne! Mroczny, deszczowy Imagination Quartet i genialny, awangardowy i żywiołowy Trio Matar (na pewno jeszcze o nich kiedyś napiszę). Życzę sobie całej wichury takiego jazzu!
Posted by: Kuba Knoll on: 11 listopad 2009
Jesień, Reykjavik. W domu usytuowanym na bagiennych terenach dwóch bawiących się chłopców znajduje zwłoki starszego mężczyzny. W mieszkaniu, oprócz ogromnej ilości pornografii i obrzydliwego odoru, policja znajduje stare zdjęcie grobu. Zaczyna się mozolne śledztwo prowadzone przez Erlendura Sveinssona.
Obok wątku śledztwa, obserwujemy historię mężczyzny, który cierpi po utracie pięcioletniej córki. W trakcie trwania filmu dowiadujemy się, w jaki sposób te dwa wydarzenia się łączą, a łączą się dość nieobliczalnie.
„Bagno” jest ekranizacją kryminału islandzkiego pisarza Arnaldura Indriđasona (książka w Polsce jest przetłumaczona jako „W bagnie”). Reżyserii i produkcji podjął się Baltasar Kormákur, reżyser dość znanego u nas filmu (w końcu niewiele islandzkiego kina można w Polsce oglądać) „101 Reykjavik”. Dzięki reżyserowi powstał świetnie sfilmowany, klimatyczny i trzymający w napięciu film. Ciężko się od niego oderwać, chociaż akcja ciągnie się dosyć wolno. Erlendur z mozołem brnie przez zagadkę morderstwa, jednocześnie próbując ogarnąć własne życie – ciągłe problemy sprawia mu ciężarna córka-narkomanka.
Film przez swoją atmosferę jest mocno przygnębiający, zimny jak Islandia. Jesień nie pieści naszego wzroku barwami, jest szara, mroczna, wietrzna. Gdyby chociaż spadł śnieg, który by wybielił ten krajobraz! Nic z tych rzeczy. Przytłaczające są nawet domy – dochodzę do wniosku, że film musiał być chyba kręcony w najbrzydszych częściach Islandii. Widzimy betonowy blok na podmokłych terenach, domki z obdrapanej blachy falistej. Także bohaterowie nie dodają uroku. Być może to, że wyglądają tak ludzko, sprawia, że są odpychający. Nie są odstawieni w garnitury, jak to się zdarza policjantom z amerykańskich filmów. (Swoją drogą, w filmie nawet następuje wyśmianie amerykańskich sposobów ścigania mordercy – policjant, który studiował w Stanach Zjednoczonych kryminalistykę i próbuje naśladować Amerykanów, jest traktowany z przymrużeniem oka.) Są brzydcy, nawet jedzą obrzydliwie – scena posiłku Erlendura jest tego najlepszym dowodem.
„Bagno” pokazuje też jak ważne są wartości rodzinne. Jak z zerwaniem więzi radzą sobie ludzie i do czego są zdolni, kiedy się okaże, że nie do końca są tymi, za których się uważali.
Film to jedno wielkie, tytułowe bagno – szare, brzydkie, śmierdzące, ale jednocześnie bardzo mocno wciągające. Więcej takich bagien, proszę.
“Bagno”, reż. Baltasar Kormákur
Magda Pleskacewicz, 21-gramów
Loża Komentatorów